24 lutego 2015

Akcja "Erekcja" - skyclad na bis

Poradziłam się moich facebookowych znajomych o jakieś fajne, kontrowersyjne tematy. Nie wiem czemu kontrowersyjne - mam jakoś ochotę podyskutować sobie na wiosnę i pobawić się różnymi ideami. Jak widać generalnie, jeśli chodzi o kontrowersje, religia i seks są nie do pobicia, bo pierwsze pomysły, jakie się pojawiły, to "Jezus" i "erekcja".

Na erekcjach znam się średnio, znaczy na tyle, na ile mogę. Będąc biologiem mam garść niezbędnej wiedzy, a jeśli chodzi o doświadczenia... cóż, po prostu większość moich doświadczeń w tym temacie pochodzi z drugiej, że się tak wyrażę, ręki. W każdym razie z moich rozmów z niektórymi wiccańskimi kapłanami i facetami, którzy chcieliby kiedyś nimi zostać, erekcje wydają się być zupełnie oddzielną częścią wielkiego problemu skycladu. Częścią, powiedzmy sobie szczerze, która jakoś szczególnie mnie nie podniecała do tej pory.

Na początku mnie temat zadziwił. Znaczy ile o tym skycladzie można... że to nie tak... że nikt na to nie patrzy... że tego się nie czuje... nie zwraca uwagi... i tak w ogóle wszystko inne, co było już opowiadane z tysiąc razy. Okazało się jednak, że posiadanie penisa wynosi hipotetyczny problem zupełnie na inny poziom. Panowie bowiem, kiedy tak jak panie, rozważając myśl o inicjacji oswoją się już z tym, że ktoś będzie ich oglądał i godzą się ze swoim ciałem przynajmniej na tyle, zadają sobie jeszcze jedno pytanie: "co się stanie, jak stanie?"

Odpowiedź jest bardzo prosta - nic się nie stanie. Oglądanie ciał w pozach i przy czynnościach zgoła nieseksualnych (a czasem i w ogóle nieseksownych) zazwyczaj nie jest jakimś przyczynkiem do podniety. Gdyby tak było, podobne problemy by się pojawiały na plaży. No chyba, że te majtki na prawdę robią aż taką różnicę. W każdym razie, jak byłam w wielu różnych rytuałach, o różnym nastroju i w różnych okolicznościach, tak się jeszcze nie zdarzyło, żeby ktoś się zaprezentował na baczność.

Chodzą oczywiście legendy o tym, że kapłanki cieszą się wielce, kiedy takie wydarzenie ma miejsce, podobno są nawet okazyjne pieśni, opiewające owo wydarzenie, ale nie dane mi było ich usłyszeć. Natomiast na pewno nikt dziwić się takiej reakcji ciała nie będzie, bo ciało jest tylko tym - ciałem. I jest piękne, niezależnie od tego, czy jesteśmy grubi czy chudzi, wysocy czy niscy, uspokojeni czy podnieceni. Piękno ciała zasługuje na nic mniej, niż szacunek i radość właśnie.
A panowie nie powinni się bynajmniej erekcją w rytuale przejmować.
Wszak fallus we wzwodzie jest znanym symbolem Rogatego Boga, jego boskiej siły, energii i mocy.

Merkury z Kadyceuszem, obuty w skrzydlate sandały. W pełni swoich boskich sił.
Ilustracja pochodzi z Wikimedia Commons
PS. Przypominam o możliwości polubienia Bloga Czarowniczego na Facebooku!

14 lutego 2015

Święto Miłości... ?

Dzisiaj są Walentynki, więc wypadałoby się jakoś do nich odnieść.
Pewnie niektórzy oczekiwaliby, że powiem, że jako prawdziwa Polka, kochająca naszą piękną tradycję, powinnam publicznie, na Facebooku, forum i Bogowie wiedzą gdzie umieścić informację, że dla mnie prawdziwym świętem miłości jest nasza wspaniała, Słowiańska Kupała.
Inni z kolei pomyślę, że wiccanka, to powinna wspomnieć o Beltane, tradycyjnym dniu miłości, seksu i zaślubin, nawet jeśli tylko na rok i dzień.

Ani mi się śniło... Mam wrażenie, że od kilku lat Walentynki powoli uciekają od wielkiej dyskusji na ich temat, podobny do samhainowej dyniohisterii. Po prostu zaczynają się wbijać w tło naszej kultury, a raczej popkultury, więc nie za bardzo jest o co się z końmi kopać. Jasne, że są tony kiczu, różowych i czerwonych serduszek (w tym roku, zgodnie z obowiązującą modą, zastąpione bardzo dużą liczbą odcieni szarości - ach, ta popkultura!) i więcej zakochanych par, snujących się z kwiatkami i melancholijnymi minami po mieście.
Muszą też oczywiście być hejterzy - ci samotni i ci w parach, bo przecież żadne zjawisko, które ktoś lubi, nie może pozostać nieskomentowane negatywnie przez kogoś innego.

Walentynki są jednak szczególne w tym sensie, że są Dniem Zakochanych, swego rodzaju Świętem Miłości. Jak już ustaliliśmy jednym z wielu, ale to nie powód, by ich nie obchodzić, przynajmniej na swój ulubiony sposób. Bo czy mogą być Walentynki świętem Miłości mniej lub bardziej prawdziwym od innych? To tak, jak sama Miłość byłaby mniej lub bardziej prawdziwa. Wiadomo, najlepiej jest, gdy każdy dzień zamieniamy w Święty Miłości, jednak przyznajmy, że trochę to lubimy - te kwiaty, kina i serduszka. Tak jest trochę łatwiej, kiedy mamy szczególny Dzień, Symbol, coś, co czego wszyscy mogą się odnieść.

Jeśli więc Święto Miłości nie może być codziennie, dajmy sobie szansę, by obchodzić je jak najczęściej. W Walentynki i w Beltane i w Kupałę i w Dzień Niepodległości i we własne urodziny. Może dzięki temu poczujemy trochę więcej Miłości do Świata, do siebie nawzajem i do siebie samych.


PS. Jeśli kochacie Czarowniczy Blog, okażcie swoje serce na Facebooku ;)


8 lutego 2015

Wyciąg z legend i pobożnych życzeń

Dziś bierzemy na tapetę jedną w bardziej popularnych książek o czarostwie wydanych po polsku w latach dwutysięcznych. Czas ten przynosił wielkie nadzieje, że w końcu pojawi się coś porządnego, coś bardziej rzetelnego, niż Cunningham czy Puziewicz. I tak wiele osób złaknionych wiedzy i lektury, rzuciło się na Czarostwo - tajemna tradycja Ravena Grimassiego w tłumaczeniu Olgi Stefańskiej, wydanych w 2007 roku nakładem Caridwen. 

  

Zanim przejdę do samej treści - tradycyjnie słów kilka o polskim wydaniu. Okładka wg mnie nie jest ładna. Nie jest też brzydka - jest zupełnie przeciętna i posklejana luźno z różnych elementów kojarzonych z czarostwem. Okropne są za to ilustracje, bardziej niż cokolwiek przypominające kolorowanki, ale nie znam oryginału, więc trudno mi się do tego odnieść w kontekście polskiego wydania.
Na tylej okładce mamy informację sugerującą, że ta książka może być o Wicca, chociaż nauczeni doświadczeniem nie będziemy zbyt optymistyczni... Tłumaczenie jest poprawne, chociaż pojawia się parę krzaczków, które mnie osobiście denerwują, jak np. wiosenne i jesienne "zrównanie". Moja pierwsza myśl - "czego z czym?" Nie rozumiem niechęci do używania dobrze znanych równonocy, bądź pięknie brzmiących z łaciny ekwinokcjów.

Przechodząc do treści... tu mam wiele zastrzeżeń, prawdę mówiąc. Grimassi sam, jeszcze we wstępie pisze: "Fakt, że nasza wiedza o celtyckich wierzeniach pogańskich jest fragmentaryczna i rozproszona, sprawiał, że trudno było traktować współczesną rekonstrukcję, jako godny zaufania model, na którym można pracować. Było to frustrujące, ponieważ podobieństwa i wspólne elementy między starym i nowym czarostwem zdecydowanie przemawiały za autentycznością korzeni w głębokiej przeszłości."
Czyli sam przyznaje, że pisze książkę pod tezę, którą uzupełnia swoimi przypuszczeniami i, jak to nazwał, "badaniami". Ciekawe podejście. Dalej możemy się dowiedzieć, że Europa, zdaniem autora, dzieli się na 2 kręgi kulturowe. Południowy, czyli "egejsko-śródziemnomorski" i Północny, czyli... Wielką Brytanię. Trochę to utrudnia czytanie, bo kilkukrotnie, kiedy była mowa o Europie Północnej miałam przed oczami Wikingów, a nie Celtów.

Oczywiście, jak w każdej książce o czarostwie napisanej w Stanach, mamy przydługą historię czarownictwa, jako religii z epoki kamienia, która przetrwała aż do dziś. W pewnym momencie pojawiło się oczywiście chrześcijaństwo, ale "Starożytne czarownice wolały wiejskie okolice, gdzie wciąż czczono bóstwa pól i lasów, słońca i księżyca", nie przyjęły zaś oficjalnej religii tych, którzy dzierżyli władzę. "Czarownice zawsze należały do starszego i odmiennego porządku i taki stan rzeczy utrzymuje się do dziś" - czyli, jak pisałam niedawno, wiedźma znów jest istotą, która, niemalże, mieszka w dziupli. Dodatkowo w tym rozdziale dowiemy się też, że "Wicca to rdzeń, od którego pochodzi słowo witch". Nie, to nie jest prawda.

W drugim rozdziale mamy opis różnych elementów, na które składa się "Tradycja misteryjna". Cokolwiek to znaczy, bo autor, jakkolwiek ciągle pisze o tym, że do misteriów nie da się dotrzeć umysłem, że trzeba je samemu przeżyć, że to bardzo ważne i zachowa nas w łączności z przodkami... to właściwie nie pisze, co to te misteria, czemu to służy i skąd się wzięło. Cały rozdział jest zapełniony różną mieszanką mitów, historii, powieści, legend i baśni, chyba właśnie w celu uzupełnienia wspomnianych we wstępie dziur.

Kolejne dwa rozdziały opowiadają odpowiednio o Bogu i Bogini. One również składają się z ekscentrycznej mieszanki różnych źródeł, gdybań i wniosków autora. Interesujące w nich jest to, że mimo wszystko kolejne podrozdziały pokazują różne twarze Boga i Bogini, które rozpoznajemy w Wicca. Stąd mamy podrozdziały o Dziecku Obietnicy, Bogu Podziemi, Rogatym Bogu, Panu Słońca i Zabitym Bogu Zbiorów. Przy tej okazji warto wspomnieć o przytoczonej legendzie o Rytualnej Śmierci Herkulesa według Gravesa. Trudno traktować książki Roberta Gravesa, jako źródło historyczne, ale Grimassi podchodzi do tego śmiertelnie poważnie, opisując szczegółowo i na kilku stronach tę historię, której mnie nie udało się znaleźć nigdzie indziej. Może Wam się poszczęści.
Dodatkowo dowiadujemy się, jaką wiedzę medyczną mieli starożytni poganie: "By zapewnić odrodzenie Zamordowanego Boga w linii krwi, z której się pierwotnie wywodził, stworzono specjalne  rytuały. Przygotowywano specjalne panny, które miały go narodzić. Były to zwykle dziewice, które sztucznie zapładniano, aby nie można było wskazać ludzkiego ojca." Nie wiadomo dokładnie, w jakich czasach wg autora miało by to mieć miejsce, bo nie podał konkretów, ale jeszcze za czasów, kiedy w Europie składano ludzi z własnego plemienia w ofierze bogom. Bardzo dawno.
Sztucznie zapłodnione dziewice... Serio... ?

W rozdziale poświęconym Bogini mamy w zasadzie odpowiednik tego, co w poprzednim. Mamy więc historie o Wielkiej Bogini, Matce Ziemi, Bogini Rozstajów i Bogini Księżyca. W tym ostatnim poza Panną, Matką i Staruchą poznajemy tu też Czarodziejkę, która jest "zmysłowa i powabna", czyli aspekt Bogini związany z nowiem. Ciekawostką jest również to, że wg autora nów trwa aż trzy noce.
Generalnie w obu tych rozdziałach jest dużo ściem, związków, które w rzeczywistości nie istnieją i odwoływania się do podejrzanych źródeł, ale warto zwrócić uwagę na archetypy, o których pisze Grimassi. Może nie koniecznie się sugerować jego opinią, ale poszukać własnych, bardziej rzetelnych źródeł.

Rozdział piąty jest o "Zgłębianiu wewnętrznych misteriów". Przypominam, że nadal autor nie powiedział nam, co to misteria i po co to komu. Podobnie jak w rozdziale drugim pisze o różnych mitach, o kamiennych kręgach i reinkarnacji. Dostajemy tutaj kolejne lekcje metafizycznej biologii: "Na poziomie metafizycznym istnieje eteryczny składnik związany z naszym DNA (...) Zawiera się w energii, która układa DNA w spójny wzór i utrzymuje go bez zmian." Mejozo i mutageny strzeżcie się! Oto energia eteryczna będzie wam przeciwdziałać!
Więcej - możemy się też dowiedzieć, że: "jeżeli zachodzi zapłodnienie, to energia łona przywiązuje duszę do wymiaru fizycznego. W rezultacie dusza zostaje sprowadzona do fizycznej substancji jaja (...) Kiedy rodzi się niemowlę, zaczyna się siedmiodniowy okres, podczas którego dusza stopniowo stapia się i integruje z ciałem fizycznym..."
Przepraszam, ale nie wiem po prostu, jak to skomentować. Zwłaszcza, że o tym przywiązywaniu dusz do DNA Grimassi wydaje się pisać dość autorytarnie i całkiem na serio.

Rozdziały szósty i siódmy poświęcone są mitologii Koła Roku. Interpretacje, jakie są tam przedstawione są kompletnie "nie moje", dziwne i skomplikowane, ale nie będę się tego czepiać, bo w niektórych liniach wiccańskich są podobnie skomplikowane wersje tego mitu. Natomiast w dalszym ciągu jest to miks różnych opowieści i to tak zakręcony, że w wersji Grimassiego nie dostajemy jednego Koła Roku z ośmioma Sabatami. Każdy Sabat jest oddzielną historią. Z osobnymi Bogami, o różnych cechach, różnych przydomkach, a niektórych przypadkach - mieszaniną z różnych panteonów. To dość nieortodoksyjne podejście, bardzo łagodnie to ujmując.

Rozdział ósmy omawia "Okultystyczne zasady". Pojawia się tu wiele ciekawych teorii, wykładanych tonem autorytatywnym, niezależnie od tego, czy mają sens, czy nie. Niektóre zawierają bardzo ciekawe spojrzenie. Inne to kompletny bełkot, który, mimo czytania jednego fragmentu tekstu kilka razy, nie chce jakoś nabrać sensu i logiki. Warto pochylić się nad niektórymi zagadnieniami z tego rozdziału, by następnie czym prędzej znaleźć lepsze źródła, na przykład odnośnie zasady "Jak na górze, tak na dole". Grimassi bowiem nie tłumaczy bowiem w żaden sposób, że jest to element nauk hermetycznych, a zarazem fragment tekstu spisanego na Szmaragdowej Tablicy - bo i po co. Wystarczy wspomnieć, że to taka "zasada tajemnej tradycji".  Robi to z resztą nie pierwszy raz, bo wcześniej pojawiło się "przez nasienie i kiełek, pień i liść, pąk i kwiat" w wydaniu "zdanie pojawiające się w rytuałach", zamiast być cytatem z Aleistera Crowleya; jak również nie ostatni, bo w drugim dodatku Bafomet autostrwa Elipfasa Leviego (jak spostrzegawczy wiedzą, podpisany nawet na ilustracji) jest "klasyczną postacią z mistycznych nauk". Teraz już rozumiecie, czemu warto mieć lepsze źródła?

Rozdział dziewiąty zawiera opisy niektórych czarowniczych praktyk. Grimassi wspomina o odziewaniu się w niebo, o kręgu, o ołtarzu i magicznych narzędziach. Jest to jedyny rozdział, który, można by rzec, ma funkcję praktyczną, ale w niektórych momentach jest trudny do przyswojenie, co należy robić z jakiego powodu, jaki ma to mieć skutek i jaki ma związek z tymi misteriami (o których cały czas wiemy równie niewiele). Za to opisy, jak zestrajać się z pentagramem i narzędziami magicznymi wydają się nieco prymitywne, a nieco śmieszne tak, że nawet początkującemu czytelnikowi muszą wydać się absurdalne, nie widzę innej możliwości: "III-EEE-OOO-AAA (tempo to ciągłe la-la-LA-la (...) Akcent przypada na trzecią sylabę, a matrę powtarza się trzy razy)."
Swoją drogą zastanawiam się, czy ktoś na serio tego próbował.

Rozdział dziesiąty to krótkie streszczenie całej książki, które ma pomóc w zrozumieniu jej treści. Potem mamy trzy dodatki. Pierwszym jest tabelka odpowiadających sobie bóstw celtyckich i egejsko-śródziemnomorskich. Taka prawie że jeden do jednego. No nie... to chyba jednak nie jest aż tak proste. Drugi, wspomniany już dodatek, mówi o Bafomecie. Na pół strony, więc dużo za mało, i należało by to zrobić albo porządnie, albo pominąć. Ostatni dodatek to "Widok z kolegiów i kotłów", czyli o różnej interpretacji źródeł przez czarownice i akademików. W założeniu, bo w rzeczywistości jest to próba udowodnienia, że Grimassi i Silverwolf znają się na historii czarostwa lepiej, niż profesor Hutton. Może ma to jakiś związek z tym, że Triumph of the Moon ukazała się w USA kilka lat wcześniej niż Czarostwo... i autor tej drugiej bardzo chciał się odnieść do pracy historyka. Wyszło to gorzej niż źle, bo w stylu "jeśli badania historyczne nie zgadzają się z opinią Grimassiego, to tym gorzej dla badań". Mówią o tym dowody w postaci starożytnych powieści, w szczególności Metamorfoz i zeznań z procesów czarownic.

Cała książka jest dość trudna w odbiorze dla kogoś, kto wie, że analogia nie równa się homologii, czyli że fakt, iż coś jest podobne, jeszcze nie znaczy, że pokrewne. Grimassi próbuje się podpierać jakimiś źródłami, przy czym w większości są to książki popularnonaukowe, źródła wątpliwej autentyczności, jak Graves i Leland, zeznaniami z procesów czarownic i własnymi interpretacjami starożytnych tekstów. Do tego pisze dość chaotycznie z jednej i autorytatywnie z drugiej strony, jak sam napisał, uzupełniając dziury czym mu pasowało. Całość wygląda mniej więcej tak:
"Przeciętnemu człowiekowi może wydawać się, iż piernik nie ma nic wspólnego z wiatrakiem. Gdy jednak przyjrzymy się misteriom tradycji czarostwa, zobaczymy, jak bardzo oczywisty to związek. W tajemnej tradycji czarostwa wiatraki są bowiem młynami, które mielą ziarno (pochodzące od Pana Plonów i Matki Ziemi) na mąkę. Z mąki i miodu (tu związek z Władcą Lasów) wyrabiało się w starożytności słodkie ciasto, które dziś spożywamy w kształcie pierników. Dodatkowo należy zauważyć, że tradycyjne pierniki mogą również mieć kształt wiatraków."

Podsumowując 2/6
Czas podsumowywać, a ja nadal nie wiem, o czym właściwie jest ta książka. O Wicca autor wspomina dwa razy, o Stregherii - raz. Cały czas za to nawija, jak w powyższym przykładzie o "tajemnej tradycji czarostwa". Tak, jakby istniała jedna, spójna tradycja, jedno czarostwo i jeden przekaz, a to bynajmniej nie tak działa. Sprawia to więc, że trudno ją interpretować w kontekście jakiejkolwiek konkretnej ścieżki. Może warto podchwycić z tej książki jedną, czy dwie idee, ale naprawdę lepiej jest znaleźć konkretne i rzetelne źródła dotyczące konkretnej ścieżki. Osobom zainteresowanym Wicca nie polecam. Autor pisze, w mojej opinii, "pod tezę", a i tak kiepsko ją argumentuje. Jeśli macie pod ręką inną lekturę - wybierzcie ją.

6 lutego 2015

Opowieść o strasznych wiccanach

Po lekturze artykułu-wywiadu: "Opowieść o strasznych Polakach" i facebookowej dyskusji na jego temat zebrało mi się całkiem sporo pomysłów i przemyśleń, które postanowiłam jakoś sobie ułożyć.

Moje pierwsze wrażenie po przeczytaniu tekstu i po dyskusji było takie - no oczywiście, że Polacy to naród marudny i narzekający! Rety, nawet, jeśli chce się coś zmienić, to wszyscy są burkliwi i narzekają, że nie ma zaufania, a ludzie to świnie... Ja, oczywiście, taka nie jestem, ale...
A potem się złapałam za głowę. I zauważyłam, że wielu uczestników dyskusji na FB ma ten sam powód do złapania się za głowę, co ja! Bo w końcu nikt z nas, dyskutantów to generalnie nie jest stereotypowym, marudnym, roszczeniowym Polakiem, który nie uśmiechnie się, nie pomoże... ale bardzo chętnie marudzimy za to na innych. "No tak, nasi rodacy, to..."

Zanim się odniosę do roszczeniowości (o której będę jeszcze pisać w innym
wpisie, kiedy mnie najdzie zły humor - należy się :P ), to chciałabym jeszcze najpierw wspomnieć o okołowiccańskiej Polskości w tym właśnie brzydkim, szarym, stereotypowym wymiarze. Bowiem wszyscy niewiccanie wiedzą, że wiccanie zadzierają nosa, bo mają te swoje tajemnice i inicjacje i na golasa latają. Wszyscy wiccanie nagadują na siebie nawzajem, jak nie w kowenie - to na inne linie. W dodatku zrzędzą na zainteresowanych, że leniwi i roszczeniowi. A ludzie z innych ścieżek, to...
I tak dalej, i tak dalej... a ta paskudna generalizacja, która jest oczywiście nieprawdziwa i niepotrzebna nikomu, rozwija się, rozlewa na kolejne grupki i grupy.

Myślę zatem, że generalnie lubimy się nawzajem oskarżać, poniżać i nie ufać sobie. Nie jednak poszczególnym osobom, ale grupom, którym przypisujemy cechy dużo bardziej negatywne, niż naszym poszczególnym znajomym. Jakie jest na to lekarstwo? Od-generalnić się.  Przestać myśleć o poszczególnych grupach w taki albo inny sposób, a skupiać się na ludziach. Poznać te osoby, i utrzymywać dalej kontakt z tymi, z którymi chcemy go mieć, a o reszcie... nie, nie narzekać, ale po prostu odsunąć i zapomnieć. I już.

W tym wypadku dobrym jest patrzenie tylko na siebie. Po prostu - bądźmy zadowoleni sami z siebie, naszego życia i naszych znajomych i przyjaciół. Uśmiechajmy się często i patrzmy z nadzieją w przyszłość. Marzmy o wielkich rzeczach i spełniajmy te marzenia. Olejmy tych, co marudzą i zajmijmy się swoimi planami. Wtedy wszystkim nam będzie się żyło lżej i milej.
I nawet ci okropni Polacy, wiccanie czy nie, wydadzą się bardziej sympatyczni


PS. Jeśli podobają się Wam wpisy, polubcie Blog Czarowniczy na Facebooku !

31 stycznia 2015

Wiosny mi się chce!

Właśnie przeglądam długoterminową prognozę pogody - na kolejne dwa tygodnie. W zasadzie nie wiem po co, może jest jeszcze we mnie jakaś nadzieja, że szybko się poprawi. Ale nie. Wszystko wskazuje, że kolejne dwa tygodnie będą pełne tego, czego poprzednie dwa. Deszczu, śniegu, mrozu, roztopów, pluchy, chmur... pogoda oszalała i zamiast zimy serwuje nam listopad. Albo przedwiośnie - kto tam ją wie?
I generalnie mam wrażenie, że wszyscy są już nią zmęczeni. Moi bliscy i przyjaciele są apatyczni, moi współpracownicy - rozdrażnieni, ludzie w markecie snują się alejkami jeszcze wolniej niż zwykle, a przechodnie wiecznie wyglądają na zmęczonych. A wiosny w ogóle na horyzoncie - ani widu, ani słychu. Ale czy na pewno?

Imbolc jest chyba najbardziej podstępnym świętem w naszym klimacie. Często nazywa się go pierwszym wiosennym Sabatem, choć początek lutego to najczęściej środek zimy, nierzadko czas największych mrozów. Mimo to nie da się udawać, że nie widać już, jak wiele więcej światła i dnia mamy, nawet jeśli poza kopułą chmur. Wiele osób zaczyna też czuć coś, co sami określają "zapachem wiosny", nawet jeśli panuje śnieżyca. Wiele z nich, co wynika z moich rozmów z nimi, nie potrafi sobie tego nawet wytłumaczyć - moja znajoma obawiała się kiedyś, że wyśmieję jej przeczucie "poczucia wiosny" w ciemny, zimny wieczór.

Wczoraj zza chmur wyjrzał w końcu, po raz pierwszy od kilku dni, kawałek nieba. Błękit jest jeszcze blady, nie to, co intensywny turkus lipcowych upałów, ale powoli, powolutku, czuć już, że wiosna nadchodzi. Jak Bogini, która wynosi z podziemi swojego Syna. Z małym dzieckiem w ramionach się przecież nie biegnie. Zwłaszcza, że Matka sama jest zmęczona, układa się już właściwie do swojego odnawiającego, regenerującego snu. Powinniśmy dać im trochę czasu, jednak kiedy jesteśmy tak spragnieni światła i ciepła, że zazwyczaj o tej porze roku robimy się trochę egoistyczni.

I mnie też już się chce Wiosny! Już dość tej pluchy, zimna i szarości. Może dlatego Imbolc jest Sabatem trochę już wiosennym - bo my chcemy, żeby takim był. Wcale nie oznacza nadejścia wiosny, jeszcze za wcześnie. Ale na pewno w jakiś sposób ją zwiastuje, toruje jej drogę.
No i przede wszystkim, przynosi jej zapach. Nadzieję, na jej szybki powrót.


PS. Jeśli podobał Ci się wpis, polub Czarowniczy Blog na Facebooku!

26 stycznia 2015

Narzekam na każdy sposób!

Przed weekendem był podobno "Dzień Bez Narzekania", co stało się przyczynkiem do początku mojej dyskusji na ten temat z Nefrestim i Mojmirą, że narzekanie może mieć swoje pozytywne aspekty. Nie dane mi się było w nią, niestety, mocniej zaangażować, zwłaszcza, że im więcej nad nią myślałam, tym więcej szalonych pomysłów o tym, na jakie sposoby można narzekać, przychodziło mi do głowy...
Niech więc poniższa lista narzekań rozmaitych stanie się głosem w tej dyskusji.
Nie skupiajmy się na negatywach, ale na tym, co może z narzekania wyjść pozytywnego.
No i nie traktujmy ani marudzenia, ani niniejszego wpisu zbyt poważnie ;)

Narzekanie w perspektywie - chyba moje ulubione, ale trzeba narzekać dość często na to samo... albo przynajmniej pamiętać, na co się marudziło jakiś czas temu. Chodzi przede wszystkim o to, żeby dostrzegać, że w miarę upływającego czasu jednak wiele się zmienia. I to na lepsze. Krnąbrne dzieci dojrzewają, karłowate drzewka - rosną, a słynne "polskie drogi" wyrównują się. Oczywiście nadal można narzekać, że jest źle - w końcu nic nas nie zadowoli w pełni. Ale zawsze warto odnotować, że jest lepiej.

Narzekanie z nadzieją - truje cię coś, co prawda, i ciężko się z tym żyje, ale na horyzoncie już widać zmiany. Moim ulubionym przypadkiem jest narzekanie na pogodę i porę roku, które przecież się tak często zmieniają! Dzięki cyklicznym zmianom możemy co prawda trochę zrzędzić na coś, na co teraz nie mamy wpływu, bo zawsze przychodzi, jak plucha jesienią, ale i możemy dzięki nim spoglądać w przyszłość, bo przecież znów nadejdzie wiosna. Po każdej nocy przyjdzie dzień. A po sesji - wakacje. Nie ma co się łamać.

Narzekanie na wspominki - czyli narzekasz, ale przy okazji odwołujesz się do dawnych wydarzeń. Można sobie wtedy pięknie powspominać, co tam miało niegdyś miejsce, a narzekanie staje się jedynie pretekstem. Na przykład marudzisz, że taka pogoda okropna... a przecież była kiedyś taka piękna złota jesień... poszliśmy wtedy na ten romantyczny spacer...
Można wtedy przywołać najpiękniejsze wspomnienia, co zawsze poprawia humor.

Narzekanie kreatywne - gdy pojękiwanie staje się pretekstem do szukania (i znajdywania!) rozwiązań. Często bowiem narzekamy na coś, czemu możemy łatwo zaradzić. Narzekanie na swoje własne wady często można przekuć na coś pozytywnego i zmotywować się wreszcie do zmian. Może uda się nam zainspirować do zmian na lepsze naszych partnerów, przyjaciół, czy członków rodziny, zwłaszcza w tych obszarach, które nas wkurzają? A może denerwuje cię brak rozwiązań? Bałagan? Weź się do pracy i rozwiąż swój problem sam!

Narzekanie refleksyjne - bardzo ważne, chyba najważniejsze (i najbardziej na serio) w tym wpisie. Jeśli narzekasz często, jeśli coś cię ciągle irytuje, jeśli nie możesz się z czymś pogodzić... może warto się zastanowić dlaczego tak jest? Jak mogę to zmienić? Co zrobić ze swoją sytuacją, żeby ją poprawić? Jeśli mimo starań, rozmów i prób pokonania narosłych między ludźmi barier, wciąż narzekamy i męczymy się ze swoim partnerem, może czas rozejść się, albo przynajmniej porządnie przemyśleć przyszłość (wspólną, lub rozdzielną)? Jeśli szef i obowiązki służbowe doskwierają coraz bardziej i bardziej, może znaleźliśmy się na złej ścieżce kariery? Może powinniśmy zmienić zawód, albo chociażby firmę i otoczenie? Czasem warto zastanowić się, z czego nasze narzekanie wynika i że, być może, należy zmienić sporo w swoim życiu, jeśli chcemy męczyć się mniej? Oczywiście, takie decyzje nie mogą być dyktowane wyłącznie tym, czy na coś marudzimy, czy nie, ale na pewno może się stać przyczynkiem, pewnym punktem wyjścia dla dalszego rozważenia dręczącego nas tematu. Kiedy jednak zaczniemy się nad tym zastanawiać, pamiętajmy, że prócz minusów, zawsze znajdzie się też jakiś plus.

PS. Jeśli wpis Ci się podobał, daj łapkę Czarowniczemu Blogowi na Facebooku!

20 stycznia 2015

Odejść... i co dalej?

Około miesiąc temu powstał wpis, który cieszył się niezłą nawet popularnością, zawierający różne przemyślenia związane z odejściem z kowenu. Pomyślałam sobie, że warto pociągnąć trochę temat i zastanowić się nad inną kwestią. Jeśli już odszedłem z kowenu - co dalej?
Po raz kolejny zaznaczam, że to wyłącznie moje pomysły i wnioski, więc zachęcam do dyskusji

To przede wszystkim zależy od powodów, z jakich się odeszło. Ważne jest jednak, przede wszystkim, danie sobie trochę czasu. Inicjacja w Wicca wiąże się bezpośrednio z inicjacją w kowen - konkretną grupę ludzi. Potrafi ona w tej grupie wytworzyć bardzo silne więzy, tym silniejsze, jeśli ktoś ma szansę dodatkowo popracować z nią jakiś czas. Jeśli dzieje się coś, co w końcu powoduje rozejście się naszej drogi z kowenem, to zwykle są to bardzo ważne sprawy. Warto po takich wydarzeniach odpocząć, odetchnąć. Pohamować entuzjazm, żeby ruszać do nowego kowenu, ale też nie zniechęcać się od razu. Po prostu dać sobie spokój na jakiś czas i zająć się innymi rzeczami.

Często kowen pochłania dużo czasu, jeśli nie czujemy się komfortowo - tym częściej może wpływać na samopoczucie i inne nasze codzienne sprawy. Zanim podejmie się kolejne ważne decyzje, warto zawsze najpierw uporządkować zwykłe, ziemskie sprawy. Zaangażuj się w pracę, zwróć uwagę na sprawy rodzinne, spotkaj się z przyjaciółmi. Może warto jeszcze raz przeczytać ulubione książki, albo wrócić do porzuconego kiedyś hobby? Często ścieżka duchowa, która nie jest dobrze ułożona i którą trzeba zmienić, może wywracać wiele spraw do góry nogami i to w bardzo negatywny sposób. Oczywiście przemyślenie swoich ziemskich, najbardziej przyziemnych spraw zaleca się zawsze osobom dopiero wchodzącym po raz pierwszy na drogę duchowych poszukiwań, ale to inny, szeroki temat...

Jeśli zechcemy po tym odpoczynku wrócić na wiccańską ścieżkę, trzeba zrobić solidny rachunek sumienia. Co poszło nie tak? Dlaczego nasze drogi się rozeszły? Zaważyły względy emocjonalne? Towarzyskie? Nie mogłem się zgodzić na coś? Może mój kowen nie zgadzał się ze mną? Atmosfera i układ? Względy logistyczne - za daleko? Za długi dojazd? Ale też, co nie mniej ważne - co było pozytywnego? Co mi to dawało/daje? Jakie były dobre chwile? Co mi się podobało? Jakie swoje nadzieje i marzenia udało mi się spełnić? Warto się nad tymi aspektami zastanowić, przemyśleć je, przemedytować. Wyłoni się z nich ostatnia i najważniejsza kwestia - czy Wicca jest dla mnie? Czy to nie była dobra dla mnie ścieżka, tradycja, czy może tylko trafiło mi się na nie ten kowen, na nie odpowiednich ludzi? To oczywiście nie znaczy, że w kowenie musiały się dziać jakieś dantejskie sceny (choć niestety, i tak czasem bywa), ale może po prostu nie dopasowaliście się.

Kiedy stwierdzisz, że Wicca nadal jest drogą dla Ciebie, pewnie zechcesz poszukać nowej grupy i nowych nauczycieli. Masz o tyle lepiej niż za pierwszym razem, że znasz 'procedurę', ale o tyle trudniej, że masz za sobą 'burzliwą przeszłość'.  Wiesz już, że trzeba być niezwykle ostrożnym. Warto, jeśli jest taka możliwość, poznać kowen przed inicjacją. Pamiętaj o Drugiej Opinii - masz prawo do informacji i do sprawdzania wszystkiego podwójnie, potrójnie, wiele razy. Jeśli rozstanie z poprzednim kowenem stało się powodem pewnego zawodu, tym bardziej bądź ostrożny, ale pamiętaj, że jeśli czujesz, że Wicca jest dla Ciebie, warto chociaż rozejrzeć się, spotkać się, porozmawiać i zapoznać się z innymi wiccanami.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że na każdym etapie pojawią się osoby, które dalej nie pójdą. Że okaże się, że dla kogoś ścieżka duchowa nie jest tak ważna, jak praca czy rodzina. I w porządku, nie każdy z nas może być wielkim duchowym przewodnikiem czy osiągać oświecenie, albo przynajmniej nie w tym życiu. Na pewno też są osoby, które po przygodzie z wiccańskim kowenem dochodzą do wniosku, że to nie dla nich droga, więc zaczynają się interesować innymi tradycjami, poszukują nowych możliwości duchowego rozwoju. Mam nadzieję, że znajdują swoje ścieżki i są dzięki nim bogatsi i szczęśliwi.

Myślę, że dla każdego z nas gdzieś jakaś odpowiednia droga się znajduje.
Trzeba jej szukać, żeby ją odnaleźć.
Ale przy takiej mnogości dróg, zdarza się pobłądzić.


PS. Fanpage Bloga Czarowniczego na Facebooku ma już ponad 100 lajków! Pięknie dziękuję wszystkim czytelnikom!

8 stycznia 2015

Witch in the City

Ostatnio było dużo o inicjacji, więc teraz będzie trochę lżej. Oczywiście wrócimy jeszcze do tego, bo o inicjacji można napisać bardzo duuużo, ale chciałabym dzisiaj poopowiadać wam o wiedźmim życiu w mieście.

Ja wiem, że generalnie obraz wiedźmy, powtarzany z resztą przez kolejne setki książek wyższej i niższej półki i jakości, jest zupełnie inny. Czarownica bowiem winna mieszkać na skraju lasu, z daleka od siedzib ludzi. Ukrywać się przed społeczeństwem, albo przynajmniej solidnie od społeczeństwa odstawać. Bo na skraju lasu, im dalej od kultury, tym bliżej do natury.
A ja wam powiem, że to dla mnie, w czasach współczesnych, obraz przygnębiający. Robiący z nas odludków i dziwaków. Przeromantyzowany i niepraktyczny. I generalnie mało prawdziwy, bo większość współczesnych czarownic, świadomych pogan, magów, wiccan, mieszka w mniejszych lub większych - ale miastach. Okazuje się bowiem, że miasto ma wiele korzyści dla wiccanina, któryś wieś nie ma.

Przede wszystkim miasto zapewnia większą anonimowość, niż małe ośrodki. Oczywiście ja tam uważam, że nie mam się z czym kryć, bo i wstydzić się nie mam czego, ale są osoby, które swoją religię wolą pozostawić tylko i wyłącznie dla siebie - i ja to rozumiem. Poza tym anonimowość ta dotyczy nie tylko mnie, ale też moich bliskich i rodziny, gdzie reakcje dalszych krewnych i znajomych na pewne hobby mogą już być różne. Moim osobistym zmartwieniem właśnie bardziej jest to, niż same jakieś uwagi odnośnie mnie samej. Z drugiej jednak strony pewna anonimowość zapewnia mi święty spokój. Po przemieszkaniu ponad 20 lat w małej mieścinie na jeszcze mniejszym osiedlu, gdzie wszyscy wszystkich znają, święty spokój jest wartością nie do przecenienia.

Ta anonimowość pozwala też normalnie pracować i normalnie żyć. Mało kto utrzymuje się z "bycia czarownicą" per se. Większość z nas musi chodzić do roboty, żeby mieć na chleb. Wicca nie opłaca swoich kapłanów (niestety, chociaż skoro wszyscy wiccanie to kapłani, to i zrzucić się nie ma komu ;) ), więc dobrze jeśli nasi pracodawcy oceniają nas przede wszystkim po tym, jakimi jesteśmy pracownikami, a nie przez pryzmat religii i hobby. Dodatkowo im większe miasto, tym pracodawcy i szefowie mniej zwracają uwagi na takie rzeczy - chcą mieć po prostu wykwalifikowaną kadrę. Plotki z naszego życia osobistego, jeśli już w ogóle ktoś je zna, to mało kogo obchodzą. Dodanie do tego, że w dużych miastach jest większa szansa na zatrudnienie, niż w małej mieścinie to już truizm.

Szanse są też większe, że w dużym mieście spotka się kowen (dot. w tej chwili Warszawy, ale z czasem się zmieni), wiccan, innych pogan, osoby organizujące spotkania dla ludzi o podobnych do naszych odczuciach i poglądach. Świadome pogaństwo, Wicca to dziś nie tylko wiedza teoretyczna, osobiste odczucia i listy mailingowe, jak to było 10 czy 15 lat temu. Dzisiaj to tworzenie społeczności, wymiana poglądów osobistych, nie tylko teoretycznych, ale też praktycznych doświadczeń. Tworzymy pewne stado, rój, pewną społeczność. Znamy się już nie tylko z Internetu, ale i odprawiamy razem rytuały, zbieramy się w grupy dyskusyjne, organizujemy konferencje i wykłady. Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że nawet jeśli mieszkamy za miastem, to chociażby ze względu na mnogość knajp czy mniejsze ryzyko spotkania przy barze kogoś, kto zepsuje nam humor, lepiej wybrać się do centrum.

Jeśli już jesteśmy przy "wybieraniu się" - jeśli się chce utrzymywać więzi w społeczności, w szczególności, jeśli się jest/chce być wiccaninem, to nie da się ukryć - trzeba się trochę po kraju poruszać. Tu znów wielkie miasta wychodzą wiedźmom naprzeciw, oferując więcej połączeń, większą ilością środków transportu. Więcej ludzi do przewiezienia to też większa konkurencja a co za tym idzie - niższe ceny. Wspominałam już kiedyś, że jeśli nie muszę, to pociągami już nie jeżdżę, bo znalazłam tańszą i wygodniejszą dla mnie alternatywę. Oddzielną kategorię stanowią podróże międzynarodowe, bo na te można się załapać praktycznie tylko z dużych miast. To z nich wyjeżdżają zmierzające za granicę busy i pociągi, że już nie wspomnę o lotniskach. Jeśli ktoś chce się zaangażować w społeczność międzynarodową, jaką tworzy dziś wielu europejskich wiccan, warto brać pod uwagę możliwość podróży samolotem raz po raz.

Większe zasoby ludzi zwykle oznaczają przy okazji większe zasoby przedmiotów. Można lubić albo nie lubić magicznych, niu-ejdżowych sklepików, ale hej! - przydają się, nie da się powiedzieć, że nie. Co prawda ja osobiście "książek magicznych" raczej nie kupuję a jeśli już - dla mnie zawsze pierwszą księgarnią jest ta, która ma możliwość zamówienia przez Internet, ale jednak kryształów, kart czy innego "ekwipunku" kupić przez net sobie nie wyobrażam. Wiem, że niektórzy tak potrafią i im to nie przeszkadza, ja jednak wolę dotknąć coś, z czym będę pracować i zobaczyć dany egzemplarz na własne oczy. Tak czy siak - zawsze można zaoszczędzić parę groszy na odbiorze osobistym.

Wiem, że niektórzy powiedzą, że miasto jest daleko od natury. Nie zgadzam się z tym stwierdzeniem. W mieście jest wiele przyrody, wystarczy się tylko dobrze rozejrzeć i chcieć ją dostrzec. Wiele polskich miast jest pięknie zielonych. Są parki, skwery, pomniki przyrody i ogrody. Przepływają przez nie rzeki, leżą nad morzem i jeziorem, które stopniowo, wraz ze świadomością konieczności ochrony przyrody, stają się coraz czystsze. Słońce i Księżyc natomiast wschodzą i zachodzą nad wszystkimi równo, na wsi i w mieście. Naturalne cykle dnia i nocy, lata i zimy są zachowane niezależnie od wielkości miejscowości, w której jesteśmy. Sami również odczuwamy wiele  naturalnych cykli na własnej skórze - bo natura to nie tylko las i drzewo, ale cała złożoność procesów, które toczą się i w ziemi, i na niebie, i również w naszych ciałach.

Poza tym wydaje mi się, że obraz wiccanki czy współczesnej wiedźmy, jako staruszki ze skraju lasu jest zafałszowany. Wicca i podobne jej czarostwo to przecież nie tylko zioła, magiczne napoje, leśne duchy i magia kuchenna. Wiem, że to o tym głównie można przeczytać w wielu książkach i chętnie ta spuścizna jest przytaczana, zwłaszcza przez amerykańskich autorów (Buckland, Cunningham, Grimassi...). Prawda jest jednak taka, że równie wiele Wicca zawdzięcza hermetyzmowi, zakonom okultystycznym,  magii ceremonialnej, zwłaszcza elżbietańskiej i alchemii. To te dziedziny wprowadziły do świadomości współczesnych wiedźm magiczne narzędzia w obecnej formie, Tarota, Kabałę, astrologię aż do samej formy rytuału włącznie. Myślę, że należy to podkreślać, bo powinno się pamiętać o wszystkich swoich korzeniach i mieć świadomość do czego się odwołujemy.

Podsumowując - jestem zdania, że miasto zapewnia mi wszystko, czego potrzebuję i wszystko, co jako wiedźma i wiccanka chciałabym mieć. Wieś wydaje mi się przereklamowana, bo, według mnie, wiązałaby się z osamotnieniem a mówią, że nie można być czarownicą samotnie. Pewnie można, ale byłoby to bardzo, bardzo ciężkie. I smutne.
A jeśli bardzo, bardzo się za swoim wiejskim dziedzictwem stęsknimy, w najgorszym wypadku wystarczy złapać podmiejską kolejkę i po pół godziny znajdziemy się w dziczy.

PS. Zapraszam do polubienia Bloga Czarowniczego na Facebooku!

5 stycznia 2015

Złożona rzecz, ta inicjacja...

Widzę, że temat inicjacji i "poczucia bycia inicjowanym" nadal rozpala umysły i dyskusje, i że nie uda mi się skończyć tego tematu tak prosto. Okazuje się bowiem, iż, mimo że blog jest wiccański, wcale nie jest pewne o jakiej inicjacji mówimy. Można zatem - i trzeba - rozpisać się trochę więcej na ten temat ponieważ inicjacja wiccańska ma wiele aspektów, warstw i odcieni, a do tego możemy ją porównywać czy zestawiać z innymi magicznymi inicjacjami, wypunktowywać znaczenie, oddzielać i łączyć funkcje... Jak pisałam w poprzedniej notce dotyczącej "poczucia bycia inicjowanym", cała sprawa jest bardzo złożona i bardzo skomplikowana.

Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, kiedy wkraczamy na obszar gdybologii jak będzie wyglądała Wicca w Europie za parę lat. Wiccanie zunifikują się i będą ujednolicać praktykę? Już teraz wiele linii przekazu przeplata się ze sobą, praktyki łączą się, ludzie z różnych Tradycji i Rodzin praktykują wspólnie, wymieniają się doświadczeniami na wielkich, kilkusetosobowych zjazdach. A może też linie będą coraz bardziej odrębne? Coraz więcej różnic będzie się pojawiać w praktykach i zwyczajach poszczególnych Rodzin, więc i wiccanie sami będą się od siebie coraz bardziej oddalać? Myślę, że tego nikt nie wie, jak to się potoczy. Wydaje mi się, że oba scenariusze są tak samo prawdopodobne, jednak osobiście wolałabym ten pierwszy. Wolałabym żyć w jednej wielkiej społeczności, gdzie może nie wszyscy się kochają, nie wszyscy są nawet w stanie ze sobą stać w kręgu, ale przynajmniej tworzącą jedną grupę, jeden świat i jedną Wicca.

Żeby jeszcze bardziej skomplikować i zaplątać, trzeba do tego uwzględnić co z tymi "nieprawidłowo" inicjowanymi. Nie chcę w tej chwili rozsądzać jaka inicjacja jest prawidłowa, a jaka nie, moim zdaniem to kwestia szalenie złożona i pewnie jeszcze się nad tym pozastanawiam w innym wpisie, a i tak mam wrażenie, że ta kwestia pozostanie otwarta choćby i książkę o tym napisać.

Jeśli o samej inicjacji można napisać tak wiele, sama inicjacja ma tak wiele aspektów, to i wiele musi być czynników, decydujących o jej ważności. Na tę jedną wielką Bramę składa się cała ścieżka i szereg kolejnych drzwi. Właśnie dlatego nie wierzę i nie mogę uznać, że, jak to padło w cytacie z poprzedniego wpisu, inicjacja wiccańska, w jakikolwiek sposób by się nie odbyła, jest ważna wyłącznie przez pryzmat poczucia się bądź nie osoby inicjowanej. Zapanowałby wtedy totalny chaos, bo, jak wskazałam w końcówce poprzedniego tekstu, "poczucie" to może mieć każdy.

Nie przeczę, że głos Bogów, powołanie, chęci i poświęcenie, składające się na to poczucie są nieważne. Skąd że znowu! Poczucie bycia inicjowanym w Wicca to bardzo piękna rzecz, rozpierająca pierś dumą (byle by nie za bardzo) i zginająca kark pokorą (również - byle nie za bardzo). Nie może nam jednak nasza osobista duma czy pokora przesłaniać innych czynników, które również są szalenie ważne. Inicjacja musi wypełniać swoje wszystkie funkcje i to od ich wypełnienia, moim zdaniem, zależy, czy będzie ona ważna, czy nie, no i oczywiście - kto tą inicjację uzna.
Samo poczuwanie się jeszcze nie gwarantuje nam przejścia symbolicznego rytuału, napełnienia się magiczną mocą i uznania w oczach społeczności... ale to już temat na kolejne wpisy.

PS. Żeby śledzić ukazywanie się nowych wpisów przez Facebook, daj łapkę Czarowniczemu Blogowi!

3 stycznia 2015

Szczęśliwego Nowego Roku!

Kochani Czytelnicy Czarowniczego Bloga!

Serdecznie Wam dziękuję za cały zeszły rok i za dotychczasową Waszą obecność. Zdaję sobie sprawę, że właściwie blog ruszył (ponownie) dopiero w połowie roku, ale już widzę, że grono jego wiernych fanów powoli wzrasta, z czego się szalenie cieszę.
Powstała też w ostatnich miesiącach strona Bloga Czarowniczego na Facebooku, do polubienia której gorąco zachęcam, bo tam właśnie odbywa się "szybka" komunikacja z czytelnikami i tam ukazują się na bieżąco linki do nowych wpisów.
W minionym roku udało się powołać do życia Wiccański Krąg Doświadczeń - spotkania, które odbywają się raz w miesiącu w Warszawie, dedykowane osobom zainteresowanym Tradycyjnym Wicca. Wielkim sukcesem okazała się też Konferencja "Duchowa Alchemia" zorganizowana przez redakcję Wiccańskiego Kręgu przy pomocy Międzynarodowej Federacji Pogańskiej. Na stronie wiccanski-krag.com możecie przeczytać relację z konferencji i wiele innych ciekawych materiałów.

Plany na kolejny rok? Oczywiście - dalszy rozwój bloga, mam już na myśli kilka tekstów, które, jak sądzę, będą ciekawe dla wielu czytelników zainteresowanych Wicca, jak i tych, którzy pragną dopiero zorientować się w tym temacie. Chcę też poszerzyć dział recenzji, więc jeśli znacie jakieś wiccańskie lektury po polsku - nie tylko książki, ale też artykuły i strony internetowe - dajcie znać!
Dalej będą odbywać się spotkania WKD, więc śledźcie uważnie informacje na grupach facebookowych i na forum Wiccańskiego Kręgu.
Mnie samą można oczywiście na forum WK i grupach facebookowych również spotkać, do tego na pewno pojawię się w najbliższym roku na kolejnej edycji Wiccaniska.

Chcę Wam wszystkim, kochani czytelnicy, na ten Nowy Rok złożyć najserdeczniejsze życzenia.
I te prozaiczne, zwyczajowe, ale bardzo ważne - zdrowia, szczęścia i miłości, a także spełnienia marzeń, samych sukcesów i błogosławieństwa Bogów na waszych ścieżkach.


Chcę też złożyć wyrazy wdzięczności czytelnikom za to, że chętnie wracacie na Czarowniczy Blog.
Niedawno blog przekroczył próg 20 tysięcy odsłon.
Zapraszam do dalszych odwiedzin i śledzenia nowych wpisów!