21 października 2014

Bez kija i marchewki

Wielokrotnie słyszałam opinie ateistów, że religia jest nam potrzebna po to, żeby wyznaczać ludziom moralność. W końcu większość religii ma jakiś-tam dekalog czy inny system zasad, którego należy przestrzegać, żeby być lepszym wyznawcą i osiągnąć jakiś cel (niebo, nirwanę), a w przeciwnym razie spotka człowieka kara. Więc jak się odrzuca bajki o boziach w niebiesiech, to system etyczny jest tym, co pozostaje w religii wartościowego. Kiedy zaś zapytałam - "A co jeśli religia jest społecznie amoralna? Jeśli nie wyznacza takich standardów?"

Dzisiaj będzie o tym jak ja widzę "amoralność" i dlaczego uważam, że Wicca jest amoralna. Temat jest dość trudny i kontrowersyjny, dlatego chcę podkreślić (co chyba nie powinno wymagać podkreślenia, skoro to mój prywatny blog, ale na wszelki), że to mój prywatny blog a więc i moje prywatne zdanie. Pewnie wiele osób się ze mną zgodzi, a jeszcze więcej nie. Ja zawsze jestem na dyskusję otwarta, więc bardzo chętnie o tym podyskutuję, ale z zaznaczeniem, że możemy się dalej nie zgadzać i mimo to rozejść się w pokoju.

Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że nie stosuję pełnej, słownikowej definicji amoralności i że w zasadnie nauki społeczne i etyczne podchodzą do tej kwestii inaczej. Że dla nich amoralnoćć jest zasadniczo równa antymoralności, czy też immoralności. Ja natomiast pozwolę sobie używać swoich własnych definicji (bo na moim prywatnym blogu mi wolno ;) ), dla odróżnienia wrzucając "amoralność" w cudzysłów, żebyście nie myśleli, że poprawiam naukowców, którzy się znają lepiej. Nie poprawiam. Potrzebuję jakiejś nazwy, a ta wydaje mi się najlepsza.

Czymże jest więc ta "amoralność" według mojej, odautorskiej definicji? To cecha, która oznacza, że coś (lub ktoś) nie wyraża stanowiska w sprawie moralności. Oczywiście to bynajmniej nie stawia "amoralności" w opozycji do moralności! "A-" nie znaczy "anty-" albo "nie-". Kwestia czy coś jest niemoralne lub moralne - to już jest kwestia pewnego stosunku do moralności. "Amoralność" mówi "meh..." i to w sumie tyle. Trochę to można porównać do zachowań aspołecznych. Zachowania społeczne to zachowania w pewnej wspólnocie, tę wspólnotę scalającą, zachowania według reguł tej wspólnoty. Antyspołeczne - to rozwalanie tejże wspólnoty, okazywanie otwartej wrogości i agresji do jej członków i norm. Człowiek aspołeczny zaś jest trochę jak introwertyk. W sensie - siedzi w tym samym pokoju, ale na drugim jego końcu i w zasadzie jego stosunek to reszty grupy, to właśnie takie "meh...".

Dlaczego uważam, że Wicca jest "amoralna" - w sensie przytoczonej wyżej definicji? Bo jej stosunek do moralności w zasadzie jest nijaki. Oczywiście, zawiera wskazówki odnośnie tego, co jest moralne i etyczne. W Prawie Trójpowrotu daje wskazówkę o konsekwencjach. W Wiccańskiej Poradzie podpowiada, kiedy mamy się wstrzymać od działania (kiedy możemy kogoś skrzywdzić). Są i inne teksty rytualne, które podpowiadają nam, co jest miłe naszym Bogom, jakich zasad powinno się przestrzegać... tylko że to wszystko jest trochę "meh". Znaczy ani nie czeka nas za to niebo, nirwana, ani nie ma piekła czy piorunów, które mogłyby być taką karą. Kwestia zaświatów jest w Wicca kwestią osobistej interpretacji, więc i nie może być mowy o odgórnej wizji tego, czy czeka nas po śmierci kara czy nagroda, Sąd Ostateczny czy Boska Łaska. Oczywiście dla logicznie zorganizowanego umysłu jeśli Bogowie nas ładnie o coś proszą, jeśli praktykuje się religię, która w wielu założeniach dąży do pewnej harmonii z naturą i równowagi, jeśli ma się bezpośredni kontakt z boskością, z energiami duchów i bogów, to naturalnym jest, że człowiek stara się być coraz lepszym. Stawia sobie poprzeczkę coraz wyżej. Problem w tym, że Bogowie Wicca bynajmniej tego nie ułatwiają - wręcz przeciwnie.

W Wicca nie ma łatwych, prostych odpowiedzi na to, co jest dobre a co złe. Nie ma jednoznacznie określonego systemu moralności - stąd użyłabym pojęcia, że Wicca w swojej naturze jest "amoralna" - nie zajmuje jasnego stanowiska. Nie znaczy to jednak wcale, że wiccanie są ludźmi "amoralnymi" lub (co gorsza) niemoralnymi - w żadnym wypadku! Wicca w swojej amoralności wręcz zachęca do tego, by zachowywać się moralnie i etycznie. Zwróćcie uwagę, że właśnie przez brak jednoznacznych reguł, przykazań, katechizmów, punktów i gotowych, dostarczonych przez "górę hierarchii" nakazów i zakazów, przez brak absolutnych dobra i zła, wiccanin musi się cały czas zastanawiać. Cały czas myśleć. Cały czas poświęcać uwagę swoim czynem. Wicca zmusza go, by nieustannie sam kształtował swoją moralność, swoją etykę, swoje sumienie.

Źródeł etyki i moralności można upatrywać w wielu czynnikach. Wiele osób tak się przyzwyczaiło do myśli, że to religia wyznacza standardy moralne i etyczne, że nawet ateiści (ci z pierwszego akapitu) nie mogą czasem pomyśleć o innych źródłach, takich, jak choćby filozofia humanistyczna ateistów Starożytnej Grecji i Rzymu, albo oświecenia. Wiele norm społecznych i obowiązujących praw nie wywodzi się z religii, a jednak społeczeństwo jakoś się jeszcze nie rozsypuje - to najlepszy znak, że normy moralne i społeczne wcale nie muszą być wyznaczane z góry, przez Bogów, religię czy kościelną hierarchię, by społeczeństwo funkcjonowało sprawnie.

Przy czym istnieje jedno "ale" - kiedy twoja religia jest "amoralna", jest cholernie trudno być moralnym. Wicca podpowiada, pomaga, daje wskazówki, ale nie są one jasne, jednoznaczne. Jak już pisałam -człowiek, by pozostać moralnym, by wykształcić w sobie jakąś etykę, musi się cały czas zastanawiać. Cały czas myśleć. Analizować swoje czyny. Przewidywać ich konsekwencje. Reagować stosownie na poszczególne akcje i reakcje. Dostosowywać się do prawa i norm społecznych. To jest strasznie ciężka praca. Wszystko to, sprowadza się do, jak to mawia Misiek: "nie bądź ch*jem dla innych", ale w realizacji jest dużo cięższe, niż się wydaje!

Dlatego niektórzy ludzie potrzebują norm moralnych i etycznych zawartych w religii - w pakiecie do czczenia Bóstw, Bóstwa te podadzą nam, jak mamy żyć dobrze. Dadzą nam zestaw zasad, nakazów, zakazów i ludzi, którzy w razie wątpliwości zinterpretują Słowo Boże za nas, a do tego zestaw nagród i kar. Tak jest łatwiej. Jest konkret, co do którego nie trzeba się zastanawiać. Nie trzeba myśleć - wszystko jest jasno wyłożone. Łatwiej do tego stopnia, że wiele osób podążających ścieżką do Wicca nie potrafi znaleźć innego sposobu. Podejrzewam, że stąd tak wielka popularność "13 celów czarownicy" czy innych wypunktowań dotyczących tego, co czarownice powinny robić a czego nie. W rezultacie dla wiccańskiej praktyki per se, nie mają one kompletnie żadnego sensu ani znaczenia, ale pomagają osobom, które się nimi kierują, jako-taki system etyczny utrzymać. Po raz kolejny - bo mając zestaw jednoznacznych punktów jest łatwiej. Pytanie, czy to, nomen-omen, dobrze czy źle, że tak łatwiej, a bez tego - trudniej, zostawiam Wam do refleksji. Jedno jest pewne, nikt nigdy nie mówił, że Wicca jest łatwą drogą, wręcz przeciwnie, wymaga wiele wysiłku.

Natomiast chciałabym kiedyś obudzić się w społeczeństwie, które stwierdzi, że nie potrzebuje punktów, zakazów i nakazów. Które może ustalać prawo, które będzie regulowało wewnętrzne stosunki drogą konsensusu społecznego, bez nagrody nieba i kary piekła nad głową. Społeczeństwo, które nie będzie stosowało wyrównywania do linijki, równania wszystkich do tych samych punktów, ale w którym każdy człowiek będzie myślał nad swoim zachowaniem. W końcu zwykłe "nie bądź ch*jem dla innych" nie może być tak bardzo trudniejsze w realizacji, jeśli wpadniesz na nie sam.
Ilustracja pochodzi z serwisu roznice.com

17 października 2014

Krew, pot i łzy

Dwa dni temu facebookową grupę niezwykle poruszyła kwestia magicznego talentu i magicznych umiejętności. Zaczęło się bardzo spokojnie, pytaniem o to, czy zgromadzeni słyszeli kiedyś o rodach wiedźm i czy, jeśli się zmieni ścieżkę, to nadal mowa o tym samym rodzie. O samych rodach wypowiadać się nie chcę, bo do takiego nie należę (przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo), ani takich nie znam, trudno więc zająć mi jakieś stanowisko.
Padło jednak stwierdzenie, które uznałam za bardzo dziwne (i chyba nie tylko ja), że jeśli zmieni się ścieżkę, w domyśle z tradycyjnej ja niuejdżową, to można talent stracić, bowiem "takie są prawa natury". Dyskusja zrobiła się burzliwa, chociaż zakończyła się konsensusem, a że na Facebooku miejsca mało, pomyślałam, że opiszę swoje przemyślenia na blogu, tak na wszelki, coby być lepiej zrozumianą.

Po pierwsze, co wyszło w dyskusji, trzeba ustalić kwestie semantyczne, bo potem piętrzą się wzajemne nieporozumienia. Oddzielę więc na starcie grubą krechą pojęcia magicznego talentu i magicznych umiejętności. Talent  to to samo co uzdolnienie, cechy, zdolności i predyspozycje, które są wrodzone - czyli gdzieś się nam zagrzebały w genach. Umiejętności zaś, to sprawa nabyta, wyuczona. Moje podejście jest więc takie, że aby być dobrą czarownicą, trzeba mieć i jedno i drugie.

Talent, pewne predyspozycje, jak wspomniałam, najczęściej są dziedziczne. To oczywiście nie znaczy, że trzeba pochodzić z wielkiego magicznego rodu, praktykujące od pokoleń. Ale pewną żyłkę, pewną "bożą iskrę" do tego - już tak. To, co wrodzone i w genach zniknąć nie może. Ale może zostać niewykorzystane, zmarnowane, zaprzepaszczone. Ktoś, kto ma wybitny talent do muzyki, ale zostaje ekspertem w obróbce skrawaniem, a instrumenty widzi tylko w telewizji raczej pianistą nie zostanie. Ale to nie znaczy, że jego talentu nie ma, on po prostu nigdy się nie zamanifestuje.
Do tego, by talent zakwitł, potrzebna jest ciężka, wytrwała praca. Według mnie to brak odpowiednich cech charakteru najczęściej odpowiada za brak sukcesów w magii i w wielu innych dziedzinach. Brak wytrwałości, cierpliwości, nieustępliwości. Pewne rozleniwienie i chroniczny "brak czasu". Praktyka, praktyka i jeszcze raz praktyka jest niezbędna, by osiągnąć sukcesy w magii. Teoretyzowanie nie czyni czarownicy - trening tak.

Oczywiście najlepsze efekty się osiąga, kiedy i talentu i praktyki jest jak najwięcej. Niestety, tutaj system zero-jedynkowy się tu nie sprawdza, bo zarówno talentu jak i praktyki można mieć więcej lub mniej. Co zatem jest ważniejsze? Moim zdaniem praca. Trzeba niewiele talentu, by isiągać bardzo dobre wyniki, jeśli szlifuje się uparcie swoje umiejętności. Wydaje mi się jednak, że pewne predyspozycje są niezbędne i bez tego ani rusz, chociaż z drugiej strony takich ludzi będzie niewielu. Wracając do przykładu z pianistą - żeby kompletnie nie dało się kogoś nauczyć stukać w klawisze ni w ząb, musiałby to być wyjątkowo ekstremalny przypadek beztalencia, bo większości ludzi uda się opanować postawy. Tylko żeby koncert chopinowski wygrać potrzeba znacznie, znacznie więcej talentu i ćwiczeń. Co oczywiście nie przeszkadza, żeby grać, nawet nieźle.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Bo mam wrażenie, że ludzie, niezależnie od tego, czy brak im talentu czy umiejętności, i tak wpadają w samozachwyt. Nie raz ani nie dwa zdarzyło mi się rozmawiać z osobą, która talentu nie ma za grosz i nawet nie szuka tego, w czym mogła by być dobra, ale i tak kończy kolejne ezo-kursy w nadziei, że ilość dyplomów w czymkolwiek jej pomoże. Ewentualnie wierzy, że jak przejdzie jakąś super-duper inicjację przez Otherkiny albo Wyższe Istoty (kimkolwiek są), to taki talent, "dar" jak to mówią w serialach, zyska. Tak, wiecie, z powietrza.
Na drugim biegunie znajdują się "zdolni, ale leniwi". Ja wiem, że to frazes, ale tu świetnie pasuje. Takie osoby, są tak wybitnie uzdolnione, mają takie świetne geny i takie pradawne rodziny, że w głowie się to nie mieści. Co z tego, że o tym, co to magia, dowiedziały się tydzień temu i przez ten czas zdążyły przeczytać tylko stary numer "Wróżki" - same geny wystarczą im, by być autorytetem w każdej sprawie (pomijam tutaj fakt, że kwestię "magicznej rodziny" trudno udowodnić, a często istnieje ona tylko w głowie rzeczonego "autorytetu").

Jedni i drudzy są cokolwiek śmieszni. Żeby odnosić efekty nie musisz mieć udokumentowanych procesami czarownic w rodzinie do 4 pokoleń wstecz, ani otrzymać daru rzucania fireballami. Ale wiedz na pewno - będziesz musiał ciężko, ciężko pracować i dużo ćwiczyć. Tylko wtedy twój talent będzie miał szansę zakwitnąć.
Ilustracja pochodzi z Wikimedia Commons
PS. Pamiętajcie, żeby dać Czarowniczemu Blogowi łapkę na Facebooku!

15 października 2014

Energia w czerni i bieli

Mój Misiek, jak mu się czasem przypomni, że to, czym się zajmuję, raz po raz wydaje mu się zabawne, wchodzi na blogi flufików, coby mnie trochę pomęczyć pytaniami kompletnie od czapy. Jego ostatnim hiciorem jest "wytłumacz mi różnicę między białą a czarną magią", co już w zasadzie stało się naszym wewnętrznym żartem. Pomyślałam jednak, że może warto w kilku zdaniach i o tym wspomnieć na blogu, tym bardziej, że mimo wszystko raz po raz pojawiają się o to pytania na forach, bynajmniej nie flufickich. Jest więc to rzecz, która ludzi zainteresowanych magią i Wicca frapuje.

Generalnie we współczesnej magii mało kto jeszcze używa takiego pojęcia. Magia nie może być biała ani czarna, bo nie jest ani dobra, ani zła. Trudno z resztą odwoływać się do bieli i czerni, dobra i zła, w momencie, w którym większość współczesnych magów postrzega świat przez gamę szarości i barw, a dobro i zło, będące wartościami absolutnymi, nie mają dla nich dużego znaczenia, bo z reguły są relatywistami.
Magia zaś nie jest ani dobra ani zła, bo sama w sobie nie ma żadnego zabarwienia emocjonalnego. Jest po prostu narzędziem. Jak nóż, którym można pokroić chleb, albo zrobić komuś krzywdę, jak broń, która pozwala nam upolować obiad, albo kogoś zastrzelić. Moim ulubionym porównaniem jest chyba jednak to, które powtarza moja Arcykapłanka.
Że magia jest jak prąd.

Energia elektryczna, podobnie jak energia magiczna, daje porządane działanie dopiero wtedy, kiedy się nauczymy czegoś o jej przepływie i będziemy potrafili tę energię ukierunkować na wybrany cel. Elektryczność otacza nas zewsząd, elektrony krążą wokół nas, w powietrzu i przedmiotach, ale dopiero zapanowanie nad nimi umożliwia zapalenie światła, włączenie grzałki, czy napisanie czegoś na komputerze. Umożliwia jednak też stworzenie krzesła elektrycznego, porażenia kogoś prądem w wyniku wypadku, nawet stworzenie narzędzia tortur. Do elektryczności należy podchodzić z szacunkiem i nie bawić się nią, bo można sobie zrobić krzywdę. Należy znać kilka podstawowych praw, które nią rządzą, nawet tę dziką, nieujarzmioną przez człowieka. Bo nawet jeśli pioruny dały naszym przodkom ogień, to człowiek nieostrożny może zostać takim piorunem porażony.
Z magią jest dokładnie tak samo. Ujarzmiona może wiele zdziałać, w niewprawnych, nieostrożnych rękach może uczynić wiele szkód innym dookoła i osobie, która się nią zabawia. Sama w sobie nie jest jednak nacechowana ani dobrem, ani złem.

Co oczywiście nie znaczy, że podział na białą i czarną magię w ogóle nie ma zastosowań. Pomijając, że świetnie sprawdza się w literaturze (sama jestem fanką fantasy), to jest to całkiem dobrze udokumentowany podział historyczny. Korzystali z niego na przykład magowie renesansu, ale również wiele pokoleń czarodziejów w późniejszych wiekach. Można by nawet rzecz, że pewna potrzeba takiego podziału jest naturalna. Tak, jak potrzeba klasyfikowania rzeczy na "swoje" i "obce", "miłe" i "krzywdzące". Na tym mniej-więcej historyczny podział na magię białą i czarną się opierał - magia biała była przyjająca ludziom, czarna zaś - destrukcyjna. Dziś jednak większość ludzi posługujących się magią uważa, że ma ona (podobnie, jak i inne nasze działania) zbyt skomplikowany przebieg i konsekwencje, by móc jasno określić, jakie będzie jej ostateczne działanie. Oczywiście, są zaklęcia, klątwy, które służyć mają tylko szkodzie konkretnej osoby. Nie wiadomo jednak nigdy do końca, jaki będzie ich efekt w ostatecznym rozrachunku.

Czy wiccanie posługują się "czarną", destrukcyjną magią. Zapewne tak - najprawdopodobniej są tacy, którzy przynajmniej raz w życiu rzucili klątwę. Chociaż większość pewnie tego nie robi, bo (w myśl Prawa Trójpowrotu i konieczności ponoszenia konsekwencji swoich działań na własnej skórze) prędzej czy później taka klątwa się "zemści". Nie świadczy to też dobrze o rozwoju i równowadze emocjonalnej i psychicznej osoby, która się na taki krok porywa. Jednak potrafię sobie wyobrazić sytuację, w której, postawiona pod ścianą, mogłabym takim "czarnym zaklęciem" rzucić.

Chyba nie ma takiej czarownicy, która by się nigdy w życiu nie zastanawiała nad możliwością "porażenia kogoś prądem", kiedy ma już kabel w dłoni...


PS. Blog Czarowniczy ma teraz swój zakątek na Facebooku! Dajcie łapkę i razem zobaczymy, co z tego wyjdzie ;)

10 października 2014

Whiter shade of Pink

Jeśli ktoś interesuje się Wicca - czy też magią i pogaństwem w ogólności, to na pewno czyta różne książki i strony, lepsze lub gorsze, fascynuje się tematem, podejmuje może nawet pierwsze próby zaklęć. Prędzej czy później jednak człowiek czuje się samotnie i, nawet jeśli bardzo podkreśla, że bycie samotną czarownicą bardzo mu odpowiada, zaczyna wchodzić w społeczność. Najłatwiej, oczywiście, jest internetowo - klikasz "Zarejestruj się na forum", podajesz nick i hasło. Klik! I gotowe. I idę o zakład, że każda taka osoba, prędzej czy później, spotka się z określeniem "flufik". Jak nietrudno się zorientować czytając posty na forach, flufik (bądź też: flafik, ew. fluffik) jest to określenie pejoratywne, według niektórych wręcz obraźliwe, na osoby o małej jeszcze wiedzy.
Wielu z Was pewnie przeszło przez myśl pytanie: czy i ja jestem flufikiem?

Cóż, jeśli jeszcze tu jesteś i jesteś w stanie nieść mój krytyczny stosunek do wielu rzeczy, pewnie nie jesteś, chociaż częściej lepszym określeniem byłoby zapewne "już nie jesteś". W erze internetów, darmowych witryn i forów, nicków, e-bibliotek i blogów łatwiej złapać flufictwo, niż niegdyś. Z drugiej strony - jest coraz więcej rzetelnych informacji, więc i coraz łatwiej flufictwa się pozbyć. No dobra, ale co to właściwie jest?

Flufik, fluffik, flafik - to takie słodkie spolszczenio-zdrobnienie od angielskiego terminu "fluffy bunny", czyli puszysty króliczek. Prawda, że jest to określenie najczęściej negatywne i najczęściej odnosi się do osób, które mają małą wiedzę, jednak jest jeszcze kilka specyficznych cech, które sprawiają, że flufika nie da się pomylić ze świeżakiem (z ang. newbie).
Świeżakiem był kiedyś każdy - w końcu każdy musiał kiedyś zacząć, a wiedza z powietrza się nie bierze, trzeba ją zdobywać stopniowo, studiując różne źródła, porównując je ze sobą i poddając krytyce. Wiek też nie decyduje, ponieważ każdy kiedyś młody był. Moim zdaniem na wszystko, nawet na nietypowe zainteresowania, można znaleźć czas po szkole tak, jak staruchy znajdują go po pracy. Oczywiście, wiele osób, chcąc poczuć się lepiej, nazywa młodzież albo świeżaki flufikami, jednak zazwyczaj nie mają racji, bowiem flufik, to w ogóle odrębny stan umysłu.

Jakie cechy ma zatem flufik? Nie musi być bynajmniej nowy w temacie ani młody - i chociaż to prawda, że wielu flufików to nastolatki bez podstawowej wiedzy, to nie jest to regułą. Natomiast zawsze cechą charakterystyczną flufika jest na wiedzę wręcz oporność. Flufik bowiem wszystkie rozumy już zjadł, przeczytał wszystkie książki i internety. Ogólnie wierzą w nieskończoną moc słowa pisanego, bowiem jeśli coś napisali w internetach, to na bank tak jest. A w książce, to już w ogóle (nawet, jeśli to książka Raven Silverwolf) i niczyje słowo na forum ich nie przekona... no, chyba że swoje własne.
Mają wkuuu...rzającą mnie do granic zdolność twierdzenia, że są wiccanami / chaotami / magami GD / członkami starożytnej tradycji / zabójcami demonów / rodzinnymi czarownicami / czarownikami krwi / tu-wpisz-swoje-ulubione , kiedy nie mają w ogóle żadnych do tego kompetencji, nikt ich w nic nie inicjował i przy obecnym podejściu - nikt by tego nie zrobił. Chociaż to nie jest najistotniejsze, flufik uważa bowiem, że samo pożądanie posiadania przez niego danej nazwy, pieczątki, "czucie się jak..." już go, jako przynależnego do danej ścieżki, legitymizuje. W końcu tak pisali w internetach. Ostatnio dowiedziałam się, że w grę wchodzi również inicjacja przez "Wyższe Istoty", jakkolwiek nie uświadomiono mnie, kto zacz.
Poza tym ma się wrażenie, że części tych tradycji, do których należą flufiki, w ogóle nie ma. Na pewno nie ma takiej "wicca", o jakiej się niejednokrotnie naczytałam. Wierzcie mi - przecierałam nie raz oczy ze zdumienia.
Wielokrotnie też, flufik może i inicjacji we wszystkie systemy nie ma i wprost przyznaje, że te go nie interesują, ale w myśl "nie znam się, więc się wypowiem" - ma o nich tak obszerną wiedzę, że i tak się szeroko wypowiada i, jeśli nie beszta wprost, to daje wyraźnie do zrozumienia, że kto się nie zgadza, ten głupi.
Ilustracja pochodzi z serwisu Deviantart
Zdecydowana większość flufików należy do jednej z dwóch grup. Powyższa ilustracja przedstawia uosobienie typowego osobnika z podgrupy "fluffy bunnies", po naszemu zwanych też czasem białoświatełkowcami lub światełkowcami. Jak nazwa sugeruje. Świat jest miły, dobry i kochany, demony są be, cierpienie jest be i mrok też be. Opinie co do nocy są podzielone. Ciemności na cmentarzu są be, ale już Księżyc w pełni, ognisko i czary na pokój na świecie są w porzo. Cierpliwie tłumaczą, jak cudownym symbolem jest pentagram, jak "wiccanie" byli uciskani w średniowieczu, a to nie było miłe. Błogosławią trawniki, jako siedlisko Życia przez duże Ż. Noszą rooshowe szaty rytualne, pieką ciasteczka i czytają Cunninghama. Zazwyczaj są "wiccankami", chociaż za choinkę nie mam pojęcia dlaczego...
No i w ogóle kochają cały świat. Oczywiście w tym świecie głównie własne ego, bo niech no się ktoś z nimi nie zgodzi...

Ostatnio modniej jednak być "fluffy bat" - czyli puszystym nietoperzem. Nietoperki (lub mhroczniaki - nie mylić z przedstawicielami subkultury gotyckiej i metalowej) lubią wszystko co złe, mhroczne, ciemne, noc, żądze, krew i wampiry. Rzucają urokami na poddaństwo, podążdanie i przeklęcie kogoś na lewo i prawo (wedle mojej wiedzy - ze skutkiem zazwyczaj marnym). Światłość jest dla nich przereklamowana, a to w ciemnościach i mroku kryje się prawdziwe życie, pot i łzy. Wiecie, to taki typ, który za dzieciaka z własnej woli zapisywał się do Slytherinu zamiast Gryffindoru. Noszą się często na czarno i gotycko (chociaż w drugą stronę nie ma takiej zależności!) i fantazjują o ofiarach ze zwierząt. Generalnie im większy poziom oderwania od rzeczywistości, tym większe popadanie i we własne, rozbuchane ego, i w skrajności.
Ilustracja pochodzi z serwisu BBC
Co zrobić, jeśli odkryłeś, że jesteś flufikiem?
Jeśli dotarłeś do tego miejsca mojego blogu i tego miejsca tego wpisu, to najprawdopodobniej nie jesteś, bo flufik nie przetrwałby takiego ciągłego namawiania do sprawdzania źródeł, krytycznej weryfikacji, stosowania brzytwy Okhama i zasięgania drugiej opinii.
Jeśli jednak mimo wszystko obawiasz się o zdrowie psychiczne swoje lub swoich bliskich, jest prosta recepta. Nigdy nie twierdź, że jeśli fakty przeczą Tobie, to tym gorzej dla faktów. Zachowaj otwarty umysł.
A jeśli nie masz wiedzy i jesteś świeżakiem, nawet młodym, niepełnoletnim świeżakiem - zadawaj pytania! W końcu kto pyta - nie fluficzy.

9 października 2014

Nie znam się i się nie wypowiem

Zastanawiałam się nad tą kwestią niewiccańskiego czarostwa. Zwłaszcza, że na Facebooku dopominaliście się o nią (pozdrowienia dla Gabriela i Verma), dzięki czemu dotarło do mnie kilka interesujących Was nazw.
Po dłuższym namyśle stwierdziłam jednak: okej, ostatecznie wpisu o niewiccańskich tradycjach czarostwa na Blogu Czarowniczym nie będzie. Będzie za to wpis o tym, dlaczego wpisu o niewiccańskich tradycjach czarostwa nie będzie.

Cała sprawa jest z resztą o wiele mniej skomplikowana, niż powyższe oświadczenie. Nie znam się na wszystkim i wcale nie zamierzam.

Jasne, warto swoją wiedzę poszerzać, ale mam świadomość tego, że nigdy nie posiądę wiedzy odpowiedniej, by się wypowiadać na każdy temat, żeby móc podjąć dyskusję na temat wszystkich czarowniczych tradycji. Po prostu się nie da.
Niemożliwym jest posiadanie całej wiedzy, albo wiedzy o wszystkim - mózg by mi się chyba zagotował. Oczywiście są tacy, którzy uważają, że oni taką wiedzę mają. Gdzie się nie rzuci kamieniem, tam wyrastają, jak grzyby po deszczu, fora, strony i blogi o wszystkim. Runy? - Spoko! Dark Wicca? - Jestem ekspertem! Sigile i servitory? - Pół życia się tego uczyłem! Wiccański rytuał herbaty? - Dawać czajniczek! Voo Doo? - Mam ciotkę w Nowym Orleanie! Clan Tubal Caina? - Mam korzenie w tej tradycji!
Trudno się potem dziwić, że połowa informacji płynących od takich osób to wyssane z palca bzdury, wynikające z niewiedzy. Albo wręcz zwykła ściema.

Nie da się bowiem ukryć, że jak coś jest od wszystkiego, to jest do niczego. Nie można zajmować się wszystkim na raz i oczekiwać, że da to jakikolwiek pożądany rezultat. Zdobywając wiedzę na raz o wszystkim, nie ma szansy na jej weryfikację, sprawdzenie i utrwalenie. Tradycji magicznych jest bowiem cała masa. W samych ramach Zachodniej Tradycji Magicznej jest ich całe mnóstwo. Zaczynając od systemów w zakonach magicznych, Wicca i czarostwo wiccopodobne, rdzenne czarostwo ludowe... lista ta zdaje się nie mieć końca. Do tego trzeba jeszcze dodać szamanizm syberyjski, który jest bardzo niejednolity, bo co plemię, to trochę inny system. Podobnie z szamanami Ameryki i Afryki oraz magią tamtejszych plemion. Santeria i Voo Doo. Południowy Wschód z fascynującymi Gardnera Indonezją, Borneo i Sri Lanką. Japonia, z właściwą tylko sobie mieszanką Shinto i Buddyzmu. Tego nawet nie da się zacząć ogarniać.

Nie chcę też w typowy dla wielu osób sposób, stosować zasady "Nie znam się, więc się wypowiem". Jako czarownica, kapłanka i wiccanka wysłuchałam dość bzdur na temat swojej własnej ścieżki, chociaż zwykle nie wynikały one ze złośliwości, ale po prostu braku wiedzy i doświadczenia. Ze swojej strony nie chcę więc szerzyć informacji fałszywych, choćby nie wiem, w jak dobrej wierze były opublikowane. Nie chcę nikogo urazić, niczyjej ścieżki umniejszać, żadnej magii nie pomieszać, nie wchodzić w kompetencje innych czarownic ani innych kapłanów.

Mam nadzieję, że rozumiecie moje podejście. Po prostu chcę ze wszystkimi Czytelniczkami i Czytelnikami żyć w zgodzie i uczciwie, a gdybym chciała zrobić wpis o innych tradycjach magicznych nie mogłabym pozostać uczciwa wobec nich, wobec Was, a już na pewno nie wobec siebie.
Tym z Was, którzy szukają informacji o innych ścieżkach życzę powodzenia i mam nadzieję, że traficie na swojej drodze na uczciwych i kompetentnych ludzi, którzy odpowiedzą na wszystkie Wasze pytania. Oczywiście zostaję przy tym Waszym ekspertem od Wicca, bo w tym mam kompetencje i na pytania z nią związane będę cierpliwie odpowiadać. No i oczywiście cieszyć się, kiedy Wy będziecie te odpowiedzi czytać.

Ilustracja pochodzi z serwisu Bochenia

1 października 2014

Końce i początki

Tydzień temu skończyło się lato, wczoraj skończył się wrzesień, więc wypada napisać kilka słów podsumowania, a jest co podsumowywać.

Przede wszystkim zmienił się wygląd bloga. No wiem, że nie jest to jakaś szokująca zmiana i plan był trochę inny. Jednak, muszę przyznać, niektóre możliwości blogspota są ograniczone i że nie umiem internetów i htmli na tyle, by wprowadzić więcej zmian, nie psując niczego innego. Może się kiedyś wezmę i nauczę, albo znajdę kogoś, kto zechce mi pomóc. Na razie musiałam spędzić więcej czasu, niż bym chciała na doprowadzeniu zepsutych połączeń sieciowych do ładu, więc mam nadzieję, że zimowa wersja bloga będzie jeszcze ładniejsza.
Póki co w prawym pasku pojawiły się wyszukiwajka i możliwość subsktypcji, za to zniknęła lista najpopularniejszych wpisów. Po co macie się tym sugerować, skoro możecie wybrać sobie najbardziej ciekawy dla Was artykuł z Archiwum.

Na razie kończę pierwszy cykl artykułów na prośbę czytelników. Udało mi się napisać o karmie, o mitach i o tym, co się dzieje z człowiekiem, z wiccaninem, kiedy przychodzi zwątpienie. Na pewno powstanie jeszcze wpis o Wicca a magii praktycznej, natomiast na razie muszę odpuścić dwa tematy, które są zbyt obszerne na książki, a co dopiero na wpis. "Rytuał - cel i geneza" oraz "Niewiccańskie gałęzie czarostwa". O rytuale jeszcze może i mogłabym napisać, chociaż wymagałoby to swtorzenia kolejnego cyklu notek ;) O niewiccańskich gałęziach czarostwa natomiast się nie podejmę, bo nie znam się na tym aż tak, aby nikogo nie urazić i podać sprawdzone i rzetelne informacje. Może uda mi się co najwyżej zrobić kompilację odsyłającą do odpowiednich źródeł.
W tej sytuacji jestem gotowa przyjąć nowe sugestie dotyczące tego, o czym chcielibyście przeczytać i jakie tematy wiccańskie, magiczne i pogańskie Was interesują. Postaram się wszystkie zrealizować, a jeśli nie podołam - obiecuję się z tego wytłumaczyć ;)

Udało mi się też zakończyć cykl "Pamiętnik czarownicy" - a przynajmniej jakąś znaczącą jego część. Miałam opisać, jak zostałam arcykapłanką i ta historia została na razie wyczerpana. Nie wykluczone jednak, że pojawiać się będą stopniowo kolejne rozdziały tej historii, jak to się ładnie mawia "pisane życiem".
Rozpoczęłam za to pewną nową inicjatywę, czyli pisania recenzji książek i stron internetowych. Na razie udało mi się opisać moje wrażenia tylko z jednej lektury, ale z czasem pojawią się kolejne. Liczę, że podpowiecie mi, jakie książki powinnam przeczytać i opisać, bo, jak wielokrotnie wspominałam, przyjemność czytania książek o Wicca do tej pory w dużej mierze mnie omijała. W takiej sytuacji chętnie będę się sugerować waszymi opiniami i podpowiedziami. Zaznaczam jednak, że chciałabym, aby to były lektury dostępne na naszym rynku wydawniczym.

W związku z tym pojawi się lada chwila nowa zakładka, w której znajdą się linki do kolejnych recenzji, zawierające nie tylko tytuł wpisu, ale też tytuł i autora dzieła. Dzięki temu będzie łatwiej znaleźć opis i ocenę konkretnego utworu. Z nowości zaplanowanych - pojawi się też zakładka z podpowiedzią, jak można się ze mną skontaktować. Jak wspomniałam - liczę chociażby na podpowiedzi, recenzje jakich książek i stron chcecie przeczytać i inne sugestie dotyczące bloga.

Skoro już mam taki wpis organizacyjny: z planów spotkaniowych na najbliższy czas, to na pewno spotkanie WKD odbędzie się 25 października. Godzina jeszcze nie jest znana - wypatrujcie dokładnych informacji na Facebooku i na forum Wiccańskiego Kręgu. Nie ma również jeszcze dokładnego tematu, o czym chcielibyście porozmawiać, lub usłyszeć jakąś krótką prezentację. Dajcie proszę znać, co z wiccańskich i magiczny tematów Was interesuje!
Poza tym wybieram się do Poznania w listopadzie, więc ósmego lub dziewiątego będziemy mogli spotkać się na kawie właśnie tam. Jeśli chcecie pogadać na jakiś konkretny temat, to również jestem otwarta na propozycje, chociaż pewnie, jak zwykle bywa na występach gościnnych, skończy się na pytaniach i odpowiedziach ;)

Oczywiście wszystkim czytelnikom serdecznie dziękuję. Dziękuję pięknie za to, że do mnie wracacie (a wiem, że wielu z Was wraca), że czytacie, komentujecie i proponujecie kolejne tematy. Dzięki Wam blog się rozwija, mnie się chce pisać, a sama strona ma coraz więcej odsłon - 15 000 w całej swojej historii i prawie 2000 miesięcznie. Mam nadzieję, że postęp będzie postępował coraz dalej, no i, oczywiście, że będziecie dalej go odwiedzać, by obserwować kolejne zmiany!


29 września 2014

Droga czarownicy - część 8 - Druga Brama

Tak sobie wspominam mój ostatni wpis pamiętnikowy i pomyślałam sobie, że to trochę źle wyszło, z tymi emocjami. Oczywiście, że nie odseparowałam się od nich całkowicie. Nieprawdą jest też, że nie byłam emocjonalnie związana z osobami, które odeszły z kowenu. Raczej miałam na myśli to, że jakimś cudem udało mi się przespać wszystkie noce. To chyba raczej dobrze, bo poza tym, to, oczywiście, odejście bolało. Zawsze odejście kogoś bliskiego boli. Zwłaszcza, że ludzie sobie zazwyczaj obiecują, że pozostaną przyjaciółmi... a wiadomo jak to się zazwyczaj kończy. Po prostu każdy idzie w swoją stronę.

Byłam jednak (i nadal jestem) zdeterminowana, by w Wicca zostać i rozwijać się mimo kolejnych przeciwności. Nauczona już z autopsji że przeciwności przychodzą i odchodzą, a doświadczenia i nauka z nich płynąca - zostają, po prostu zostawiłam wszystko poza mną swojemu biegowi, a skupiłam się na rzeczach, na które miałam wpływ. Po wielkim sukcesie, jakim były warsztaty Wicca Study Group w 2011 roku, zorganizowane zostały kolejne edycje, zmieniające się stopniowo w "Wiccanisko", które współorganizowałam w mniejszym lub większym stopniu. Od momentu powstania Wiccańskiego Kręgu koryguję i tłumaczę niektóre teksty. Pomagałam w tłumaczeniu Księgi Cieni. Piszę bloga, czasem jakieś artykuły, doglądam forum... masa pracy!

Dodatkowo nie myślcie sobie, że nie miałam dodatkowych zadań, związanych z przygotowywaniem się do kolejnej inicjacji, o nie... Przecież nic nie może być proste, w końcu inicjacja to inicjacja, w dodatku w dorosłość, a to zobowiązuje. Dorosłość, czyli arcykapłaństwo, umożliwia już założenie nowego, swojego kowenu, więc mistrzowie muszą się upewnić, że taki delikwent będzie umiał przeprowadzić rytuał, przekazać podstawy tradycji naszej Rodziny... ale ja nie o tym. Jak sami dotrzecie do tego etapu, to się przekonacie, jak to jest.

Fakt zdobycia normalnej, etatowej, biurowej pracy w lipcu 2012 roku, sporo mi pomógł i, mimo że finansowo jak u wszystkich, to jednak poczucie stabilizacji i ubezpieczenia w NFZ sporo zdjęło z mojej głowy i uspokoiło niepewność jutra (związaną zwłaszcza z faktem, że w końcu w tym call-center nie wytrzymam). Do tego jakoś tak się złożyło, że przez ponad rok wokół tej drugiej inicjacji mieszkałam sama, w pokoju, który miałam tylko dla siebie. Cała sytuacja była raczej średnio komfortowa, zwłaszcza, że nie tak miało być, bo plan był inny, ale wiecie... Chcesz rozśmieszyć Bogów - powiedz im o swoich planach. Z drugiej strony - miałam swoje miejsce, własny rozkład dnia i mogłam się zajmować sobą i tylko sobą. Tak patrząc z perspektywy czasu - ten czas też był mi potrzebny i dobrze, myślę, wykorzystany. No i tym bardziej doceniam teraz mieszkanie z kimś (choć wciąż przydałoby się miejsce, do którego można czasem uciekać i pobyć samemu).

I tak to w zasadzie płynęło aż do kolejnego przełomu...
Wyznaczono datę, wzięłam urlop i poleciałam na spotkanie z tym, co na mnie tam będzie czekało, po drugiej stronie Drugiej Bramy.
Przyznam szczerze. Dla mnie przynajmniej druga inicjacja nie była aż takim szokiem, jak pierwsza. Wiedziałam przynajmniej, od czego będziemy zaczynać, chociaż potem pamiętam tylko (jak z innych, ważnych chwil swojego życia) migawki, epizody, jakby zdjęcia z tego, co się działo, bo ze zdenerwowania wszystko mi się zamgliło... jak już wspominałam w poprzednim wpisie, od osoby na drugim stopniu wymaga się już dojrzałości. O ile prośbę o tę inicjację porównałam do odczepiania pomocniczych kółek od roweru, o tyle teraz trzeba wykazać się, że umie się jeździć. Przed grupą kolarzy.

Chyba wyszło nieźle, bo szanowni arcykapłani włączyli mnie do swojego grona.

Był czerwiec 2013 roku
Prawie Midsummer

Pachniało czarnym bzem

Ilustracja pochodzi z zasobów Wikimedia Commons

I tak to właśnie było... miałam opisać historię, jak zostałam arcykapłanką, więc temat został wyczerpany. Czy dalsze odcinki się pojawią - zostawiam to w rękach Czytelników.

25 września 2014

Nowy, lepszy podręcznik

Na naszym, skromnym jeszcze, czarowniczym rynku wydawniczym wciąż jest nowinką i być może dlatego wiele osób po nią sięga. A może to kwestia opinii znanej wiccanki (jak sama przyznała - lekko wyciętej) na okładce. Całość sprawia, że książka jest coraz bardziej popularna i kilka osób już mnie pytało, co o niej sądzę. Więc dzisiaj będzie o tym, co sądzę o książce Wicca - religia czarownic - dla początkujących Thei Sabin, wydanej u nas nakładem Illuminatio.

A muszę Wam rzec, że nie jest źle. A przynajmniej nie tak źle, jak mi się wydawało, że będzie.

Niestety nie jestem w stanie ocenić wydania ani tłumaczenia, bo książkę udało mi się zdobyć tylko w wersji oryginalnej, czyli po angielsku (a dokładniej po amerykańsku, o czym później). To, co mi się rzuciło w oczy to fakt, że okładka oryginału jest po prostu ładniejsza. Dużo ładniejsza. Co prawda trochę sztampowa jest (wow, księżyc taki święcący, las taki mroczny, wow, wow), ale klimaciarska i elegancka. Taka, jakiej czytelnik by się spodziewał. Wydanie polskie okładką straszy. Pomijając potrójny księżyc z pentagramem, który jest po prostu szkaradny, cała stylistyka z szarymi paskami przypomina mi tanie wydania lektur szkolnych z opracowaniem. Dramat.
Zupełnie nie rozumiem też, dlaczego zupełnie bez żadnego powodu dodano słowa "religia czarownic" na okładce, skoro oryginał tytułu to "Wicca for beginners". Czy słowa "czarownica" i "religia" aż tak wpływają na sprzedaż wydawnictwa, które się specjalizuje w ezoteryce? Całość sprawia raczej, że właściwie nie wiadomo, jak zapisać ten tytuł.



Zajrzyjmy do środka.
Całość (podzielona na 12 rozdziałów) zaczyna się od wstępu o autorce, która rzekomo praktykującej Wicca od kiedy była nastolatką. Ano tak - jesteśmy w Ameryce.

W tym miejscu wszystkim kochanym Czytelnikom przypominam i przypominać pewnie nie raz będę. Wicca w Ameryce i Europie nie znaczy to samo! W Ameryce czarostwo i pogaństwo wszelkiej maści jest wrzucane do wielkiego wora "Wicca", albo przynajmniej jest z Wicca kojarzone. To, co jest Wicca w Europie, w Ameryce jest zaledwie cząstką tego wora i nazywa się Gardnerian/Alexandrian Wicca lub British Traditional Wicca (albo Witchcraft).

Jak wiele pozycji z Ameryki, ta książka ma sens dla nas, Europejczyków, tylko, jeśli pamiętamy o tym podczas lektury!

Chociaż książka nie jest stricte o Wicca z naszego punktu widzenia, to dla osoby początkującej, zwłaszcza w magii, jest całkiem niezła. Dwa pierwsze rozdziały mówią ogólnie o Wicca - przynajmniej taki był najwyraźniej zamysł autorki. Nie jest to część pozbawiona gaf - na przykład definiowanie Wicca jako "Europejski szamanizm", lub też opisywanie "Księgi Cieni" jako magiczny notatnik (co jest często używane zamiennie przez wiedźmy ze Stanów), tym niemniej to całkiem udany fragment książki. Całość traktuje oczywiście o tej amerykańskiej "wicca", jednak sądzę, że pod większością stwierdzeń wielu inicjowanych wiccan mogło by się podpisać.

Kolejne dwa rozdziały to również całkiem niezła część, poświęcona z kolei podstawowym magicznym narzędziom. Myślicie, że na pierwszej liście jest athame? Błąd! Autorka pisze natomiast o wizualizacji, uziemianiu, osłonach, medytacji... generalnie o różnych metodach pracy z energią. Całkiem przyjemnie się to czytało, proponowane ćwiczenia są przystępnie, klarownie opisane, łatwe i bezpieczne do spróbowania samemu. Mogę ją z czystym sumieniem polecić osobom, które chcą zacząć stawiać pierwsze kroki w swoim rozwoju magicznym. Jednak tutaj wielki znak ostrzegawczy! Tyczy się on nie tylko tej książki, ale w zasadzie każdego samodzielnego treningu. Pamiętajcie, że jeśli kiedyś dołączycie do kowenu, magicznego zakonu czy jakiejkolwiek innej magicznej grupy, może ona mieć inne wymagania i metody pracy! Niektóre nawyki bardzo trudno zmienić.

Dalej już się zaczyna pod górkę. Krąg, cztery żywioły, Bogowie - tu dużo technikalii, a mało opisu podstaw i niezbyt rozbudowana warstwa teologiczna. O tym, czym jest magiczny Krąg w Wicca w ogóle jest niewiele i dużo tu moim zdaniem brakuje. O Bogach Wicca nie ma prawie nic, bo trudno czasem opisać coś objętego tajemnicą. Jednak autorka robi, moim zdaniem, zasadniczy błąd, typowy dla amerykańskich wydań i opisuje Bogów wiccańskich, jakby byli nie za bardzo dookreśleni, więc możesz sobie w zasadzie dobrać jakich Bogów chcesz z innego panteonu. Nie... to nie tak działa - przynajmniej nie w Tradycyjnej Wicca. Opisy jak zdobywać informacje o Bogach, jak zapoznawać się z nimi, jak znaleźć osobistego patrona są całkiem sympatyczne. Ale nie wiele mają wspólnego z Wicca jako taką.

Podobnie mieszane uczucia mam w stosunku do kolejnych rozdziałów o narzędziach (tu jest o athame) i Kole Roku. Narzędzia są opisane cokolwiek po łebkach i z dość eklektycznego punktu widzenia - zabrakło na przykład pentakla czy informacji, że wiccanie mogą posługiwać się mieczem. Święta opisane są wręcz skrótowo. Autorka wspomina co prawda, że różni wiccanie mogą mieć różne interpretacje - co jest prawdą, bo spotkałam się z różnym odbiorem Sabatów w różnych liniach, ale w końcu autorka nie podaje właściwie żadnej interpretacji. Podaje też te nieszczęsne nazwy z sufitu (Litha, Mabon), nie podając skąd się wzięły. W przypadku tego najbardziej nieszczęsnego - Mabon - wprost przyznaje, że tego nie wie.

Następnie mamy podsumowanie, jak zrobić rytuał i zaklęcie o ile rozdział o zaklęciu był jeszcze w porządku, poruszał kwestie nie wpływania na wolną wolę innych osób, skojarzeń w magii sympatycznej i podobnych instrukcji, to rzecz o "wiccańskim rytuale" moim zdaniem była kompletnie niepotrzebna, tym bardziej, że podobne przykłady były już podane wcześniej (np. rytuał poświęcenia magicznych narzędzi).

Zupełnie natomiast nie wiem, co myśleć o ostatnim rozdziale. Podpowiada np. jak szukać grupy - innych osób zainteresowanych Wicca i magią. Myślę, że na naszym gruncie może się kompletnie nie sprawdzić, chociażby dlatego, że wiccanie w Polsce generalnie starają się zachować europejską nomenklaturę i w zasadzie opis poszukiwania wiccan należało by zmienić na poszukiwania ezoteryków i pogan maści wszelkiej, aby ten rozdział miał sens. Trochę bezprzedmiotowe z mojego punktu widzenia są rozważania, czy pracować samemu czy w grupie. Sami rozumiecie... ;)
Najfajniejszy w tej części był podrozdzialik, jakich cech szukać w grupie, do której chcielibyśmy dołączyć. Może się przydać podczas poszukiwania kowenu i arcykapłanów.

Natomiast w ogóle nie rozumiem listy "wiccańskich" tradycji stworzonej przez autorkę. Wspomina co prawda o istnieniu gardnerian i aleksandrian, ale do tego dorzuca Feri, Asatru, Celtycki Rekonstrukcjonizm i Cochrane'a, po części chyba obrażając w pewien sposób wszystkich powyżej tym wrzuceniem do wspólnego wora. Na dokładkę mamy Minoan/Dianic, Central Valley, Blue Star, Seax, NROOGD i jeszcze parę innych tradycji nie uznawanych za Wicca w Europie.
Na prawdę nie wiem, o co tu chodzi.

Podsumowując 4/6
Książka wcale nie jest zła. Czyta się ją łatwo, lekko i przyjemnie, nie ma jakichś zastraszających błędów. Ma oczywiste braki, ale można się tego spodziewać - jest to zasadniczo książka napisana przez Amerykankę dla Amerykanów. Moim zdaniem całkiem znośna, jeśli czytelnik posiłkuje się przy jej lekturze czymś, co zostało napisane przez inicjowanego wiccanina, albo może się wręcz z taką osobą skontaktować i dopytać. Lepiej zorganizowana i przemyślana, klarowniejsza niż inny, podobny jej podręcznik. Wspomina przynajmniej o istnieniu BTW i o tym, że bez inicjacji w tradycję niektórzy mogą cię nie uznać za wiccanina i to bynajmniej nie ze złośliwości czy elitaryzmu. Mimo wszystko wciąż stawia na dużą dowolność w doborze źródeł i inspiracji, co w Tradycyjnej Wicca nie zawsze jest zgodne z prawdą.

20 września 2014

Droga czarownicy - część 7 - Dojrzewanie

Na pewno wiecie, jak ważna jest w Wicca pierwsza inicjacja. Że jest to bardzo ważny proces, że wiele się zmienia, że trzeba znaleźć odpowiedniego nauczyciela. W Internecie można znaleźć porady, jak szukać nauczyciela, jak sprawdzić, czy nauczyciel ma kompetencje. Widziałam gdzieś nawet informację z podstawami etykiety na spotkaniach i zjazdach pogańskich. W końcu - cała rozpiska jak wypada a jak nie wypada prosić o inicjację (tak, nie robi się tego mailem, zapamiętać do końca życia i nie powtarzać cudzych błędów, pięknie proszę).
Pewną zagadką zaś było dla mnie jak rozpocząć rozmowę o drugiej inicjacji. O ile przy pierwszej można się jeszcze spotkać z pewnymi podpowiedziami czy instruktażami, o tyle dalej trzeba sobie radzić samemu. Jest w tym oczywista, wręcz chłodna logika. Żeby zrobić pierwszy krok za próg, ktoś najpierw musi pomóc otworzyć drzwi i pokazać ścieżkę. Uciekając się do nie zawsze trafnych, niestety, porównań rodzinnych, adept zaczynający drogę ku pierwszej inicjacji jest w tym sensie jak dziecko, nad którym arcykapłani przejmują opiekę i odpowiedzialność, pomagają dojść do celu przez naukę i wskazywanie drogi. Jak rodzice, którzy montują boczne kółka w rowerku dziecka, żeby rower się nie przewrócił, kiedy zacznie jeździć.

Okres, w którym się znalazłam pod koniec 2011 roku to był czas, kiedy zdecydowałam, że boczne kółka należy odczepić. No i dalej pojechać samej - a do tego niestety nie ma żadnej instrukcji. Wsiadasz, pedałujesz, próbujesz zachować równowagę i, korzystając z dotychczasowych doświadczeń, jedziesz do przodu. Bo od arcykapłanki na drugim stopniu wymaga się już samodzielnego myślenia i samodzielnego działania. Dojrzałości i umiejętności samodzielnego odnajdywania ścieżki pod stopami.

W moim wypadku wyglądało to po prostu tak, że po jednym z rytuałów ja i mój arcykapłan usiedliśmy sobie w nieuprzątniętej jeszcze świątyni z kieliszkami wina w rękach i zaczęliśmy rozmawiać. O tym, co już umiem i wiem i o tym, czego jeszcze nie, ale czego chcę się nauczyć. I o tym, jak czuję, że czas odczepić boczne kółka i chociaż jeszcze trochę to zajmie, czego jestem świadoma, to czas już powoli ruszać.
(Bardzo starałam się przy tym nie wygłupić i chociaż pewnie mi nie wyszło, bo jak coś człowiek robi pierwszy raz, to zawsze się jakoś wygłupi, to spotkałam się z pełnym zrozumieniem dla moich nerwów - ufff)

Wiedziałam oczywiście, że proces ten będzie trwał długo i że nie będzie łatwy. Podobnie jak w przypadku pierwszej inicjacji proces taki następuje stopniowo i nierzadko w pewnych momentach boleśnie, a odbija się na wielu aspektach życia. Długo szukałam pracy (znaczy normalnej pracy, a nie studenckiego call-center, gdzie już siedziałam od roku), przeprowadzałam się, mieszkałam z kimś, mieszkałam sama, w mieszkaniu, na pokoju...

Jakoś tak się też złożyło, ze po odkręceniu bocznych kółek zaczęła się przy okazji jazda bez trzymanki. Kolejne osoby najpierw dołączyły do kowenu, potem od niego odeszły - z różnych względów i mam nadzieję, że tam dokąd się udały, znalazły swoją drogę. Ludzie z poza kowenu, ale wciąż ze środowiska, również bywało, że zachowywali się dziwnie... ach cóż. Jak już wspominałam, pewnie sama nie jestem lepsza, zdaję sobie sprawę, że swoje za uszami mam.

Mimo to jakoś dało się przeżyć, trochę się odseparowałam od swoich emocji związanych z innymi osobami. Może dlatego, że byłam już bardziej dojrzałą i bardziej zrównoważoną osobą, która może świadomie decydować, jakim odczuciom i emocjom chce się poddać, a jakim nie. A może dlatego, że, jak powiedział Arek, pierwsze zwątpienie i pierwsze rozczarowanie działa jak zimny prysznic, jak szczepionka, która uodparnia i trochę uniewrażliwia na kolejne, podobne sytuacje.

W każdym razie, mimo, że czasem opadały liście i czasem następowała zima, pięłam się do góry.

Ilustracja - "Ptaki zimą" - archiwum prywatne
CDN...

17 września 2014

Wierząc w powroty

Kiedy na FB pojawiła się prośba, żebym napisała coś na Czarowniczym Blogu o karmie, miałam bardzo dużo wątpliwości, czy podołam, bo to bardzo skomplikowane zagadnienie. Nie chcę się za bardzo wymądrzać na ten temat, bo nie jestem jakąś specjalistką od Indii i Środkowego Wschodu ani też nie jestem wyznawczynią religii dharmicznych, więc postaram się, po dwóch słowach wyjaśnienia o co biega, przedstawić swój punkt widzenia.

Słowo "karma" z sanskrytu oznacza dosłownie "praca". A któż to tak pracuje? My sami, ponieważ karma zakłada, że nasze intencje i nasze czyny budują naszą przyszłość - a więc my sami jesteśmy odpowiedzialni za nasze szczęście lub cierpienie. Związana jest z prawem przyczyny i skutku i zakłada, że nasze czyny, myśli i intencje "wracają do nas" w postaci konsekwencji za nie. Brzmi prosto i bardzo podobnie do wiccańskiego Prawa Trójpowrotu, ale już pierwszy rzut oka, chociażby na Wikipedię (po polsku i po angielsku), pokazuje jak skomplikowane i złożone jest to zagadnienie.

Okazuje się bowiem, że wiele religii a nawet poszczególnych wyznań w ramach tych religii ma na karmę bardzo różne spojrzenie. Wśród grup wierzących, że prawo karmy działa znajdują się ponadto takie, które trudno uznać za klasyczne religie, a raczej za filozofie i duchowe ścieżki, takie jak Buddyzm czy Taoizm. Niektóre z nich twierdzą, że cała karma - czyli to, co mamy otrzymać w zamian za to, co robimy, realizuje się w ciągu jednego życia. Inne - że pozostawiamy za sobą tak zwany "dług karmiczny" i możemy konsekwencje czynów jednego życia odczuwać w kolejnym, jako że karma jest związana z naszą duszą, a nie ciałem czy umysłem. Istnieje też pogląd, że to, kim lub czym jesteśmy teraz, to nasza karma z poprzedniego życia i jeśli dług karmiczny mówi, że powinniśmy w tym życiu np. mieć długi, bo byliśmy przyczyną czyjegoś bankructwa w poprzednim, to w tym życiu raczej nie uda się nam z tego zadłużenia wyjść.
Zainteresowanych zachęcam oczywiście do dalszych badań meandrów znaczeń i interpretacji na własną rękę, w bardziej profesjonalnych źródłach.

A co ja o tym wszystkim myślę?
Prawdę mówiąc nie wiem, co myślę. Jak wielokrotnie wspominałam, wiele rzeczy odczuwam, przeczuwam, ale trudno jest mi je jakoś intelektualnie usystematyzować. Mogę więc najwyżej napisać, w co wierzę, w co chciałabym wierzyć.

Wierzę, że prawo karmy - pracy na własny rachunek, że Prawo Powrotu istnieje i działa. Nie jestem zwolenniczką twardego powtarzania, że "co wysyłasz, to wróci do ciebie po trzykroć", bo nie wiem, jak niby można by to było zmierzyć. Na pewno przecież nie jest tak, że jak złamiesz komuś rękę, to on ci złamie trzy ręce. Już bliższa jest mi interpretacja, że cokolwiek człowiek zrobi w jednym ze światów - fizycznym, mentalnym i astralnym, to wraca do niego we wsztskich trzech, choć i ona wydaje mi się niedo kulawa. Wierzę jednak, bardzo mocno, w konsekwencje naszych czynów i to, że odbijają się one na nas. Każda akcja wywołuje reakcję, a reakcja - odrzut. Wierzę, że to, co robimy odbija się na nas, na wszystkich i na nas samych.

Bardzo chcę też wierzyć, że przynajmniej większość naszych czynów znajdzie oddziaływanie - a więc i konsekwencje w ciągu jednego życia. Myśl o tym, że można być dobrym, uczynnym człowiekiem, starającym się powtrzymać od złośliwych myśli i szkodzenia innym cały czas zbiera plony, podczas gdy człowiek mściwy, złośliwy,  no wredny, po prostu, ma obfite plony, wydaje mi się szaloną niesprawiedliwością. I w dodatku kojarzy mi się ze zgoła inną bajką, gdzie należy w dobroci swojej cierpieć, by sprawiedliwość spotkała nas dopiero po śmierci. Nie moją bajką, zdecydowanie. Co prawda wiele rzeczy nie będzie dla nas widoczne. Ale wierzę, że nawet jeśli konsekwencje nie są widoczne gołym okiem, jakoś odciskają piętno na naszej duszy, psychice, umyśle i że zawsze w jakiś sposób ponosi się tę odpowiedzialność.

Wierzę w to, ponieważ gdybym wierzyła, że Prawo Powrotu może w znaczący sposób przenosić się i działać między żywotami, to już ocierałoby się o predestynację i zaprzeczałoby sensowi robienia w życiu praktycznie czegokolwiek. Bo z jednej strony - można by było uniknąć w tym życiu konsekwencji za to, co w nim robimy - poczekałyby do następnego wcielenia. Ale to by oznaczało, że w tym wcieleniu musimy "odpokutować" za wszystko, co zrobiliśmy w poprzednim. Jaki jest więc sens, żeby postępować "według Woli, nie krzywdząc nikogo"? Jaki jest sens obdarzać Miłością i Zaufaniem? Nasza następna inkarnacja i tak nie będzie o tym pamiętać, co najwyżej będzie cieszyć się z wypracowanych przez nas zysków. Z kolei bardzo łatwo jest zrzucić na nasze poprzednie wcielenie wszystkie nasze grzeszki, niepowodzenia i lenistwo.
Popadłeś w uzależnienie? - taka karma.
Nie możesz znaleźć pracy? - taka karma.
Oblałeś ważny egzamin? - trudno, taka karma.
W końcu wszystko, co nas spotyka, to efekt karmy z poprzedniego wcielenia - więc po co się starać i robić cokolwiek?
Bardzo, ale to bardzo nie podoba mi się taka interpretacja.

Wiccanie w większości wierzą w wędrówkę dusz, wierzą w światy niematerialne i możliwość wpływania na nie. Jednak tak samo kochają świat materialny i to życie, w którym akurat przyszło im teraz żyć. Dlatego nie negujemy naszej fizyczności, jak to się dzieje w niektórych religiach. Nie jesteśmy zapatrzeni jedynie w ducha, odrzucając cielesność i jej uciechy. Staramy się żyć najpełniej jak się da w czasie, który mamy, z całą świadomością, że co robimy wróci do nas. W tym lub - ewentualnie - w przyszłym życiu.

A wy jak myślicie?

Ilustracja z serwisu spiritual-knowledge.net