Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Droga czarownicy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Droga czarownicy. Pokaż wszystkie posty

15 stycznia 2018

Aukcja dla Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy - ciągle trwa!

Spojrzałam ostatnio do swojej szkatuły z biżuterią - tą magiczną i tą zupełnie zwyczajną. I wtedy zobaczyłam to stare cudeńko.
Otóż od ponad 10 lat (a raczej już dobrych kilkanaście, sama już dobrze nie pamiętam) mam pewien drobiazg. Nie jest on ze szlachetnego kruszcu, prawdę mówiąc sama nie wiem z jakiego jest metalu (prawdopodobnie to stop cynku). Mimo to przez przez wiele lat towarzyszył mi na wiccańskiej ścieżce, nim jeszcze dokładnie na nią weszłam. To było lata, nim poznałam swoich arcykapłanów, o kowenie mogłam tylko marzyć. Wtedy o tradycji Wicca czytałam w internecie z wypiekami na twarzy.


Na festynie historycznym pewien pan sprzedawał takie unikatowe cudeńka właśnie. Byłam młodą dziewczyną, mieszkałam z rodzicami i nie chciałam kupować sobie pentakla. To znaczy chciałam, ale bałam się, że będzie zbyt kontrowersyjny, że wywołam jakąś awanturę, albo przynajmniej niekończące się dyskusje, że już kompletnie mi odbiło.


Swoją drogą pentakl zawsze wydawał mi się trochę... oklepany? Wicca w końcu nie utożsamia się wyłącznie z jednym symbolem, a wszystkie znane mi (wówczas głównie z internetu) czarownice albo już miały pentakl, albo właśnie o takim marzyły. Nie miałam więc nic przeciwko, aby nosić trykwetrę. Przeplatający się nieskończenie potrójny węzeł kojarzony z Magią Trójek - Potrójną Boginią, trzema wymiarami, trzema aspektami człowieka: ciałem, umysłem i duszą, w reszcie, z Prawem Trójpowrotu. Wydawała mi się IDEALNYM symbolem na początek mojej wiccańskiej drogi, a byłam już wtedy pewna, że chcę nią podążać. I faktycznie, nosiłam ją przez szereg lat.

2009 rok - ależ byłam wtedy młoda! Już wtedy miałam tę trykwetrę od dłuższego czasu
Od tamtego momentu minęło wiele lat. Aż łezka się w oku kręci, kiedy sobie o tym wspominam!
Dziś sama jestem arcykapłanką i prowadzę kowen. Dzisiaj sama jestem autorką bloga, prowadzę FanPage, współtworzę stronę "Wiccański Krąg". Na pewno wiecie też, że organizuję różne wydarzenia dla innych czarownic i magów - spotkania, warsztaty i konferencje.
I czasami, po cichutku, mam nadzieję, że komuś moja działalność pomaga tak, jak ja czerpałam wiedzę od innych, starszych stażem czarownic w necie.
Kiedy więc zobaczyłam ponownie ten wisior z symbolem potrójnego węzła uznałam, że powinien już mnie opuścić i iść w świat. Pomyślałam, że czas przekazać go komuś innemu. Osobie, którą symbol Magicznych Trójc, będzie prowadził dalszą drogą, tak jak kiedyś prowadził mnie. Że chciałabym, by ponownie stał się amuletem, przypominającym o wiccańskiej bądź magicznej ścieżce.
Żal jednak z pamiątką rozstawać się ot tak. Poza tym, komu konkretnie mogłabym go dać?


Szybko przyszło olśnienie. W styczniu mamy przecież genialne święto otwartych serc i jedności wszystkich Polaków i nie tylko. Jak więc nie przekazać datku dla Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy?
Tak więc zdecydowałam się wystawić mój wisiorek z trykwetrą na aukcji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.
Cieszę się, że moja trykwetra będzie mogła być drogowskazem dla kolejnej młodej czarownicy. Cieszę się tym bardziej, że pieniądze z jej sprzedaży zostaną przekazane na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, co oznacza, że puszczenie wisiorka w obieg przyniesie światu wiele korzyści na raz.
Co prawda w niedzielę mieliśmy już Wielki Finał i Światełko Do Nieba już poszło, ale aukcje dla WOŚP jeszcze trwają. Aby licytować wisiorek macie jeszcze 10 dni.
Wszystkim, którzy już udostępnili informację o aukcji lub wzięli w niej udział - serdecznie dziękuję. Jesteście niesamowici!
Cena była podbijana już kilkadziesiąt razy! W chwili publikacji wpisu cena przekroczyła cenę minimalną ponad dziesięciokrotnie!
Już przeszliście moje najśmielsze marzenia.
Życzę sobie i nam wszystkim, aby WOŚP pobiła zeszłoroczny rekord (jak co roku).
Powodzenia na aukcji!

29 września 2014

Droga czarownicy - część 8 - Druga Brama

Tak sobie wspominam mój ostatni wpis pamiętnikowy i pomyślałam sobie, że to trochę źle wyszło, z tymi emocjami. Oczywiście, że nie odseparowałam się od nich całkowicie. Nieprawdą jest też, że nie byłam emocjonalnie związana z osobami, które odeszły z kowenu. Raczej miałam na myśli to, że jakimś cudem udało mi się przespać wszystkie noce. To chyba raczej dobrze, bo poza tym, to, oczywiście, odejście bolało. Zawsze odejście kogoś bliskiego boli. Zwłaszcza, że ludzie sobie zazwyczaj obiecują, że pozostaną przyjaciółmi... a wiadomo jak to się zazwyczaj kończy. Po prostu każdy idzie w swoją stronę.

Byłam jednak (i nadal jestem) zdeterminowana, by w Wicca zostać i rozwijać się mimo kolejnych przeciwności. Nauczona już z autopsji że przeciwności przychodzą i odchodzą, a doświadczenia i nauka z nich płynąca - zostają, po prostu zostawiłam wszystko poza mną swojemu biegowi, a skupiłam się na rzeczach, na które miałam wpływ. Po wielkim sukcesie, jakim były warsztaty Wicca Study Group w 2011 roku, zorganizowane zostały kolejne edycje, zmieniające się stopniowo w "Wiccanisko", które współorganizowałam w mniejszym lub większym stopniu. Od momentu powstania Wiccańskiego Kręgu koryguję i tłumaczę niektóre teksty. Pomagałam w tłumaczeniu Księgi Cieni. Piszę bloga, czasem jakieś artykuły, doglądam forum... masa pracy!

Dodatkowo nie myślcie sobie, że nie miałam dodatkowych zadań, związanych z przygotowywaniem się do kolejnej inicjacji, o nie... Przecież nic nie może być proste, w końcu inicjacja to inicjacja, w dodatku w dorosłość, a to zobowiązuje. Dorosłość, czyli arcykapłaństwo, umożliwia już założenie nowego, swojego kowenu, więc mistrzowie muszą się upewnić, że taki delikwent będzie umiał przeprowadzić rytuał, przekazać podstawy tradycji naszej Rodziny... ale ja nie o tym. Jak sami dotrzecie do tego etapu, to się przekonacie, jak to jest.

Fakt zdobycia normalnej, etatowej, biurowej pracy w lipcu 2012 roku, sporo mi pomógł i, mimo że finansowo jak u wszystkich, to jednak poczucie stabilizacji i ubezpieczenia w NFZ sporo zdjęło z mojej głowy i uspokoiło niepewność jutra (związaną zwłaszcza z faktem, że w końcu w tym call-center nie wytrzymam). Do tego jakoś tak się złożyło, że przez ponad rok wokół tej drugiej inicjacji mieszkałam sama, w pokoju, który miałam tylko dla siebie. Cała sytuacja była raczej średnio komfortowa, zwłaszcza, że nie tak miało być, bo plan był inny, ale wiecie... Chcesz rozśmieszyć Bogów - powiedz im o swoich planach. Z drugiej strony - miałam swoje miejsce, własny rozkład dnia i mogłam się zajmować sobą i tylko sobą. Tak patrząc z perspektywy czasu - ten czas też był mi potrzebny i dobrze, myślę, wykorzystany. No i tym bardziej doceniam teraz mieszkanie z kimś (choć wciąż przydałoby się miejsce, do którego można czasem uciekać i pobyć samemu).

I tak to w zasadzie płynęło aż do kolejnego przełomu...
Wyznaczono datę, wzięłam urlop i poleciałam na spotkanie z tym, co na mnie tam będzie czekało, po drugiej stronie Drugiej Bramy.
Przyznam szczerze. Dla mnie przynajmniej druga inicjacja nie była aż takim szokiem, jak pierwsza. Wiedziałam przynajmniej, od czego będziemy zaczynać, chociaż potem pamiętam tylko (jak z innych, ważnych chwil swojego życia) migawki, epizody, jakby zdjęcia z tego, co się działo, bo ze zdenerwowania wszystko mi się zamgliło... jak już wspominałam w poprzednim wpisie, od osoby na drugim stopniu wymaga się już dojrzałości. O ile prośbę o tę inicjację porównałam do odczepiania pomocniczych kółek od roweru, o tyle teraz trzeba wykazać się, że umie się jeździć. Przed grupą kolarzy.

Chyba wyszło nieźle, bo szanowni arcykapłani włączyli mnie do swojego grona.

Był czerwiec 2013 roku
Prawie Midsummer

Pachniało czarnym bzem

Ilustracja pochodzi z zasobów Wikimedia Commons

I tak to właśnie było... miałam opisać historię, jak zostałam arcykapłanką, więc temat został wyczerpany. Czy dalsze odcinki się pojawią - zostawiam to w rękach Czytelników.

20 września 2014

Droga czarownicy - część 7 - Dojrzewanie

Na pewno wiecie, jak ważna jest w Wicca pierwsza inicjacja. Że jest to bardzo ważny proces, że wiele się zmienia, że trzeba znaleźć odpowiedniego nauczyciela. W Internecie można znaleźć porady, jak szukać nauczyciela, jak sprawdzić, czy nauczyciel ma kompetencje. Widziałam gdzieś nawet informację z podstawami etykiety na spotkaniach i zjazdach pogańskich. W końcu - cała rozpiska jak wypada a jak nie wypada prosić o inicjację (tak, nie robi się tego mailem, zapamiętać do końca życia i nie powtarzać cudzych błędów, pięknie proszę).
Pewną zagadką zaś było dla mnie jak rozpocząć rozmowę o drugiej inicjacji. O ile przy pierwszej można się jeszcze spotkać z pewnymi podpowiedziami czy instruktażami, o tyle dalej trzeba sobie radzić samemu. Jest w tym oczywista, wręcz chłodna logika. Żeby zrobić pierwszy krok za próg, ktoś najpierw musi pomóc otworzyć drzwi i pokazać ścieżkę. Uciekając się do nie zawsze trafnych, niestety, porównań rodzinnych, adept zaczynający drogę ku pierwszej inicjacji jest w tym sensie jak dziecko, nad którym arcykapłani przejmują opiekę i odpowiedzialność, pomagają dojść do celu przez naukę i wskazywanie drogi. Jak rodzice, którzy montują boczne kółka w rowerku dziecka, żeby rower się nie przewrócił, kiedy zacznie jeździć.

Okres, w którym się znalazłam pod koniec 2011 roku to był czas, kiedy zdecydowałam, że boczne kółka należy odczepić. No i dalej pojechać samej - a do tego niestety nie ma żadnej instrukcji. Wsiadasz, pedałujesz, próbujesz zachować równowagę i, korzystając z dotychczasowych doświadczeń, jedziesz do przodu. Bo od arcykapłanki na drugim stopniu wymaga się już samodzielnego myślenia i samodzielnego działania. Dojrzałości i umiejętności samodzielnego odnajdywania ścieżki pod stopami.

W moim wypadku wyglądało to po prostu tak, że po jednym z rytuałów ja i mój arcykapłan usiedliśmy sobie w nieuprzątniętej jeszcze świątyni z kieliszkami wina w rękach i zaczęliśmy rozmawiać. O tym, co już umiem i wiem i o tym, czego jeszcze nie, ale czego chcę się nauczyć. I o tym, jak czuję, że czas odczepić boczne kółka i chociaż jeszcze trochę to zajmie, czego jestem świadoma, to czas już powoli ruszać.
(Bardzo starałam się przy tym nie wygłupić i chociaż pewnie mi nie wyszło, bo jak coś człowiek robi pierwszy raz, to zawsze się jakoś wygłupi, to spotkałam się z pełnym zrozumieniem dla moich nerwów - ufff)

Wiedziałam oczywiście, że proces ten będzie trwał długo i że nie będzie łatwy. Podobnie jak w przypadku pierwszej inicjacji proces taki następuje stopniowo i nierzadko w pewnych momentach boleśnie, a odbija się na wielu aspektach życia. Długo szukałam pracy (znaczy normalnej pracy, a nie studenckiego call-center, gdzie już siedziałam od roku), przeprowadzałam się, mieszkałam z kimś, mieszkałam sama, w mieszkaniu, na pokoju...

Jakoś tak się też złożyło, ze po odkręceniu bocznych kółek zaczęła się przy okazji jazda bez trzymanki. Kolejne osoby najpierw dołączyły do kowenu, potem od niego odeszły - z różnych względów i mam nadzieję, że tam dokąd się udały, znalazły swoją drogę. Ludzie z poza kowenu, ale wciąż ze środowiska, również bywało, że zachowywali się dziwnie... ach cóż. Jak już wspominałam, pewnie sama nie jestem lepsza, zdaję sobie sprawę, że swoje za uszami mam.

Mimo to jakoś dało się przeżyć, trochę się odseparowałam od swoich emocji związanych z innymi osobami. Może dlatego, że byłam już bardziej dojrzałą i bardziej zrównoważoną osobą, która może świadomie decydować, jakim odczuciom i emocjom chce się poddać, a jakim nie. A może dlatego, że, jak powiedział Arek, pierwsze zwątpienie i pierwsze rozczarowanie działa jak zimny prysznic, jak szczepionka, która uodparnia i trochę uniewrażliwia na kolejne, podobne sytuacje.

W każdym razie, mimo, że czasem opadały liście i czasem następowała zima, pięłam się do góry.

Ilustracja - "Ptaki zimą" - archiwum prywatne
CDN...

12 września 2014

Droga czarownicy - część 6 - Spokojny rozwój

Kowen jakoś przetrwał, chociaż skład został znacznie okrojony. Sama nie wiem, jakim cudem, ale może faktycznie, trzeba było od początku zaufać Bogom, że jakoś się nami zaopiekują. Że poprowadzą mnie dalej i że w kowenie pozostaną tylko te osoby, które faktycznie chcą w nim być. W każdym razie po całym tym stresie, nie przespanych nocach, łzach i rozczarowaniach nastąpił w końcu spokój. Nie tak od razu, to oczywiste, że zszarganych nerwów nie da się tak łatwo połatać. Ale stopniowo, powoli, krok za krokiem sytuacja wróciła do takiej, jaka powinna, przynajmniej w moim odczuciu, być.

Pewien moment przełomowy nastąpił, w moim odczuciu, w Midsummer 2010 roku. Pojechaliśmy wszyscy w miejsce dalsze nieco od cywilizacji, niż dotąd. Byliśmy prawie sami, a jednak nie całkiem sami, co zawsze, jak wiecie, jeśli kiedykolwiek byliście w takiej sytuacji, działa jak bufor i rozluźnia atmosferę. Pogoda - piękna. Był moment na oddech i moment na pracę. Usłyszało się parę szczerych, wstrząsających słów. Tu się popłakało, tu się pośmiało. Generalnie po tym Midsummer wszystko się unormowało, popłynęło.

Mam wrażenie, że to właśnie w tamtym czasie zakończyła się moja inicjacja pierwszego stopnia. Bo jeśli inicjacja to proces, to patrząc za siebie - tam właśnie proces inicjacji przeszedł w coś innego. Już wtedy to czułam, a raczej miałam nadzieję, ale dopiero dzisiaj, po latach mogę stwierdzić z pewnością. Wówczas proces inicjacyjny przekształcił się w proces rozwoju. Powolnego wzrastania. Stopniowego dojrzewania.
Jednym słowem coś, co można by określić jako "bez szału".

Brzmi nudno? Ależ nie! Było szalenie ekscytująco!
Poznawałam nowe rzeczy, nowe warsztaty, nowe pathworkingi.
Robiłam coraz więcej rzeczy w rytuale.
Robiłam i wiele rzeczy poza rytuałami. Spotkania. Warsztaty. Zjazdy.
Wszystko to pozwoliło mi poznać nowe osoby, nawiązać nowe kontakty, rozwinąć nowe znajomości, rozpalić nowe przyjaźnie.
Oczywiście naiwnym by było, gdybym nie napisała o tych chwilach, kiedy nie było różowo, bo wiadomo - nigdy nie jest idealnie do końca. Niektóre rzeczy są trudne. Niekiedy ludzie są trudni. W pewnym momencie przyszło nauczyć się i tego, że ludzie bywają złośliwi. Zawistni. Przebiegli. Uparci. Albo po prostu hejtują (nie chcę pisać, że są nienawistni, bo to dość mocne stwierdzenie, ale fakt - zachowanie internautów drugiej świeżości w realu też się zdarza).

Mimo wszystko był to czas przede wszystkim względnego spokoju, który pozwolił na naukę na plusach i na błędach, cudzych i własnych. I to nie tylko w Wicca. We wrześniu 2011 roku, po wielu przebojach i burzach (wszystkich, którzy ucierpieli przy okazji po raz kolejny z tego miejsca przepraszam) ukończyłam szanowaną wyższą uczelnię z tradycjami, po czym oddaliłam się od niej, z moim dyplomem magistra biotechnologii w ręce, w podskokach. Nie żebym miała coś przeciwko mojej Alma Mater, co to, to nie, ale dosyć to dosyć.
Świętowałam prawie miesiąc, po czym przyszedł wreszcie czas na poważne decyzje.
Trzeba rozwijać się dalej. Trzeba przestać myślami wracać do szkoły. Trzeba stanąć nogami na ziemi i znaleźć w sobie dojrzałość. A zdobytą wiedzę przekazywać dalej. Czas zacząć się do tego przygotowywać.
Czas porozmawiać o drugiej inicjacji.

Hol Wydziału Biologii UAM z kultowym bananowcem

CDN...

28 sierpnia 2014

Droga czarownicy - część 5 - Zwątpienie



Generalnie aż do początku 2010 roku wszystko układa mi się praktycznie idealnie.

Oddycham głębiej po pewnej, naturalnej jednak, duszności domu rodzinnego - bo ciężko się mieszka w 2 pokojach 3 dorosłym osobom o różnych gustach i temperamentach. Poznaję kogoś specjalnego, kto akceptuje mnie z dobrodziejstwem inwentarza (również religijnym). Mam czas na swoją praktykę. Do kowenu dołączają stopniowo kolejni adepci (więc nasza kowenowa praktyka opiera się w tym momencie głównie o inicjacje), osoby, które uważam za przyjaciół i mam nadzieję, że nasz kowen mimo oczywistych turbulencji, daleko zajdzie. Turbulencje wszak są naturalne a w związkach międzyludzkich nie o to chodzi, żeby się nie spierać, ale by umieć się godzić.

W zasadzie trudno więc określić dlaczego, ale nagle wszystko w kowenie zaczęło się sypać. Sama nie wiem, co było w tym wszystkim najgorsze. To, że mieszkaliśmy od siebie daleko i nie można było sobie wszystkiego wygarnąć normalnie, a potem iść na piwo. A może arogancja i niesubordynacja wobec naszych arcykapłanów. Być może to, że ludzie pałali złością i jakimiś urazami do siebie nawzajem, a może to, że za każdym razem, kiedy włączałam komputer, zbierało mi się na płacz.

Wtedy oczywistym się stało, że wiccanie nie zawsze są tak wspaniali, że życie w kowenie to nie jest sielanka, jak to się na początku wydawało. Że mili, oddający szacunek Bogom i Naturze ludzie mają dni, kiedy nie potrafią tego szacunku okazać drugiemu człowiekowi. Nie piję oczywiście tylko do swojego otoczenia, bo wielokrotnie ze zgrozą odkrywałam, że sama wcale jestem nie lepsza. Ale jest to taki moment, w którym człowiek zaczyna wątpić.

Zwątpienie takie jest wszechogarniające i przenika do kości. Nie wiesz już, gdzie jest twoje miejsce, po co znalazłeś się akurat tutaj, co dalej ze sobą zrobić i, oczywiście, po jaką cholerę ci to wszystko było. Zupełnie nie możesz wtedy przywołać uczucia szczęścia, które otaczało twoje serce ciepłą, świetlistą mgiełką jeszcze pół roku temu. Zastanawiasz się, gdzie jest twoje miejsce, bo przecież już nie w tym miejscu, w którym jesteś teraz.
Czujesz też żal. Żal do wszystkich i wszystkiego, co jest zamieszane w tę sprawę. Do innych osób w kowenie, za kolejne sprzeczki, za kolejne problemy i za samo to, że tkwią w tym samym bałaganie. A kiedy odchodzą - za to, że cię opuścili. Do arcykapłanów, którzy przecież ten syf powinni ogarnąć. A skąd mam wiedzieć jak? W końcu to oni od tego są, żeby trzymać porządek, więc powinni to wiedzieć. Do samego siebie, że się w to wplątało i nie umie się wyjść. I trochę nie chce się wyjść, bo właśnie w tej atmosferze kłótni, paradoksalnie, spełnia się wieloletnie marzenie pracy w kowenie. Masz czego chciałaś. Do Bogów nawet. W końcu to oni do Wicca mnie przywiedli. To oni mieli się mną opiekować. To Bogowie powinni swoim dzieciom wskazywać dobrą drogę. A tu droga przez chaszcze i znikąd pomocy.

W końcu zadano mi pytanie - kompletnie z zewnątrz i przez osobę z całym tym bajzlem nie związaną. Oczywiście - przecież w końcu takie pytanie musiało w końcu paść na głos, a sama sobie go nie zadałam. "Skoro źle się dzieje i nie czujesz się tak komfortowo jak miałaś się czuć, to po co to robisz?" I wtedy dotarło do mnie, że nie potrafię tego logicznie wytłumaczyć, ale tak na prawdę, w głębi, cały czas tego chcę. Cały czas chcę być w Wicca, chcę być w kowenie, chcę pracować magicznie i rytualnie, chcę mieć kontakt z moimi Bogami. Że tak na prawdę gdzieś w głębi cały czas wiem i czuję, jak to powinno wyglądać. I że cały czas w głębi ufam - ufam Bogom i sobie, że znajdzie się ta właściwa droga. Że w końcu się wszystko ułoży. Znalazłam w sobie siłę, żeby zostać.

I jak się okazało, zrobiłam dobrze, bo kiedy opadł kurz, wszystko zaczęło się uspokajać. Wyrównywać. A ja byłam szczęśliwa, że mimo burz, znów pokazało się słońce. Najpierw tylko malutki promyczek, ale potem było już lepiej. Cieszę się, że nigdy nie zrezygnowałam, że zostałam wierna swojej miłości do Bogów i do Wicca i że nie odpuściłam sobie. Pozostałam tam, gdzie powinnam być, a tamte przykre wydarzenia stały się częścią mnie i stworzyły mnie, jaką jestem teraz.

To nie oznacza oczywiście, że nigdy, przenigdy już nie zwątpiłam, że nie wzięłam głębszego oddechu, że nie zastanawiałam się, czy na pewno idę dobrą drogą. Zwątpienie ogarnia mnie, jak i, podejrzewam, wielu innych, raz za razem, raz większe a raz większe. Jednak podczas tamtych wydarzeń oswoiłam demona zwątpienia. Wiem, że on będzie mi zawsze towarzyszył i raz na jakiś czas wyglądał zza węgła. Ale to dobrze. Człowiek niewątpiący to fanatyk, to człowiek, który nigdy się nad swoją drogą nie zastanawiał, bo tylko zastanowienie przynosi zwątpienie. W końcu - to człowiek, który by raz się załamał, a zszedłby ze swojej drogi. A sztuką jest ją kontynuować mimo przeciwności i wracać na nią.

Ja swoją drogę kontynuowałam i wróciłam na nią, mimo załamania i myśli, że już się nie da. Krok przed skokiem w przepaść los mnie powstrzymał i kazał iść na most. Jestem dziś wdzięczna, że jednak się nie poddałam.

Między innymi dzięki temu, mogę to teraz napisać.

Ilustracja pochodzi z serwisu Pozytywne.com
CDN...

8 sierpnia 2014

Droga czarownicy - część 4 - Wielki Rok

Wiedziałam, że w Stęszewku pojawią się wiccańscy Arcykapłani i Arcykapłanki - osoby, które mogą nauczać, inicjować i prowadzić koweny, ale bynajmniej nie planowałam związywać się w taki sposób z żadnym z nich. Oczywiście, jak pisałam poprzednio, już od wielu miesięcy czułam się, jakbym kręciła się w kółko, na okrągło zdobywała i przetwarzała te same informacje. Z drugiej strony nie chciałam się na nic decydować. Jeszcze nie. Chociaż już byłam pełnoletnia od jakiegoś czasu, to bardzo dużo zmieniało się u mnie prywatnie i rodzinnie, a z niezależnością było tak sobie. Nawet wtedy śmiać mi się chciało z 17-letniej mnie, która wierzyła, że inicjacja w Wicca spłynie na nią, niczym światło z nieba, gdy tylko skończy osiemnastkę! A co dopiero teraz...

Miałam jednak świadomość tego, że wiccanie pozostają często z sobą w kontakcie, że znają się nawzajem, nawet jeśli razem nie praktykują - w końcu jakoś sobie tę linię inicjacyjną przekazują. Myślałam, że być może ktoś mi wskaże kierunek. Może ktoś ma jakichś znajomych w Berlinie? Mój niemiecki co prawda nigdy nie był dobry, a i teraz jest bardzo skostniały, ale czego się nie robi, by spełnić marzenia? Siądę i będę zakuwać. Maile ze słownikiem pisać. Słówka powtarzać. Szlifować gramatykę. W końcu nie będzie aż tak źle, żeby nie móc się porozumieć. A biorąc pod uwagę geografię, Berlin byłby nawet całkiem przyzwoitym kierunkiem - blisko z Poznania, więc i czasowo i (chyba - nie podróżuję za granicę, więc nie jestem pewna) finansowo nie będzie bardzo źle...
No i zupełnie nie wzięłam pod uwagę zakochania od pierwszego wejrzenia.

Pewnie, jestem już dużą dziewczynką - w maju 2008 mam już 21 lat (sic!), więc w bajki nie wierzę. Przynajmniej nie w takie o księciu na białym koniu, który uratuje księżniczkę z wieży i będą żyli długo i szczęśliwie. Myślałam, że nigdy nie spotka mnie takie uczucie, że patrzę na kogoś i wiem. A jednak patrzę na Agni i Mike'a Keelingów, wstydzę się jeszcze z nimi rozmawiać, ale biorę udział w rytuale, który przygotowali dla uczestników konferencji i jest to coś... no trudno mi opisać to słowami, bo jeszcze się tak nie czułam. Po prostu patrzę na nich i wiem. Berlin i inne opcje znikają w mgnieniu oka.

Spotkałam wiele osób i poznałam wielu nowych przyjaciół tamtej wiosny (z wieloma przyjaźnię się do dziś), ale to chyba naturalne, że akurat to spotkanie najbardziej utkwiło mi w pamięci, nawet jeśli zabrakło mi śmiałości, żeby wtedy w ogóle jakoś zagadać. Pamiętam przede wszystkim ten otwarty rytuał, kilka wymienionych zdań i wielką bitwę z myślami po powrocie do domu. Zamknęłam się nieco w sobie i zastanawiałam się wciąż i wciąż i w kółko, czy aby na pewno jestem pewna, co chcę zrobić i teraz już mogę z pewnością stwierdzić, że nie wiedziałam. Właściwie nie wiem, co wtedy sobie myślałam, chyba generalnie mało wtedy myślałam, bardziej czułam. Nie miałam pojęcia, dokąd mnie to zaprowadzi, jak będę praktykować w odległej Anglii i w zasadzie jak to będzie wyglądało dalej, już po mojej inicjacji. Wiedziałam tyle tylko, że chcę być inicjowana i że spotkałam odpowiednich ludzi.

Ta bitwa z myślami, zanim zdołałam w ogóle podjąć jakieś kroki w jakimś kierunku, trwała dobre trzy miesiące, zanim się odezwałam internetowo z prośbą o pomoc i wskazanie drogi. Droga jest prosta - muszę poprosić o inicjację przyszłego inicjatora. I - jakkolwiek sama często powtarzam, że absolutnie nie wolno prosić o inicjację mailem, bo to nie wypada, bo to zbyt poważna sprawa i że trzeba poznać dobrze arcykapłanów i kowen - to to właśnie robię. Popełniam największe w swoim życiu faux-pas.
Po krótkiej wymianie maili, przy której jestem tak zestresowana i podekscytowana jednocześnie, że drżę jak napięta struna a napisanie jednego akapitu zajmuje mi około godziny, dostaję formalne potwierdzenie.
Zostanę inicjowana w Wicca.

Wielokrotnie o tym mówiłam, ale jeszcze raz to napiszę.
Jestem moim inicjatorom niezwykle wdzięczna za wszystko, co dla mnie zrobili, ale szczególnie za to, że w ogóle zechcieli mnie przyjąć. Dzisiaj wiem, jak straszną gafę popełniłam, zwłaszcza w stosunku do ludzi, którzy mnie praktycznie nie znali. Dzisiaj już wiem, że ja absolutnie nie zgodziłabym się przyjąć osoby praktycznie obcej, zwłaszcza takiej, która zgłasza się do mnie mailowo. Wiem, jakim aktem zaufania to musiało być i starałam się go nie zawieść, chociaż pewnie nie zawsze mi się to udawało.
Dziękuję

Jednak wiadomo, że zanim do inicjacji dojdzie, trzeba się do niej przygotować. Staram się więc utrzymywać kontakt z moimi nauczycielami na tyle, na ile jest to możliwe, wypełniać uczciwie ich prośby i polecenia. Szybko wiadomo, że prawdopodobnie będziemy mieli polski kowen - na szkolenie dochodzi stopniowo kilka innych osób i wszystko wydaje się zmierzać w dobrym, rozwojowym kierunku.
Dużo dzieje się też w moim życiu pozamagicznym. Nie rozwodząc się nad tym zbytnio, zmienia się ono dość dynamicznie, a ja sama jestem po prostu nieznośna. No cóż... widać taki etap też musiał mieć miejsce.

W maju 2009 roku ma miejsce kolejna konferencja PFI PL w Stęszewku. Wrażenia ponownie pozostają po niej niesamowite, jednak wiadomo, że nie aż tak gwałtowne, jak za pierwszym razem. W każdym razie jakoś czuję się pewniej i nie tak nieśmiało jak wcześniej.

W wakacje po zdaniu licencjatu a przed rozpoczęciem dwuletnich studiów magisterskich wyprowadzam się z domu rodzinnego do Poznania. Wciąż mam jeszcze kilka tygodni, które w dużej mierze spędzam w samotności, na medytacji i wypoczynku.

W końcu następuje Ten Dzień - dzień spełnienia kilku lat marzeń i ciężkiej pracy. Dzień Inicjacji w Wicca. Może i mogłabym coś o nim napisać, ale chcę go zatrzymać dla siebie. Największy i najbardziej emocjonujący dzień mojego całego życia.
Najważniejszy wieczór, jaki kiedykolwiek się dla mnie wydarzył.

21 sierpnia 2009 roku

Archiwum prywatne

24 lipca 2014

Droga czarownicy - część 3 - Krok w tył, skok do przodu

Wejście do Awarii przy Garncarskiej wcale nie okazało się takie łatwe. Niesiona na skrzydłach inspiracji podfrunęłam pod drzwi... i odkryłam, że nie wiem, co dalej ze sobą zrobić. Weszłam ostrożnie do środka - pusto, tylko jedna grupa 3-4 osób siedzi pod ścianą. To pewnie oni - eklektyczna zbieranina osobników różnej płci, w różnych kształtach i w różnym wieku, a takich zbieranin nie widuje się często w pubach przy jednym stoliku. Uśmiecham się więc do nich, oni do mnie... ale nie mam pojęcia do powiedzieć! Uciekam więc z knajpy na dwór, żeby odetchnąć, po czym robię podejście numer dwa. Uśmiecham się do nich, oni do mnie... i znów uciekam, bo jednak odetchnięcie niewiele pomogło.

Trzecim razem wchodzę uzbrojona w plan. Podchodzę bliżej i niepewnie wyrzucam z siebie z wrodzoną elokwencją:
- Dzień dobry... Eee... przepraszam... Eee... Państwo możeee... na to spotkanieee... na siedemnastą?
- Tak, to my!
- UFF! Jak dobrze, że to wy! To ja, Sheila!

Potem już było tylko lepiej. Spotykaliśmy się kilka razy, nawiązałam konktakt z nowymi znajomymi, chociaż w większości nici tych znajomości już dawno się porwały. To było zupełnie nowe uczucie, móc po prostu posiedzieć z ludźmi, którzy myślą, czują i wierzą podobnie, jak ja, pogadać z nimi, posłuchać ich historii. To było bardzo inspirujące, bo nigdy dotąd nie spotkałam takich ludzi na żywo i w pewien sposób dało mi to możliwość spojrzenia na nich jak na ludzi właśnie, a nie jedynie na internetowe nicki, którymi byli do tej pory. Świat wirtualny, stając się światem realnym dał mi nadzieję na dalszy rozwój i na poruszanie się w kierunku, który sobie obrałam - inicjacji w Wicca.

Z czasem jednak, po pierwszej fascynacji, Poznańskie Forum Pogańskie wpadło w naturalny cykl istnienia internetowych bytów... i zaczęło zamierać. Coraz trudniej nam się było spotkać, bo i coraz trudniej było się nam umówić, a ludzie po prostu stopniowo odpłynęli każde w swoją stronę. W dodatku te moje szanse na inicjację, po spojrzeniu na nie trzeźwym okiem, były marne, bo ani w towarzystwie nie mieliśmy nikogo inicjowanego, ani nikt z nas jeszcze wówczas inicjowanych nie znał, a na domiar złego byłam jeszcze niepełnoletnia. I tak, mimo chwilowej poprawy, trzeba było z powrotem dać nura w Internety.

Tak to pozostało bez zmian przez 2 lata. W owych mrocznych czasach Internet generalnie był domem dla wielu czarownic. Chociaż to, że w latach 2005 - 2007 moje pogańsko-magiczne życie towarzyskie ograniczało się do kontaktów wirtualnych, to bynajmniej nie oznacza, że nic się nie działo - bo działo się u mnie bardzo wiele. Swojej magicznej wiedzy może nie pogłębiałam intensywnie, ale stale, powoli i to już głównie nie przez strony, ale fora, bo jednak kontakt z żywym człowiekiem, choćby i po drugiej stronie kabla, zawsze uczy więcej, niż martwy tekst. Bardziej zmusza do myślenia, składania wypowiedzi, opisywania myśli i odczuć. Do ich analizy u siebie i u innych.

Wiele się też zmieniło w innych dziedzinach mojego życia. Pełnoletność przyszła... i poszła, nie niosąc ze sobą większych zmian, poza tą zaplastikowaną kartką, co ją każdy ma w portfelu. Jakieś wielkie nadzieje, że jak tylko będę 'dorosła' od razu pojawi się nauczyciel, a wszystkie inne rzeczy w moim życiu wywrócą się do góry nogami okazały się płonne i może dobrze, bo widocznie nie byłam na nie gotowa. Przyszła i poszła też matura i rekrutacja na studia. Zostanę biotechnologiem.

Teraz, tych kilka lat później, myślę, że ta przerwa była mi bardzo potrzebna. Pozwoliła na oddech i na skupienie się na maturze i tym tak ważnym etapie dojrzewania. Z drugiej strony - na przekonanie się, w co naprawdę wierzę i co na prawdę chcę zrobić ze swoim życiem duchowym. Teraz coś mogło się na prawdę wykuć i okrzepnąć, już nie w słomie, ale w tlących się nieprzerwanie węglach.

Robię się jednak coraz bardziej bezczelna, czasem używam (nadużywam?) swojej wiedzy, żeby wrednie kogoś upomnieć, że się myli. W końcu w Internetach całe mnóstwo ludzi się myli i ktoś ich poprawiać musi. Jakoś nie wspominam tego czasu źle, ze wstydem, nie mam wyrzutów sumienia, bardziej śmieszy mnie dzisiaj moje młodzieńcze zacietrzewienie w niektórych momentach. Czasem takie uwagi wywoływały 'flejmy', ale i mogą sprawić, że pozna się przyjaźń na wiele, wiele lat.
Prawda, Nefre? ;)

Zerkam oczywiście cały czas na Poznańskie Forum Pogańskie, które ewidentnie już dogorywa, chociaż sama jeszcze nie chcę tego przyznać - w końcu to mój pierwszy i ostatni łącznik z żywymi poganami! W ostatnich podrygach PFP, umawiamy się raz jeszcze na spotkanie. Osób przychodzi bardzo niewiele, ale tym razem postanawiamy, że będziemy się spotykać tak, jak Warszawiacy - regularnie co miesiąc. W końcu zbierze się nas więcej.

Jest wiosna 2007 roku.
Rodzi się Polska Sekcja Międzynarodowej Federacji Pogańskiej.

Coś tam powoli zaczyna się dziać na około-wiccańskiej scenie. Pojawiają się aleksandrianie, przyjeżdżają gardnerianie. Latem trwają warsztaty, niestety, tylko w Warszawie, która wtedy wydaje się być drugim końcem świata. Mijają jednak miesiące. Ze spotkania pogańskiego na kolejne spotkanie pojawia się coraz więcej osób, PFI PL się rozrasta, a ja coraz bardziej czuję, że mimo tego wszystkiego stoję w miejscu.

Czas mija i PFI PL zaczyna przygotowywać konferencję i to pod Poznaniem. Przyjadą wiccanie, więc już w ogóle nie ulega dyskusji, że i ja tam będę. Tak sobie myślę, że może będą mnie mogli do kogoś pokierować, bo czas już znaleźć nauczyciela. Już dawno przestałam się wiccańsko rozwijać i inicjacja wydaje mi się koniecznością, żeby zrobić jakikolwiek postęp. Móc w końcu być prawdziwą wiccanką - chociaż jeszcze wtedy nie wiem do końca, z czym to się wiąże i jak to będzie wyglądać dalej. Wiem, że tego chcę, że muszę i że potrzebuję dalszego rozwoju.

W końcu nadchodzi dzień konferencji PFI PL w Stęszewku pod Poznaniem - konferencji, która dla mnie zmienia wszystko i otwiera przede mną nowe drzwi.

Jest maj 2008 roku.




Ośrodek wypoczynkowy w Stęszewku pod Poznaniem - zdjęcie z serwisu noclegi.pl
CDN...

22 lipca 2014

Droga czarownicy - część 2 - Internet

To nie było tak, że kiedy tylko spojrzałam na te strony, zapragnęłam zostać czarownicą. Magia fascynowała mnie od dziecka - to prawda, ale nie taka. Piękne czarodziejki, magowie z wysokich wież, maleńkie wróżki mieszkające w pniach drzew, stare wiedźmy z magicznymi kotłami i szklane kule - to świat dziecięcych fantazji. Nie pochodzę z rodziny, gdzie ciotka była starą znachorką a mama - tarocistką. Nie jestem też z tych "radiomaryjnych", żebym musiała jakoś szczególnie się wyrywać. Normalna rodzina polaków-katolików, gdzie msza niedzielna była obowiązkowa, ale reszta przekonań już raczej mocno średnio.

Prawdą jednak jest, że na przełomie lat 2004-05 moje przekonania zaczęły się zmieniać. Chciałam czegoś porządnego, czegoś mocnego, nie odpowiadała mi katolicka bylejakość. Niestety, im bardziej chciałam mogą wiarę pogłębiać, tym mocniej ja i Chrześcijaństwo odpychaliśmy się od siebie, jak niepasujące części, powoli, stopniowo. Z drugiej strony zaś był ten świat ludzi, którzy czują, że jest poza nami coś większego, coś potężniejszego i byli przekonani, że nie jest to Bóg, jakiego znałam do tej pory.

Poznawałam ten świat tak, jak mogłam - przez Internet, czytając praktycznie każdą stronę, która miała "Wicca" w nazwie czy chociaż w tekście. Szybko jednak okazało się, że Internety mają to do siebie, że straszny w nich bałagan, a niektóre informacje są wręcz sprzeczne, więc szybko przeprowadziłam niezbędną selekcję. Skupiłam się głównie na tym, co mówiło o tzw. BTW - Brytyjskiej Wicca Tradycyjnej. Z tą obszerną definicją o inicjacyjnej religii misteryjnej i praktyką w kowenie. Reszta, chociaż w wielu wypadkach ciekawa i rozwijająca w pewien sposób jawiła mi się jako "podróba". I, muszę przyznać, do dzisiaj tak w dużej mierze jest. Oczywiście ta selekcja nie przebiegła bardzo dokładnie, więc przydarzyło się parę "wpadek", które sobie uświadomiłam po czasie.

Jak już wspomniałam, do opisywanego momentu byłam jeszcze katoliczką. Im jednak częściej się nad tym zastanawiałam, przemyśliwałam, rozważałam, przede wszystkim im więcej czytałam, tym bardziej stawałam się czarownicą, a katolicyzm coraz bardziej mnie uwierał. Jakby to przedstawić na wykresie, "akcje" chrześcijańskie z czasem spadały, na łeb, na szyję, a "akcje" pogańskie szybowały w górę. W końcu te wykresy przecięły się, nawet nie zauważyłam dokładnie kiedy. Po prostu w pewnym momencie stwierdziłam, że chcę być wiccanką.

Na szczęście cały okres fluffictwa i puszystości, nazywania się wiccanką i chęć zrobienia wszystkiego na raz trwał u mnie niezbyt długo - jakieś 2 miesiące. W sumie dość naturalnie się to wypaliło. Próbowałam zainteresować swoim nowym odkryciem jakieś koleżanki, ale w sumie nic z tego nie wyszło, więc nic dziwnego, że słomiany zapał ostygł przy braku kompanii. Ale, mimo że w słomie, coś się już wykuło i właśnie krzepło. Nie chce nikt ze mną wiccanić, tak? Jak nie drzwiami, to oknem. No to z powrotem - nurek w Internety i na fora.

W sumie też nie pamiętam, jak to było dokładnie (kolejny "przypadek"), chyba mnie ktoś zaprosił, o ile pamiętam przez GG, na tworzące się właśnie Poznańskie Forum Pogańskie - czyli twór mający zrzeszać osoby o poglądach pogańskich (w domyśle - wiccopodobnych) z naszej okolicy. Zaczęliśmy toczyć dyskusje, jakie się na takich forach w tamtych dawnych czasach toczyły. Kto co wie i skąd wie. Jak świętować Sabaty. Wicca - czy tylko inicjacyjna. No i obowiązkowo - o naturze Bogów. W końcu ktoś wpadł na genialną myśl - "jesteśmy wszyscy z okolicy zróbmy spotkanie!"

Umawianie się trwało długo a namiętnie, bo próbowaliśmy umówić się tak, żeby pasowało wszystkim, a, jak powszechnie wiadomo, nie da się dogodzić wszystkim. W końcu padło na pewien piątek, 17:00, w (nieistniejącej już od lat) knajpie Awaria przy ulicy Garncarskiej. Nie posiadałam się z radości - w końcu zobaczę innych pogan i to na żywo!

Ulica Garncarska w Poznaniu - zdjęcie pochodzi z serwisu poznan.fotopolska.eu
CDN...

18 lipca 2014

Droga czarownicy - część 1 - Początek

Kiedy zbierałam na FB listę tematów, którymi moi Czytelnicy byliby zainteresowani, pojawiła się prośba o notkę o tym, jak zostałam arcykapłanką drugiego stopnia. Zastanawiałam się jednak, od kiedy zacząć - gdzie moje stawanie się arcykapłanką tak na prawdę się zaczęło. Po krótkim namyśle stwierdziłam, że zaczęło się pewnie jak każda historia - od początku.
Postanowiłam więc Wam całą historię opowiedzieć.

Chcę jednak szczególne zaznaczyć, że pewnie niektórzy moi Czytelnicy odnajdą siebie w tej historii - wspomniani indywidualnie czy w grupie. Jesteście ważną częścią tej historii i całej mojej historii. Pamiętam o Was, wspominam ciepło i pozdrawiam serdecznie.

* * *
 
Jest pewnie coś koło roku 2004. Z niewielkiej miejscowości pod Poznaniem trzeba dojechać do centrum, do liceum. W drodze najlepiej się drzemie albo czyta książki - te fantastyczne. Zaczęło się jakieś 3 lata wcześniej "Harrym Potterem" i "Władcą Pierścieni", teraz bezkrytycznie łykam wszystko, co ma do zaoferowania osiedlowa biblioteka na regale "literatura fantasy". Dobrze, że to jeszcze te czasy, kiedy w jednym domu był tylko jeden komputer, bo na czacie fantastów i RPGowców spędzałabym nieprzyzwoite ilości czasu.

Jak wspomniałam - kiedy się to wszystko zaczęło, byłam w liceum. Moi przyjaciele wiedzą, że jak już się z kimś przyjaźnię, to na lata, ale nowe znajomości do dziś nawiązuję z trudem, a co dopiero w liceum. Nie wiem do dzisiaj, jak to dokładnie było i co mnie podkusiło, żeby się odezwać do wykrzykujących zaklęcia i próbujących odgrywek ludzi ze świetlicy - jak się okazało z równoległej klasy. Pewnie jeden z wielu tak zwanych "przypadków". Wciągnęli mnie w towarzystwo i zaprosili na swoją imprezę... i tak zostałam LARPowcem.

Kiedy ma się już jakieś hobby, człowiek nie tylko chce mu poświęcać czas, nie tylko, żeby dobrze się bawić, ale też żeby być coraz lepszy w tym, czym się zajmuje. Chciałam więc się dowiedzieć więcej na temat użycia magii na LARPach - w końcu nie tak łatwo określić, czy udało się rzucić zaklęcie i czy miało ono odpowiedni efekt na wojowniku, który biegnie na ciebie z mieczem. Niczego nie świadoma wpisałam słowo "magia" w Google. Wikipedia... słowniki... stawianie kart... wróżby... o! Jakaś strona, która ma w adresie słowo "krasnolud" - bingo! Klik!

A tam... inny świat. O matko! To ludzie tak na serio!
Cała witryna składała się zaledwie z 4 pod-stron. Jedna o Thelemie, jedna o Wicca, jedna o Satanizmie i jedna o Magii Chaosu. Z tego, co pamiętam jak przez mgłę, była nawet w miarę rzetelna. Mówiła o tym, że magia nie jest biała i czarna, ale w odcieniach szarości. Mówiła o tym, że Wicca założył Gardner, a wiccanie przechodzą inicjację. Wspominała o LaVeyu i Crowleyu. Przebiegłam ją wzrokiem, zdumiona, że są ludzie, którzy na prawdę w magię wierzą i ją uprawiają i odkryłam, że składa mi się to w jakąś logiczną całość i nie jest tak absurdalne, jak mi się wydawało. Zapamiętałam, żeby w wolnej chwili jeszcze raz przeczytać tę stronę, jako ciekawostkę, ale zamknęłam ją. To nie było to, czego szukałam. Do następnego dnia zapomniałam o niej.

"Przypadki" mają jednak to do siebie, że nie chcą tak łatwo zrezygnować z człowieka. Gdzie ja bym dziś była, gdyby nie fantaści z czata? Rozmawiałam kilka tygodni później, z koleżanką. Nie pamiętam już od czego się zaczęło - pewnie jak zwykle od rozmowy "o pogodzie", aż się zeszło na filozofię i religię. Koleżanka wspomniała wtedy, że pewnie nie kojarzę, bo w Polsce praktycznie nikt tego nie zna, że ona się interesuje taką religią, co się Wicca nazywa. Szuflada z tyłu mojego mózgu otworzyła się z hukiem - "Oczywiście, że kojarzę!" Szybko odszukałam stronę "krasnoluda" i wszystkie pod-strony łyknęłam za jednym zamachem. Stronę o Wicca ze 3 razy. Teraz wiedziałam, czego szukam. Google - Wicca. Enter. Klik!

Jednak Wicca nie okazała się tak bardzo nieznana w Polsce. Wicca.pl, Na Korze Brzozowej Spisane, Czarostwo Belladonny, Mrooczlandia i wiele, wiele innych, a wraz z nimi otworzył się przede mną nowy wielki świat do odkrycia, świat ludzi, którzy uprawiają magię, wyznają wielobóstwo i wcale nie jest to tak absurdalne, jak powinno być. Chciałam go poznać, zobaczyć co mają w głowach Ci ludzie.

I taki był właśnie początek historii...

Zdjęcie pochodzi z portalu edukacyjnego Liceum św. Marii Magdaleny w Poznaniu
CDN...