Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codziennie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codziennie. Pokaż wszystkie posty

10 lutego 2021

Oczyszczenie


 Ten Imbolc wydaje mi się wyjątkowy. Chociaż nie, wróć, każdy Imbolc, każdy Sabat, może nawet każdy dzień jest na swój sposób wyjątkowe. A ten Imbolc jest wyjątkowy z wielu różnych powodów.

Hermetycznie

Po pierwsze, to bardziej pierwszy taki pandemiczny Imbolc. Pamiętam jeszcze ostatnią Wigilię Lutową sprzed roku, gdy widzieliśmy się wszyscy z kowenem osobiście. Pamiętam uściski, pocałunki i magię rytuału. I szykowanie się na wiosnę, na wielkie przemiany i wielkie wydarzenia, które nadejdą wkrótce. W tym roku uścisków i całusów nie było, rytuał przybrał inną formę, a dziś uderzyła mnie świadomość, że wielkich wiosennych planów nie udało się zrealizować i czas jakiś jeszcze nie zrealizują się. Przez czas jeszcze długi podróże nie będą bezpieczne, ani dla podróżujących, ani dla gości, ani dla ich  gospodarzy. Przez czas dłuższy nie będę mogła spotkać się z przyjaciółmi i martwię się o nich, bo mam też przyjaciół posuniętych już w latach. 

Zapach Imbolcu

Pogoda też jest jakaś inna. Pojawiła się jakże potrzebna nam zima. I to właśnie bardziej zimą niż wiosną tegoroczny Imbolc pachnie, inaczej niż zwykle. Matka Natura naprawdę przywdziała dziewiczy, biały welon. Teraz, gdy Słońce wspina się coraz wyżej, ma czas, aby się zregenerować, zapaść w sen. Bóg daje nam więcej światła, lecz gleba, pozbawiona matczynej troski, jest zmarznięta na kość. To nawet nieźle - gdy smog zelżeje, jest jeszcze szansa na spacer w zimnym, rześkim powietrzu w promieniach zachodu słońca. Wiosna czeka w napięciu, żeby się ujawnić, ale wie, że to jeszcze nie jej czas.

Wisielec

Całość tej lutowej atmosfery sprawia, że czuję się jak Wisielec. Zawieszona, w napiętym oczekiwaniu, ale też jakby pokornym, bo już się oswoiłam (ja i chyba wszyscy dookoła) do sytuacji, w której jestem. Wiszę z głową w dół, gdzie od nadmiaru zbierającej się w mózgu krwi, zaczynają się już zawroty. Jedną nogę mam tylko zgiętą, bo to jedyne, co zgięte mogę mieć. Do kina nie pójdę, do przyjaciół nie pojadę, z rodziną się nie zobaczę, ot, stopą mogę sobie tylko pomajtać.

Kokon

Dzięki temu czasowi mam więcej czasu dla siebie, mniej obowiązków, a więcej wolnych myśli. Nie wszystkie są dobrze spożytkowane, wiem o tym, ale się staram. Wykorzystuję ten imbolcowy czas, by, czerpiąc inspirację z Bogini, oczyścić się.  Co prawda nie biel teraz noszę, ale czerń, ale dzięki temu czuję się bardziej schowana, ukryta. Ten mój Wisielec na gałęzi zmienił się trochę w gasienniczkę na gałązce. Zagrzebałam się w swoim kokoniku i dobrze mi tu. Ciemno, ciepło wygodnie. Mam nadzieję, że uda mi się przeżyć tę zimę i wyjdę z tego doświadczenia przeobrażona. Że Bogini podzieli się ze mną i z nami wszystkimi swoją łaską oczyszczenia. Potrzeba nam spokoju, ukojenia, ale i wyjścia na świat, a będzie to możliwe tylko, gdy będziemy gotowi wkroczyć w ten świat ponownie z czystym spojrzeniem i jasnymi myślami.

I tego Wam i sobie życzę.



21 stycznia 2021

ZOZO był... niezły - podsumowanie

2020 skończył się. Tak bardzo wypatrywałam w przyszłość rok temu, aż przeczytałam sobie ponownie wpis sprzed roku. Jaki zeszły rok był - każdy z nas wie, ale może podsumujmy sobie to raz jeszcze. Nie z dzikim entuzjazmem ani nie z miną grobową. Na zimniej.

Blogowanie

Wiele projektów planowałam na ten rok i, jak się nad tym zastanowię, to wiele z nich udało mi się zrealizować, choć nie wszystkie tak, jakbym chciała. Udało mi się napisać więcej notek, niż 4 (brawo ja!) chociaż mogłoby być ich więcej. Mam przynajmniej 2 stricte wiccańskie artykuły rozgrzebane do połowy i przynajmniej 2 kolejne z przemyśleniami, takimi czy innymi, które trochę są o bólu, trochę o zmęczeniu, a trochę o konsekwencjach swoich decyzji i nie wiem, czy te dokończę. Być może je opublikuję, a być może ich czas bezpowrotnie minął. Tego niestety nie wiem, ale wrócę do porządkowania notek i się dowiem. 

Pojawiły się też 2 wiccańskie, magiczne dowcipy. Jeśli jesteście zainteresowani, by takich treści było więcej, dajcie znać, a może się uda dowieźć coś jeszcze w tych klimatach.

Współpraca z wydawnictwem

W 2020 roku powstało wydawnictwo Arcadia Mystica. Współtworzy je część Wiccańskiego Kręgu i choć nie jestem członkinią core'owej ekipy AM, to współpracuję z nimi w niektórych projektach. M. in. robiłam redakcję polskiego przekładu "Wicca: stara religia...", tak, żeby praca, która była rozciągnięta na kilka lat była spójna w stylu i poszczególnych wyrażeniach. Dużą część roku siedziałam też nad tłumaczeniem kolejnej książki, która ukaże się nakładem AM wiosną.

Przygotowuję się do recenzji książki "Gdy księżyc znajdzie się w pełni" i, być może, "Magicznego Życia", pozostałe książki przez wzgląd na moje bezpośrednie zaangażowanie nie będą tu recenzowane, ale być może ukaże się notka na temat tego, jak taka praca nad tłumaczeniem książki wygląda. Planuję oczywiście dalszą współpracę z Arcadią Mysticą, ale zobaczymy, jakie konkrety przyniesie przyszłość. Dotychczasowe tytuły ukazujące się nakładem AM możecie kupić TUTAJ.

Steamy, zoomy, online'y rozmaite

Niestety, nie było w tym roku Wiccaniska. Nie było też większości spotkań, ani w Warszawie, ani w Łodzi, na których zwykle można mnie spotkać. Liczę się z tym, że straciłam przez to wiele okazji do spotkań ze znajonymi i wiele możliwości, by poznać nowych przyjaciół. Większość spotkań odbywała się online. Do sieci przeniosły się spotkania warszawskie. Zamiast imprez organizowanych przez WK, możecie wziąć udział w zoomie organizowanym przez Michiru. Mnie udało się zorganizować dla Was kilka streamów na YouTube, gdzie trochę opowiadałam Wam na różne tematy i odpowiadałam na Wasze pytania. W pewnym momencie musiałam i z tym trochę zwolnić, ale o tym później.


Do "onlajnu" przeniosły się też spotkania naszego kowenu. Rytuały uległy całkowitemu przeorganizowaniu, ponieważ same obrzędy odbywają się tylko niematerialnie, a spotkania kowenowe, warsztaty i dyskusje, w miarę możliwości robimy sobie zdalnie. Działa to nawet nieźle, ale wszyscy nie możemy się doczekać, aż spotkamy się na żywo, uściskamy się i będziemy mogli pracować i świętować jak dawniej. Nie odbyła się również moja podróż do Londynu w połowie marca, która była dla mnie bardzo ważna. Może to i lepiej, wszystko się do tego czasu jakoś lepiej "uklepie", ale jestem bardzo zawiedziona, bo bardzo chciałam spotkać się z naszą Starszyzną. Mam nadzieję, że uda się to niebawem.

Osobiście 

Powiem Wam jednak, tak zupełnie szczerze, że dla mnie prywatnie to nie był zły rok. Mimo sytuacji gospodarczej, jaką mamy w tej chwilę ani ja, ani mąż nie straciliśmy pracy, wręcz przeciwnie, ze względu na specyfikę branż nasi pracodawcy mają się relatywnie dobrze. Mamy możliwość spokojnej i komfortowej pracy z domu. Przetrwaliśmy w zdrowiu, jak większość członków naszej rodziny. Co najważniejsze udało się nam kupić mieszkanie, które, mamy nadzieję,, będzie nam na wiele lat domem, schronieniem, świątynią, otwartymi drzwiami dla mojego kowenu i naszych przyjaciół. Stąd też moje wycofanie się z działalności internetowej w drugiej połowie roku - żyłam w większości na kartonach, gdzieś między remontem łazienki a innym malowaniem, woskowaniem podłóg, czy czym jeszcze. Nie miałam czasu niemal na nic, co nie byłoby związane z pracą albo przeprowadzką i trochę sobie tym napsułam zdrowia. Mimo wszystko udało mi się już trochę odpocząć i zerknąć z dumą na to, co udało się nam zrobić w tym roku.

Pierwsze Przesilenie w nowym domku 

Plany na ZOZI

Jakie plany na bieżący rok? Powiedzmy sobie szczerze, że kontynuacja zeszłego roku nie byłaby zła. Nie łudźmy się, że Covid-19 zniknie wraz z dopuszczeniem do obrotu szczepionek. Myślę, że większość tego roku będzie taka, jak większość poprzedniego. Dystans społeczny, maski, home-office będą nam towarzyszyć przez dłuższy czas jeszcze, więc trzeba się z tym pogodzić. Nie będzie planowanego na początek lutego Wicca Study Group w Warszawie ani międzynarodowej konferencji alchemicznej w Krakowie. Być może nie będzie też Wiccaniska, a raczej przez dłuższy czas nie wybiorę się do Londynu.

Będę starała się dalej prowadzić kowen, mając na względzie rozwój i możliwość praktyki, jak i zdrowie wszystkich jego członków. Będę starała się dalej pisać, pracować z wydawnictwem AM i postaram się pojawiać częściej na spotkaniach online, nawet jeśli nie zawsze jestem w stanie pokazać swojej mordki. Będę się starała kontynuować moją pracę dla Wicca i dla Was, jak będę mogła. Może w końcu tego roku zaczniemy powoli wracać do normalności - bardzo na to liczę. 

Życzenia 

Tymczasem wszystkim Wam (i sobie) życzę w tym roku normalności. Może nie koniecznie normalności sprzed pandemii - tam wbrew pozorom nie było znowu tak normalnie, jakbyśmy często chcieli. Więc może sprawiedliwości sobie życzmy, wolności, czystego powietrza i wody... Życzmy sobie, byśmy wkrótce znów mogli się spotkać, przytulić. Pobyć ze sobą.

No i tradycyjnie - by ten rok był lepszy niż poprzedni. Tym razem te życzenia brzmią wyjątkowo szczerze. 

25 grudnia 2020

Spacerowo

 

Lekko przejedzona świątecznymi daniami (tegoroczna Gwiazdka to w ogóle jest historia na inną historię), postanowiłam spożytkować chociaż częściowo ten nadmiar kalorii i poszłam do lasku. Może to naiwne, szukać spokoju w lasku miejskim, przemocą ucywilizowanym, w wielu miejscach bardziej przypominający park niż dzikie ostępy, ale postanowiłam spróbować. I nie zawiodłam się, ku mojemu szczeremu zdumieniu.

Byłam bowiem przekonana, że w tak ciepłe, świąteczne południe w lasku bedzie się roić od biegaczy, rowerzystów, rodzin z pokrzykującymi dzieciakami. Spotkałam może parę osób, z czego połowa wyglądała na złych, albo spieszących się dokądś. Dla mnie to dziwne - w moim domu rodzinnym tradycją było, że zawsze niemal w dowolne święta, szło się na świąteczny spacer. Po to, żeby nie tylko próbować choć częściowo zużyć kalorie, ale spędzić czas na powietrzu, nie jak na codzień - za biurkiem, w kuchni, przed telewizorem.

Mam wrażenie, że generalnie kultura spacerowania powoli zanika. Wydaje mi się, że coraz mniej osób spaceruje dla samej przyjemności spacerowania. Bycia na świeżym powietrzu. Monotonnego ruchu, który, wbrew pozorom, odpręża nasze ciało, a myślom pozwala lekko odpłynąć. Jeśli już  ludzie idą, to raczej dokądś lub skądś. Czasem, by zaciągnąć na spacer nawet kogoś bliskiego, trzeba użyć tego jako wymówki.

A prawda jest taka, że my, jako ludzie i jako czarownice, bardzo tych spacerów potrzebujemy. Dla takich mieszczuchów, jak ja, którzy nie wyobrażają sobie, by układać życie gdzieś indziej niż w betonowej dżungli, ważne są te laski i parki, skwery i trawniki, gdzie, choć tego często nie zauważamy na pierwszy rzut oka, tak naprawdę tętni życiem. I często samo to wystarczy. Spacer, na którym docenimy owe maleńkie cuda natury. A jak zejdziemy z głównej ścieżki, ubłocimy buty i uda się nam usłyszeć śpiew ptaków, kucie dzięcioła, wrzask dzikiej kaczki i te wszystkie odgłosy gdzieś w krzakach... wtedy robi się jeszcze fajniej! 

27 października 2020

***** ***



Od kilku dni myślę, jak i co o tym napisać. 

No i kurde nie. Nie da się napisać jakiegoś merytorycznego wywodu, podpartego moją wiedzą z 5-cioletnich studiów, skoro na usta ciśnie się tylko "wypie***lać". Bo szczerze, brak słów innych. Brak słów merytorycznych, gdy słyszy się wezwanie do spokojnego dialogu, jak zdanie wcześniej powiedzieli Ci, że "żadnego kompromisu być nie może". Jak jakiś dziad mówi, że Twoja reakcja jest histeryczna, bo nie rozumiesz, ale on Ci wytłumaczy. Jak ktoś metaforycznie, a potem faktycznie wypowiada Ci niemalże wojnę. Jak ktoś mówi, że jak Twoje dziecko bedzie tak chore, że po porodzie umrze, to... No po prostu umrze. Jak ktoś Ci wmawia, że tortury fizyczne i psychiczne można stosować, bo tany emocjonalne są stanami przejściowymi

No, kurwa, do cholery, nie. 

Bogini jest kobietą

Jest świętą kobiecością i uświęceniem kobiecości, swoich czarownic i kapłanek. Jest wolna. Zawsze i niezmiennie, jako hasająca po łąkach Dziewczyna, jako Matka, obdarzająca uczuciem tych, których sama wybierze i jako Wiedźma, która podzieli się swoimi magicznymi sekretami z tymi, którzy okażą się tego warci. 

Sojusznik

Zachodzi w ciążę, kiedy nadchodzi na to czas, a czas jest wtedy, kiedy ona sama zdecyduje, kiedy odnajdzie kochanka. To ona tę ciążę nosi i to ona wydaje na świat Dziecię Słońce. A jej ukochany wiernie stoi u jej boku, ale nie podejmuje za nią decyzji. Trzyma jedynie za rękę, kiedy trzeba. A kiedy trzeba - sam się poświęca. 

I jeszcze jedno. W Wicca nie ma koncepcji grzechu. W Wicca można wierzyć w Niebo, można wierzyć w anioły, ale nie ma chyba mniej wiccańskiej idei, niż grzech. Każda sama za siebie podejmuje decyzje. Każda decyduje za swoje sumienie, swoje ciało i swoją duszę. I każda ponosi odpowiedzialność i konsekwencje takich czynów na własną rękę. Nie należy w wolną wolę, w wolność do decyzji ingerować. Nie wolno, zwłaszcza w sprawie tak ważnej, jak kontynuowanie ciąży z ciężko uszkodzonym płodem, odbierać prawa do własnych uczuć, przemyśleń, czynów i idących za nimi konsekwencji. Zabranianie prawa do tej decyzji, to zakładanie z góry, że biedna, mała kobietka zdecyduje źle, więc trzeba wybrać za nią. A to nie prawda.

Zdecyduje po prostu po swojemu 

Bo w każdej kobiecie (i w każdym mężczyźnie) drzemie Bogini. Wielka, Potężna i Wolna. Kto spróbuje ją sobie podporządkować bez jej zgody i jej decyzji, poniesie karę. Mam taką szczerą nadzieję. 

I pozdrawiam z tego miejsca wszystkie osoby spacerujące. Dziękuję.

Pobrane z fanpage OSK


13 października 2020

Okropna pogoda


Wiele moich współczarownic uwielbia jesień. Piękne kolory na drzewach, mile wieczory z kakao i kocykiem, i możliwość odpoczęcia po długich letnich dniach i upałach. Pamiętam jak rok temu rozmawialiśmy o tym na spotkaniu wiccańskim, jak wiele osób cieszyło się z nadejścia jesieni.

A mnie bardzo szybko zaczęło się robić zbyt głupio, żeby się odezwać. Nie cierpię jesieni. Zwłaszcza takiej, jak dzisiaj. Kiedy już kolejny dzień pada, a niebo cały dzień jest tak ołowiane, jakby słońce odmówiło współpracy w ogóle. Nie lubię krótkich dni, zimna i listopada. Zwłaszcza, że klimat się nam zmienia i złota jesień staje się z roku na rok coraz krótsza i ostatnimi laty trwa maksymalnie tydzień. Jedynym światełkiem w tym czasie są horrory (które coraz bardziej lubię) i Halloween, które miało być w tym roku świetną imprezą, a odbędzie się online - w najlepszym przypadku.


I tak było zawsze, co roku, od bardzo bardzo dawna. Wiem oczywiście też, że to, że ja czegoś nie cierpię cokolwiek powstrzyma. Wiem, jak bardzo ten okres jest potrzebny planecie i naturze. Jak bardzo jest potrzebny, najwyraźniej, moim znajomym i przyjaciołom, którzy muszą, jak słyszałam, odpocząć od lata. I świadomość tej potrzeby pozwala mi łatwiej przeżyć ten czas.

Żeby było ciekawiej, to nawet dzięki świadomości konieczności istnienia mojej znienawidzonej pory, nauczyłam się ją w specyficzny sposób po wiccańsku celebrować. Świętować, jako część naturalnego cyklu przyrody. I paradoksalnie świadomość Koła Roku i tego, że mój znienawidzony okres w roku ciągle wraca, bardzo mi pomaga. Bo jeśli ciągle będzie przychodził, znaczy, że musi co roku skończyć się i odejść, dając mi spokój. To przynosi specyficzne ukojenie mojemu niezdiagnozowanemu profesjonalnie SADowi.

Warto celebrować czas, który mamy i okoliczności, które się nam przytrafiają. Nawet nielubiane, nawet robiące nam niedobre rzeczy, czasem są nam potrzebne. Nawet ten okropny, wielodniowy deszcz. 

14 czerwca 2020

30 marca 2020

Pandemicznie




Innego tytułu pełnie się spodziewaliście, ale dajmy sobie spokój, bo naprawdę, ten Marquez zużył się już w pierwszym tygodniu izolacji i stał się niczym wyświechtany mem "w czasach zarazy", więc dajmy mu wreszcie spocząć w pokoju. Przyznać trzeba jednak bez żadnego owijania w bawełnę, że pandemia zmieniła nasze zwyczaje, rozwaliła nam plany i zmusiła do przystosowania się do obecnej sytuacji.

23 marca 2020

29 lutego 2020

Męczące zmiany? Chcę więcej!



Kiedy pochłaniałam dosłownie wszystkie wiccańskie treści, jakie udało mi się znaleźć (a było ich wtedy wieeelokrotnie mniej niż dziś), jednym z moich źródeł była strona 3Jane "Na korze brzozowej spisane". Chociaż autorka nie była wiccanką, to źródło to było i nadal jest bardzo rzetelne, większość tekstów można bowiem znaleźć w internecie o właśnie tutaj. Zawiera ciekawe przemyślenia i interpretacje, a jednak jednej rzeczy z dawnych lat mi brakuje - części blogowej.

15 stycznia 2020

2 listopada 2018

Śmierć i inne przyjemności


Nie wiem, jak Wy to odbieracie, ale dla mnie - wciąż jeszcze mamy samhainowy czas. Może to ten długi listopadowy weekend, może fakt, że dzięki regularnym medytacjom jestem spokojniejsza i dni mi się "wydłużyły", może to przez ładną, ciepłą pogodę. Ale wyjątkowo dobrze czuję się z "sezonem halloweenowym" w tym roku. Prawdę mówiąc z roku na rok lubię ten okres coraz bardziej.
Drugi już rok czekałam z cukierkami na przebierańców. Znów się nie pojawili i cukierki chcąc, nie chcąc, trzeba było zjeść samemu (co za pech!), ale mam poczucie, że w końcu któregoś roku przyjdą. Znów przygotowaną mam listę horrorów i filmów Burtona, które chcę obejrzeć w tym roku i jestem dopiero gdzieś w jej połowie. Ta połowa święta, pełna zadumy i powagi troszeczkę mi umyka, bo halloweenowe szaleństwo sprawia mi coraz większą frajdę.


Życie po życiu?

Może dlatego, że śmierć, zwłaszcza moja własna, trochę przestała mnie obchodzić.
Im dłużej na jej temat myślę, tym jaśniej to widzę i tym bardziej przestaję się śmierci bać. Boję się bólu, owszem, albo że mogłabym w pewnym momencie stracić wspomnienia i rozum, jak to już widziałam u innych, choć znacznie starszych ode mnie ludzi. Ale nie boję się, że umrę. Od lat przyzwyczaiłam się już, że śmierć jest częścią życia i że kiedyś po prostu przyjdzie. Wielu ludzi nie chce jednak swojego życia kończyć. Nic dziwnego! Wkładamy w nie w końcu wiele czasu i wysiłku! Myślę, że to z tego powodu głównie marzymy o niebie, nirwanie, reinkarnacji - jakiejś formie kontynuacji naszego życia po jego zakończeniu w tej formie. Wydaje mi się jednak, że za bardzo ufamy w te swoje wierzenia chcąc myśleć, że w jakiś sposób zachowamy część świadomości lub wspomnień z poprzedniej egzystencji.

Nekro-biznes

Jest na tym nawet oparta cała gałąź ezo-biznesu! Seanse spirytystyczne, wywoływanie i odwoływanie duchów, kontakty ze zmarłymi, oczyszczanie nawiedzonych domów... i tak, wierzę, że w pewnych sytuacjach czy miejscach może manifestować się reminescencja obecności czegoś niegdyś żywego, ale z daną osobą ma to mniej wspólnego, niż zwykle się nam wydaje. Do tego jest jeszcze druga strona medalu - cały ruch i gałąź marketingu związana z zaklęciami, medytacjami i hipnozami, w których można zobaczyć swoje przeszłe wcielenie. Przeszłe wcielenie, które było zamieszkałe przez same czarownice, wiedźmy i kapłanki chyba, bo ludzie w takich sytuacjach po prostu chcą poczuć się dobrze i podbudować ego. Stąd łatwiej jest uwierzyć w bycie kolejnym wcieleniem Kleopatry, niż chłopki małorolnej  zmarłej w wieku 16-stu lat.

Theda Bara jako Kleopatra w filmie z 1917 roku

Pyk! i koniec

A ja myślę, że to wszystko nie ma sensu i nie ma znaczenia. Bo kiedy umrę  to mnie po prostu nie będzie. Martwię się trochę o to, że kiedy umrę, zostawię tu przyjaciół i rodzinę, tę biologiczną i tę magiczną. Ale martwię się o to teraz, bo kiedy umrę, to nie będzie się komu martwić, bo... mnie nie będzie. Wierzę w istnienie duszy, czy jakiejś energii, ale cała moja świadomość tego, kim jestem, moje myśli i doświadczenia, moje uczucia do osób i miejsc są zapisane w mózgu... który przecież umrze. I kiedy sygnały przestaną biegać po synapsach - zniknę taka ja, jaką siebie teraz znam i jaką wy mnie znacie. I tyle.

O - tak będzie!

Mało, ale dobrze

I jest dla mnie coś niesamowicie kojącego w tej myśli. Byłoby strasznie męczące pojawiać się po śmierci w nieskończoność w miejscach znanych za życia. Albo jeszcze gorzej, pamiętać wszystkie swoje dotychczasowe wcielenia. Pomyślcie o tym mętliku w głowie! A taki koniec... to koniec! I już! Czy nie lepiej to brzmi, niż ciągnący się za nami cień dawnej egzystencji?
I tak dużo większą dziś frajdę sprawia mi halloweenowe szaleństwo z duchami, zmorami, zombie i perspektywą strachu ze śmierci. Bo odłożyłam tę perspektywę za siebie. Życie wieczne? To dopiero horror! Lepiej zamiast na nim, skupić się na tym, które mamy. Może i krótkie, może nie mamy wpływu na zbyt wiele. Ale jest nasze, własne i zależy tylko od nas.
A co Ty zrobisz ze swoim czasem?


PS. Tradycyjnie zapraszam do strony Bloga Czarowniczego na Facebooku. Zwłaszcza, że możecie teraz wystawić recenzję!

22 sierpnia 2018

Wakacyjnie



Jestem właśnie na wakacjach - spędzam urlop nad "zatłoczonym i brudnym" polskim morzem, w jednym z moich ukochanych miejsc na ziemi, na Mierzei Helskiej. Teraz jestem tu drugi rok z rzędu, ale w międzyczasie miałam długą, wieloletnią przerwę i poza wiccańskimi zjazdami i imprezami nie wyjeżdżałam "za miasto" praktycznie wcale. Dzisiaj widzę, że to była zła decyzja, bo czuję, jak się regeneruję, jak bardzo mimo wczesnych pobudek jestem wyspana i wypoczęta. Jak dobrze pracuje mi się nad kolejnymi przedsięwzięciami, mimo braku łatwego dostępu do Internetu (będącego dla mnie podstawowym narzędziem w wiccańskiej dłubaninie dla Was). Prawdę mówiąc, to po prostu naprawdę moje magiczne miejsce. Miejsce, w którym, choć tak wcześniej nie myślałam, w sumie się wszystko zaczęło.

Wszystkie zdjęcia we wpisie są mojego autorstwa

Medytacja morskiego brzegu

Będąc na plaży czuję się niemal najbliżej żywiołów, jak się da. Tak było od wielu lat, chociaż kiedyś nie potrafiłam tego zidentyfikować, nazwać. Kiedy poznałam koncepcję czterech żywiołów, ich znaczenie i symbolikę - nagle wszystko zaczęło mieć sens, wyskoczyło na miejsce. Dziś nadal kocham medytować na plaży, zbliżam się do żywiołów, które rozpościerają swoją moc w naturze. Osiągam błogą równowagę dotykając każdego z nich na równi.
Siadam na Ziemi, na złotym piasku. Odchylam się do tyłu i wczepiam weń palce, zakopuję się w nim dłońmi, by czuć jego fizyczną stabilność.
Nogi wyciągam do przodu przed siebie tak daleko, jak mogę. Tak, by opływała je Woda, fale turkusowego morza. Czuję dzięki spokój temu spokój, ukojenie.


Zamykam oczy i moje ciało pochłania Ogień, żar palącego słońca. Ciepłe promienie przyjemnie rozgrzewający skórę, niosąc poczucie bezpieczeństwa i siły.
Odchylam głowę, by spojrzeć w błękit czystego nieba, po którym z wolna przesuwają się białe chmury. Czuję Powietrze, delikatną morską bryzę, wyciszającą ciało i umysł. Słyszę, jak wiatr niesie szum fal, tworzący odprężającą, niemal medytacyjną muzykę natury.


Moje magiczne miejsce na Ziemi

Od zawsze nadmorski brzeg, to właśnie miejsce zderzenia żywiołów, jest dla mnie miejscem magicznym, ale na Helu czuć to szczególnie. Taki skrawek lądu, targany żarem słońca i wichurami burz, między morzem a morzem, wydaje mi się być szczególną ostoją Bogów. Czuję ich obecność blisko, słyszę w szumie fal, widzę w blasku księżyca odbitym w wodach zatoki. Magia tutaj po prostu do mnie śpiewa, i chociaż zwykle straszny że mnie mieszczuch, co sobie nawet chwalę, to równie nie niepokojona i anonimowa czuję się tutaj.
Chociaż czasem bywa inaczej. Czasem blisko brzegu już traci się grunt, znajome wczoraj dno, dziś jest pełne zdradliwych uskoków i kamieni. Czasem gwałtowny prąd wciąga wgłąb nieznanego z cofającą się falą. Czasem burza może zaskoczyć morze. Wszystko to bardzo uczy pokory wobec bezlitosnej dla głupców wody, wobec potęgi sił natury, wobec mocy Bogów.

Ulubiony przystanek na trasie 

A jednak. Nie tylko każdy dzień, każda podróż i każde miejsce przypominają mi o mojej drodse i, jakby na to nie spojrzeć, powołaniu to każdy przyjazd tutaj po dziesięciokroć upewnia mnie, że jestem na właściwej ścieżce, że otaczają mnie właściwi ludzie, że po prostu dobrze mi z Wicca i moimi Bogami.
To tutaj utwierdziałam się w przekonaniu, że chcę wstąpić na tę drogę.
Tutaj pisałam swoje pierwsze teksty (na litość  jakie one były beznadziejne!).
To tutaj takżeppodjęłam decyzję o inicjacji, a nawet do jakiego kowenu, z jakimi ludźmi chcę moją ścieżką kroczyć.

Co z tego wynika?

Medytujcie. Szukajcie swoich ulubionych  świętych miejsc. Takich, do których chętnie się wraca. Takich, w których czujecie harmonię i spokój.
I pamiętajcie, że najważniejszego życiowe decyzje najlepiej podejmować że spokojem, będąc wypoczętym i zrelaksowanym - wtedy nie można się mylić!

21 czerwca 2018

15 stycznia 2018

Aukcja dla Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy - ciągle trwa!

Spojrzałam ostatnio do swojej szkatuły z biżuterią - tą magiczną i tą zupełnie zwyczajną. I wtedy zobaczyłam to stare cudeńko.
Otóż od ponad 10 lat (a raczej już dobrych kilkanaście, sama już dobrze nie pamiętam) mam pewien drobiazg. Nie jest on ze szlachetnego kruszcu, prawdę mówiąc sama nie wiem z jakiego jest metalu (prawdopodobnie to stop cynku). Mimo to przez przez wiele lat towarzyszył mi na wiccańskiej ścieżce, nim jeszcze dokładnie na nią weszłam. To było lata, nim poznałam swoich arcykapłanów, o kowenie mogłam tylko marzyć. Wtedy o tradycji Wicca czytałam w internecie z wypiekami na twarzy.


Na festynie historycznym pewien pan sprzedawał takie unikatowe cudeńka właśnie. Byłam młodą dziewczyną, mieszkałam z rodzicami i nie chciałam kupować sobie pentakla. To znaczy chciałam, ale bałam się, że będzie zbyt kontrowersyjny, że wywołam jakąś awanturę, albo przynajmniej niekończące się dyskusje, że już kompletnie mi odbiło.


Swoją drogą pentakl zawsze wydawał mi się trochę... oklepany? Wicca w końcu nie utożsamia się wyłącznie z jednym symbolem, a wszystkie znane mi (wówczas głównie z internetu) czarownice albo już miały pentakl, albo właśnie o takim marzyły. Nie miałam więc nic przeciwko, aby nosić trykwetrę. Przeplatający się nieskończenie potrójny węzeł kojarzony z Magią Trójek - Potrójną Boginią, trzema wymiarami, trzema aspektami człowieka: ciałem, umysłem i duszą, w reszcie, z Prawem Trójpowrotu. Wydawała mi się IDEALNYM symbolem na początek mojej wiccańskiej drogi, a byłam już wtedy pewna, że chcę nią podążać. I faktycznie, nosiłam ją przez szereg lat.

2009 rok - ależ byłam wtedy młoda! Już wtedy miałam tę trykwetrę od dłuższego czasu
Od tamtego momentu minęło wiele lat. Aż łezka się w oku kręci, kiedy sobie o tym wspominam!
Dziś sama jestem arcykapłanką i prowadzę kowen. Dzisiaj sama jestem autorką bloga, prowadzę FanPage, współtworzę stronę "Wiccański Krąg". Na pewno wiecie też, że organizuję różne wydarzenia dla innych czarownic i magów - spotkania, warsztaty i konferencje.
I czasami, po cichutku, mam nadzieję, że komuś moja działalność pomaga tak, jak ja czerpałam wiedzę od innych, starszych stażem czarownic w necie.
Kiedy więc zobaczyłam ponownie ten wisior z symbolem potrójnego węzła uznałam, że powinien już mnie opuścić i iść w świat. Pomyślałam, że czas przekazać go komuś innemu. Osobie, którą symbol Magicznych Trójc, będzie prowadził dalszą drogą, tak jak kiedyś prowadził mnie. Że chciałabym, by ponownie stał się amuletem, przypominającym o wiccańskiej bądź magicznej ścieżce.
Żal jednak z pamiątką rozstawać się ot tak. Poza tym, komu konkretnie mogłabym go dać?


Szybko przyszło olśnienie. W styczniu mamy przecież genialne święto otwartych serc i jedności wszystkich Polaków i nie tylko. Jak więc nie przekazać datku dla Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy?
Tak więc zdecydowałam się wystawić mój wisiorek z trykwetrą na aukcji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.
Cieszę się, że moja trykwetra będzie mogła być drogowskazem dla kolejnej młodej czarownicy. Cieszę się tym bardziej, że pieniądze z jej sprzedaży zostaną przekazane na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, co oznacza, że puszczenie wisiorka w obieg przyniesie światu wiele korzyści na raz.
Co prawda w niedzielę mieliśmy już Wielki Finał i Światełko Do Nieba już poszło, ale aukcje dla WOŚP jeszcze trwają. Aby licytować wisiorek macie jeszcze 10 dni.
Wszystkim, którzy już udostępnili informację o aukcji lub wzięli w niej udział - serdecznie dziękuję. Jesteście niesamowici!
Cena była podbijana już kilkadziesiąt razy! W chwili publikacji wpisu cena przekroczyła cenę minimalną ponad dziesięciokrotnie!
Już przeszliście moje najśmielsze marzenia.
Życzę sobie i nam wszystkim, aby WOŚP pobiła zeszłoroczny rekord (jak co roku).
Powodzenia na aukcji!

14 stycznia 2018

23 listopada 2017

Fejsikowo 2 - kiczowate obrazki o ocenianiu


Pisałam już jakiś czas temu, jak strasznie mnie wkurzają ckliwe, przeintelektualizowane cytaty, umieszczone na ładnych fotografiach, przepełnione "mondrościom ludowom". "Paolo-Coelhizmy", które wydają się głębokie i przemyślane, a tak naprawdę przypominają bardziej intelektualną kałużę. Poprzedni taki wpis dotyczył "Prawdziwej Rodziny, która nigdy nie ocenia". No to dzisiaj poznamy prawdę o ocenianiu innych ludzi.

Tylko Bóg może mnie sądzić!

To powiedzenie, a właściwie cytat i tytuł utworu Tupaca Shakura, już lata temu straciło oryginalne znaczenie. Sam utwór jest o... umieraniu, kiedy to podziurawiony od kul podmiot liryczny stwierdza, że "teraz, to już tylko Bóg go osądzi". No w takich okolicznościach przyrody trudno polemizować, ale to trochę ironiczne, że ludzie tatuują sobie ten cytat, jako życiowe motto?

Tylko bog moze mnie sadzić - życiowe motto ogrodników
Ok, tylko... co to właściwie znaczy dla osób, które sobie to tatuują? Najczęściej jest to protest przeciwko policji i wymiarowi sprawiedliwości. Hip-hop, rap i ten nasz podmiot liryczny umierający od kul może się kojarzyć ze środowiskiem mającym problemy z poszanowaniem prawa. Ze środowiskiem gnatów i kos, środowiskiem "JP na 100%".
W internecie jednak bardzo szybko pojawili się "krewniacy" tego mema. "Memy-kuzyni" mówiące, że już nawet nie Bóg, ale nikt i nic nie jest w stanie nas osądzać. Że jesteśmy wyjątkowymi płatkami śniegu. Że nikt nigdy nie miał takich samych przeżyć jak my, nikt nigdy nie czuł się, tak jak my i nikt nigdy nie popełnił takich samych błędów jak my.



Wyjątkowi w bólu

Nie cierpię tego mema. Nie cierpię, bo sprawia, że osoby, które w jakiś sposób czują się poszkodowane, zranione, smutne, nakręcają się jeszcze bardziej, utwierdzając się w wyjątkowości swojego nastroju. Łatwo wpaść wręcz w specyficznego rodzaju zachwyt nad własnym cierpieniem. I jasne, każdy musi się od czasu do czasu wypłakać, ale to nie jest tak, że nikt nigdy nie czuł się tak jak my. To zwyczajnie nieprawda.
KAŻDY ma czasem gorszy dzień. KAŻDEMU kiedyś nie udało się w miłości. KAŻDY kiedyś się bał. Wiele jest osób, które krzyczały w bólu albo udawały, że nic ich nie boli. Jest wiele osób, które chorowały i chorują na depresję lub mają podobne problemy zdrowotne. Jasne, każdy przypadek jest inny, ale trzeba starać się rozglądać za pomocną dłonią, wychodzić z tego, szukać rozwiązań. Takie chwalenie się swoją wyjątkowością i pogrążanie w smutku siebie lub osób, które będą oglądać obrazki na twojej facebookowej ścianie jest po prostu szkodliwe.

Krytyka jest dla słabych

W końcu istnieją obrazki takie, jak na górze wpisu. Obrazki w stylu "mam swój świat", "mam prawo do swoich błędów", ewentualnie "mam wyje*ane". Moje decyzje są moje i nikt nie może o mnie powiedzieć złego słowa. Nie będę się do nikogo dostosowywać, będę robić co chcę, a tobie nie wolno tego komentować



Bujda na resorach... 
Zasadniczo wszystkie te memy "nie można mnie oceniać" - całą szeroką rodzinę, należy wrzucić do jednego śmietnika. Ludzie będą oceniać. Zawsze oceniają. Oceniają Ciebie, oceniają mnie, oceniają tę dziewczynkę z obrazka. Takie są konsekwencje życia w społeczeństwie - taka jest konstrukcja tego społeczeństwa. Możemy jedynie wybrać, jakie opinie będą dla nas ważniejsze, a jakie mniej ważne, czyja krytyka jest dla nas bardziej istotna. Gdyby nie krytyka, społeczeństwo, które nas ocenia i swoimi ocenami umieszcza w pewnych kategoriach - skąd będziesz wiedziała, dziewczynko z koczkiem, czy twoje decyzje były błędne i czy ich później żałować? 

Oczywiście, takie oceny będą różne, ba, pewnie w wielu przypadkach będą skrajnie sprzeczne. Ale to dobrze! To właśnie pozwala nam reagować na tę krytykę, odnosić się do niej, oceniać oceny innych. Nie można jednak ludziom powiedzieć, że nie mają prawa do ocen. - grunt, żeby oceny te wyrażać w sposób kulturalny i wyważony

Wiccańskim okiem...

A tak jeszcze na koniec... krzyczenie i demonstrowanie, że co prawda robić będę co chcę, ale niech nikt mnie nie ocenia i nie wyraża zdania - jest bardzo niewiccańskie. W Wicca cały czas uczymy się rozważać swoje czyny, bo cały czas będą nas dotykać ich konsekwencje. Kreowanie przekazu, że "mam prawo błądzić, ale niech nikt mnie z tych błędów nie rozlicza", zwłaszcza przez osoby uważające się za uduchowione czy też (jeszcze gorzej) będące jakimś duchowym autorytetem dla innych to jakiś absurd. To jak próba stawiania pola siłowego przed konsekwencjami, które są i będą zawsze nieuniknione. Wiccanin nie powinien tak robić. Czarownica świadoma, dorosła, wie, że wszystko co zrobi, będzie do niej wracało. Nie będzie krzyczeć "nie oceniaj mnie", ale za każdy czyn i za każde słowo poniesie lepsze lub gorsze konsekwencje. I zrobi to z dumą i podniesionym czołem, bo wiccanin, który jest dość dojrzały, żeby znieść oceny swoich działań, to człowiek prawdziwie wolny.


PS. Oczywiście zapraszam do polubienia Fanpage Bloga Czarowniczego na Facebooku.

2 maja 2017

Majówkowo


Dotrwałam jakoś do maja... 
Sama nie wiem jak i kiedy przeleciał kwiecień, upakowany do nieprzytomności nadgodzinami. Nawet okrągłe urodziny jakoś mi przeleciały i nie napisałam corocznej notki z narzekaniem, że się starzeję... prawdę mówiąc nie miałam czasu narzekać, ani nawet za bardzo zwrócić uwagi, że oto minął kolejny rok. Ze wzruszeniem ramion stwierdziłam, że nie czuję się ani lepiej, ani gorzej, ani w sumie w ogóle inaczej, więc widocznie nic się nie stało.
I tak sobie myślę, że tak pewnie najlepiej.

W końcu drzewa kwitną! 

Kwiaty!

No i w końcu ponownie jest! Beltane! Majówka! Spokój! Słońce! Drzewa kwitną!
Och, jak bardzo lubię, kiedy kwitną drzewa i krzewy - to chyba moja ulubiona część roku. Szkoda, że nie jest tak ciepło, jak zwykle o tej porze bywa. W przeciwieństwie do listopada, który ma w sobie beznadziejną szarość i przenikający chłód, maj i jego kwiaty to siła, energia i nadzieja. Nic dziwnego, że Japończycy mają osobny zwyczaj podziwiania wiosennych kwiatów, który ma swoją własną nazwę - hanami. Myślę, że bardzo przydałoby się nam podobne święto. By wyjść z domów i w spokoju podziwiać te barwne cuda Matki Natury.

Kwiaty magnolii aż ustawiają się do fotografii
Chłodna pogoda nie przeszkadza na szczęście w spacerowaniu i podziwianiu okolicy. Zrobiłam sobie takie moje małe, własne hanami, wykorzystując odrobinę wolnego czasu (którego zawsze za mało!), bo te wyżej wspomniane nadgodziny... no to się chyba nie skończy za szybko. Doszłam wówczas do wniosku, że być może dobrze, że nie jest tak gorąco, jak lubię. Te delikatne kwiaty chyba wolą chłód. Drzewa rozkwitają wolniej i na dłużej, więc będą cieszyć oczy przez kilka tygodni zamiast kilku dni.

Kiedy pogoda jest aż zbyt ładna - nawet "ze Słońcem" zmienia się w "pod Słońce" i prześwietla

Grill a grad

I myśleć, że zaledwie tydzień wcześniej, gdy spotkałam się z Rodziną na wspólnym świętowaniu Beltane był grad. Grad ze śniegiem i z deszczem, zamiast tego grilla, cośmy go sobie obiecywali urządzić. Nie obyło się i bez innych rzeczy, które były pod górkę. Z zającami już tak bywa, że zawsze pojawia się coś, co będzie pod górę. Ba, sama nabroiłam i przyznaję się, obiecując poprawę. Ale kiedy człowiek się przepracowuje a wino jest smaczne... 

Jasne i czerwone - działają razem tylko, jeśli dotyczy listków na fotografii

Za to rytuał wyszedł idealnie. Jak zawsze, przecież, bo z zającami już tak bywa, że nawet jak coś jest pod górę, to rytuały zawsze wychodzą idealnie. Bóg i Bogini udzielili nam swoich błogosławieństw na nadchodzące lato wznosząc Różdżkę i Kwiat nad każdym z nas i nad całym światem, przekazując tym samym wiadomość Miłości, która pokonuje czas, przestrzeń i rozstania, Miłości, która, mam nadzieję, będzie nas ogarniać, mam nadzieję, o wiele dłużej, niż, to lato, a nawet dłużej niż nadchodzący rok.

Miłosne róże i czerwienie na drzewach i krzewach

Malowniczo

Samą zaś Wigilię Majową spędziłam w pracy. Nie całą oczywiście! Ale, niestety, czasem trzeba się pojawić na posterunku w czasie, w który nie ma się na to ochoty. Patrz pierwszy akapit o nadgodzinach. Mam nadzieję, że firma wynagrodzi mi ten wysiłek...
Popołudnie już należało tylko do mnie, Narzeczonego i japońskich drzeworytów w Muzeum Narodowym. Bogaty zbiór jaskrawych, precyzyjnych odbitek obrazujących życie codzienne i przyjemności dziewiętnastowiecznych mieszkańców kraju kwitnącej wiśni robi niesamowite wrażenie, zwłaszcza, że można również obejrzeć narzędzia do rycia w drewnie i wykonywania odbitek. Jeśli mieszkacie w Warszawie lub okolicach i znajdziecie czas, by jeszcze przed niedzielą (koniec wystawy!) wpaść do muzeum, to bardzo polecam - o ile ktoś lubi takie rozrywki jak muzea, oczywiście.

Jaskrawe obrazy biorą się, rzecz jasna, z jaskrawej rzeczywistości - do wykonywania odbitek stosowano jedynie roślinne barwniki

Niezależnie od tego, czy uda się Wam obejrzeć wystawę, czy uda się Wam zrobić w tę majówkę grilla, czy jeszcze przed końcem tygodnia spadnie grad, czy też wypijecie za dużo wina... Wyjdzie na swoje hanami. Nawet jeśli jest trochę zimno, to kwiaty aż proszą, żeby być podziwiane. Po to właśnie mamy maj i po to mamy Beltane. Miłość, ta absolutna i boska, Miłość Natury woła do nas właśnie przez nie. Nawet jeśli mieszkacie z dala od łąk i lasów, nawet w centrum miasta - przecież sama dobrze o tym wiem, można tę bliskość Natury dostrzec i poczuć. Dajcie sobie więc czas na to, nawet jeśli za chwilę znów wracacie kręcić nadgodziny.


No i oczywiście pięknej dalszej części Majówki życzę, przekazując jednocześnie od Bogów beltane'owe pozdrowienie Miłości. Kochajcie świat, kochajcie ludzi, kochajcie Bogów i kochajcie siebie samych. Dawajcie sobie czas na wino, przyjaciół, sztukę i naturę.
Tego z okazji Majowego Święta, którego Czas Kwitnących Drzew jeszcze trwa życzę wszystkim moim Czytelnikom, Przyjaciołom i Rodzinie.
Bądźcie Błogosławieni!

No i już niedługo czas na bzy - czekają w kolejce
PS. Oczywiście zapraszam na Fanpage Bloga Czarowniczego na Facebooku, tam więcej materiałów, ciekawostek i polecane linki.