15 września 2014

Niebezpieczna wiedza

Ostatnio bardzo nośnym tematem było wszystko, obracające się wokół hasła "Stop pedofilii". Postanowiłam więc pochylić się nad podobnym hasłem "Stop uśmiercaniu dzieci". Nieee... nie chodzi mi o aborcję, to jest temat za szeroki, żeby go omawiać w jednym ciągu z pedofilią (chociaż niektórzy potrafią robić takie wolty).

Ale pomyślałam sobie, żeby tym hasłem promować zebranie 250 tysięcy podpisów pod wnioskiem zmiany prawa karnego, tak aby pod groźbą utraty wolności zakazać namawiania nieletnich do popełniania samobójstw tudzież pójścia na wojnę. Brzmi sensownie, prawda? W końcu wszystkie dzieci nasze są, a nakłanianie do udziału w wojnie, zbrojnych powstaniach tudzież do targania się na własne życie dzieci właśnie, w naszym kręgu kulturowym jest powszechnie uznane za naganne. Każdy więc podpisze projekt ustawy opatrzony tytułem "Stop uśmiercaniu dzieci".

Dodatkowo byłoby to w zgodzie z nauczaniem Świętej Matki Kościoła. W końcu nawiązuje to do naszej dobrej tradycji obrony dzieci przed złem i cywilizacji śmierci, a w dodatku odróżniałoby nas, którzy swoją kulturę opieramy o Świętą Matkę Kościół, od tych islamskich złych terrorystów, a fe!

Po zebraniu zaś tych podpisów i złożeniu projektu w Sejmie możemy już, jako osoba inicjująca projekt, wystąpić przed posłami i uargumentować naszą sprawę. Wygłośmy zatem tyradę, jak zmieniona ustawa będzie dbała o bezpieczeństwo naszych kochanych milusińskich. Wyłóżcie sobie bowiem - dzieci nasze polskie są w niebezpieczeństwie! Oto grupa ludzi, bezczelnie mieniąca się nauczycielami od "języka polskiego" wykłada naszym dzieciom literaturę iście szatańską! Podsuwa ona, jak się na barykadę rzucić i umrzeć za ojczyznę, jak wszczynać burdy i w ich efekcie ginąć. Tudzież jak popełnić samobójstwo strzałem z pistoletu w głowę. Wszak to jasne, że "Cierpienia młodego Wertera" zawierają sobie wprost instruktaż, jak pozbawić się życia! Przecież oczywistym jest, że dziecko, jak tylko posiądzie wiedzę, jak zostać Winkelriedem Narodów, będzie chciało rzucić się na moskalskie bagnety (wielkie ryzyko w dzisiejszej sytuacji geopolitycznej!)! Wiedzy takiej dzieci mieć nie mogą, bo jeśli tylko będą ją miały, to zaraz ją wykorzystają i się powieszą, albo nadzieją na czyjeś ostrze. Bo wiedza o zagadnieniu wiąże się z chęcią natychmiastowego jej zweryfikowania w życiu.

Dzięki wprowadzeniu proponowanych zmian do kodeksu karnego będzie można ukrócić tę szkodliwą propagandę, dla niepoznaki tylko zwaną "edukacją". Literatura romantyczna i rokokowa powinna być dostępna tylko dla ludzi dorosłych (i najlepiej tylko w małżeństwie). Ludzi zaś nauczających nasze dzieci takich świństw będzie można posadzić w więzieniach, tam, gdzie ich miejsce, oddając pole nauczania o jedynie słusznej literaturze rodzicom w zaciszu domostw i księżom na kazaniach - tak jak to było w tradycji, historii i tak, jak być powinno.

A teraz wyobraźcie sobie, że taki pomysł jest szeroko dyskutowany w mainstreamowych mediach, w tramwajach i na ulicach, zaś samemu Sejmowi naszej Jedynej Biało-Czerwonej i Niepodległej debata i głosowanie nad takim projektem zajęły 2 dni.

Albo ja tu czegoś nie rozumiem, albo to ze mną jest coś nie tak.
 
Ilustracja - kadr z filmu "Zakochany Goethe"

12 września 2014

Droga czarownicy - część 6 - Spokojny rozwój

Kowen jakoś przetrwał, chociaż skład został znacznie okrojony. Sama nie wiem, jakim cudem, ale może faktycznie, trzeba było od początku zaufać Bogom, że jakoś się nami zaopiekują. Że poprowadzą mnie dalej i że w kowenie pozostaną tylko te osoby, które faktycznie chcą w nim być. W każdym razie po całym tym stresie, nie przespanych nocach, łzach i rozczarowaniach nastąpił w końcu spokój. Nie tak od razu, to oczywiste, że zszarganych nerwów nie da się tak łatwo połatać. Ale stopniowo, powoli, krok za krokiem sytuacja wróciła do takiej, jaka powinna, przynajmniej w moim odczuciu, być.

Pewien moment przełomowy nastąpił, w moim odczuciu, w Midsummer 2010 roku. Pojechaliśmy wszyscy w miejsce dalsze nieco od cywilizacji, niż dotąd. Byliśmy prawie sami, a jednak nie całkiem sami, co zawsze, jak wiecie, jeśli kiedykolwiek byliście w takiej sytuacji, działa jak bufor i rozluźnia atmosferę. Pogoda - piękna. Był moment na oddech i moment na pracę. Usłyszało się parę szczerych, wstrząsających słów. Tu się popłakało, tu się pośmiało. Generalnie po tym Midsummer wszystko się unormowało, popłynęło.

Mam wrażenie, że to właśnie w tamtym czasie zakończyła się moja inicjacja pierwszego stopnia. Bo jeśli inicjacja to proces, to patrząc za siebie - tam właśnie proces inicjacji przeszedł w coś innego. Już wtedy to czułam, a raczej miałam nadzieję, ale dopiero dzisiaj, po latach mogę stwierdzić z pewnością. Wówczas proces inicjacyjny przekształcił się w proces rozwoju. Powolnego wzrastania. Stopniowego dojrzewania.
Jednym słowem coś, co można by określić jako "bez szału".

Brzmi nudno? Ależ nie! Było szalenie ekscytująco!
Poznawałam nowe rzeczy, nowe warsztaty, nowe pathworkingi.
Robiłam coraz więcej rzeczy w rytuale.
Robiłam i wiele rzeczy poza rytuałami. Spotkania. Warsztaty. Zjazdy.
Wszystko to pozwoliło mi poznać nowe osoby, nawiązać nowe kontakty, rozwinąć nowe znajomości, rozpalić nowe przyjaźnie.
Oczywiście naiwnym by było, gdybym nie napisała o tych chwilach, kiedy nie było różowo, bo wiadomo - nigdy nie jest idealnie do końca. Niektóre rzeczy są trudne. Niekiedy ludzie są trudni. W pewnym momencie przyszło nauczyć się i tego, że ludzie bywają złośliwi. Zawistni. Przebiegli. Uparci. Albo po prostu hejtują (nie chcę pisać, że są nienawistni, bo to dość mocne stwierdzenie, ale fakt - zachowanie internautów drugiej świeżości w realu też się zdarza).

Mimo wszystko był to czas przede wszystkim względnego spokoju, który pozwolił na naukę na plusach i na błędach, cudzych i własnych. I to nie tylko w Wicca. We wrześniu 2011 roku, po wielu przebojach i burzach (wszystkich, którzy ucierpieli przy okazji po raz kolejny z tego miejsca przepraszam) ukończyłam szanowaną wyższą uczelnię z tradycjami, po czym oddaliłam się od niej, z moim dyplomem magistra biotechnologii w ręce, w podskokach. Nie żebym miała coś przeciwko mojej Alma Mater, co to, to nie, ale dosyć to dosyć.
Świętowałam prawie miesiąc, po czym przyszedł wreszcie czas na poważne decyzje.
Trzeba rozwijać się dalej. Trzeba przestać myślami wracać do szkoły. Trzeba stanąć nogami na ziemi i znaleźć w sobie dojrzałość. A zdobytą wiedzę przekazywać dalej. Czas zacząć się do tego przygotowywać.
Czas porozmawiać o drugiej inicjacji.

Hol Wydziału Biologii UAM z kultowym bananowcem

CDN...

10 września 2014

Zmiany w toku

Wiem, że w ostatnim tygodniu moja aktywność na blogu ciutkę spadła, ale poprawię się, obiecuję. Kolejne notki są w przygotowaniu, pozwolę zaś sobie w tych przygotowaniach zrobić małą przerwę, żeby napisać kilka słów o zmianach, które wkrótce na blogu.

Przede wszystkim - zmieni się szata graficzna! Mam nadzieję, że uda mi się zdążyć przed Równonocą. Krzyczę o ty i ostrzegam, żeby ktoś widząc zupełnie inny wygląd strony nie wystraszył się i nie pomyślał, że wszedł w jakiś inny link. Blog Czarowniczy nadal pozostanie taki sam, tylko nabierze troszeczkę bardziej jesiennego wyrazu.

Cykl "Droga czarownicy" będzie się powoli niedługo kończył, mam nadzieję, że nie zanudzam Was za bardzo do tej pory. Pojawi się natomiast nowy, za to z całą pewnością nieregularnie aktualizowany dział z recenzjami. Wiele osób ciągle mnie pyta co myślę o takiej czy innej książce. Że książek wiccańskich praktycznie nie czytuję (idąc za własną poradą ;) ) często trudno mi cokolwiek o nich powiedzieć, ale stwierdziłam, że najwyższy czas to zmienić. Niedługo na górze pojawi się zakładka, pod którą będą się pojawiać recenzje nie tylko książek, ale również stron internetowych - myślę, że warto pisać i o nich, bo dzisiaj tekstów o Wicca szukamy głównie w Internecie, dopiero w drugiej kolejności w książkach, więc mam nadzieję, że moja opinia pomoże wybrać rzetelne źródła.

Mała zmiana wystąpi w tym miesiącu w WKD. Tym razem spotykamy się 27 września, ale nie pod Rotundą, a w Pubie Bolek na Polach Mokotowskich, o godzinie 14:00. Spotkanie jest związane z tym, że tego dnia w Warszawie koncert zagra zespół Omnia - popularny wśród pogan i czarownic. Spodziewamy się więc w Warszawie najazdu wiedźm, nowych znajomych i starych przyjaciół. Więcej informacji znajdziecie na stronie wydarzenia na Facebooku.

I na koniec chciałabym podziękować pięknie wszystkim czytelnikom - od 2 miesięcy blog pobija swoje kolejne rekordy klikalności. Cieszę się, że podoba się Wam to, co dla Was piszę i że chętnie wracacie na moją stronę.
Dziękuję!
 

3 września 2014

Nie jestem kobietą!


Pochłonęła mnie ostatnio na trochę blogosfera, zwłaszcza ta młócąca tak zwane tematy bieżące (społeczne czyli) i nie tylko. Piszę więc ten wpis, coby się trochę oczyścić po tym eksperymencie psychicznie, bo trochę słabo mi się zrobiło na myśl, ile razy można wałkować to samo. To samo, czyli: gendery, filmy o superherosach, aborcję i antykoncepcję, tęczę w Warszawie, miszczostwa w gałę i 50 twarzy Greya. Wszystko z towarzyszeniem rozważań na temat roli kobiet i byciu hetero tudzież ich braku w wyżej wymienionych.

Nie, żebym ja się miała na co uskarżać - jestem młoda, biała, hetero, pracuję od 8 do 16 przy kompie i na jedzenie mi wystarcza (tylko ta religia jakaś dziwna ;) ). Nie, żebym miała jakiś problem do osób, które młode, białe, hetero lub zatrudnione nie są - bo każdy kto mnie zna choć troszeczkę wie, że tak nie jest. Nie jest to też tak, że starzy, kolorowi, LGBT i bez pracy nie mają pod górę, bo wszyscy doskonale wiemy, że mają.
Ale może zamiast celebrować te różnice i ciągle o nich nawijać, co tylko uwydatnia i utrwala, może w końcu dojrzejemy i przejdziemy nad tym do porządku dziennego?

Ile można w końcu wałkować, że kobiety też mogą się interesować sportem i wiedzieć, co to spalony (nie tylko kotlet), że geje mogę tworzyć stałe związki (szok!), że filmy o bohaterkach mają mniejszy budżet niż te o bohaterach (zwłaszcza na scenariusze, mam wrażenie) i że "gender" to po prostu co innego niż "sex", ale jedno drugiego nie wyklucza (odkrycie Ameryki).

Ilustracja pochodzi z serwisu Polskiego Radia

Stąd mój wielki comming out. Nie jestem kobietą! Przynajmniej społecznie. Nie chcę być kobietą, rola "baby" mi nie odpowiada "Faceta" z resztą też nie. Jestem człowiekiem. Po prostu.
Jestem pracownikiem w pracy. Jestem klubowiczem na imprezie. Jestem graczem na sesji. Jestem bloggerem w Internecie. Jestem geekiem, trochę nawet nerdem. Czy na prawdę trzeba przypominać, że kobiet w branży IT jest mniej - ale też są, na każdym kroku? Albo że rzadziej interesują się  grami, ale, wow, są kobiety, które też nawalają w WoWa? Dalej - że są faceci, który interesują się modą, geje grają amantów, imigranci, którzy płynnie władają poprawną polszczyzną?
W końcu im więcej na takie tematy rozprawiamy, im więcej uwagi im poświęcamy, tym te podziały stają się bardziej wyraźne.
Chyba jesteśmy już na tyle dojrzali, żeby stwierdzić w końcu, że w życiu społecznym nie ma kobiet i mężczyzn, białasów i kolorowych, "normalnych" i "nienormalnych", tylko są, do jasnej anielki, ludzie? W końcu wymienione przeze mnie cechy nie wpływają na to, jakim ktoś jest pracownikiem, jakie ma hobby, czym się interesuje, co lubi jeść na drugie śniadanie.

Kobietą to ja sobie mogę być w innych sytuacjach. Tam, gdzie moja płeć i orientacja mają znaczenie. I bardzo lubię nią być! Szalenie lubię być kobietą w swoim związku. Uwielbiam być kapłanką swoich Bogów. Ale to w zasadzie tyle. No, liczę się jeszcze ze swoją przyszłą rolą kobiety ciężarnej - bo mężczyzna choćby nie wiem, jak by się starał, to nie podoła (kwestia sex, a nie gender ;) ). Generalnie w pozostałych obszarach mojego życia ja w ogóle nie odczuwam i chyba nawet nie chcę odczuwać bycia kobietą. Bo pracuję, piję piwo, jem, gram, oglądam telewizję i klnę, jak się wkurzę, tak, jak inni ludzie.

Szanujmy nawzajem swoje różnice. Ale celebrujmy podobieństwa.
Ilustracja z serwisu CWLC

1 września 2014

Kadzidła - teoria i praktyka

Ostatnio znalazłam artykuł, który powstał w związku z warsztatem dotyczącym kadzideł, odbywającym się w Biskupinie, na WSG w lutym 2012 roku. Trochę go przeredagowałam, żeby móc go tutaj wrzucić. Miłej lektury!


Kadzidła od wieków wykorzystywano w praktykach religijnych. Prawdopodobnie na początku używano go na Bliskim Wschodzie, skąd, najpewniej szlakami handlowymi i drogą podbojów dotarły do Grecji i Rzymu, a dalej rozniosły się po Europie. Więcej o historii nie będę tutaj pisać, bo można o tym doczytać w bardziej specjalistycznych źródłach.

Kadzidło w rytuałach wiccańskich służy do oczyszczenia dymem (powietrzem), często również interpretuje się użycie kadzidła jako oczyszczenie również ogniem, ze względu na tlące się, gorące węgle. Generalnie dym kadzidła w większości religii uważane jest za narzędzie z jednej strony oczyszczenia, z drugiej strony - błogosławieństwa. Jako coś, co się spala, a przez to poświęca Bogom, może być również traktowane jako ofiara. Z dymem kadzidła czy spalania ofiar wiąże się wiele wierzeń. Na przykład jeśli dym unosił się do nieba - do Bogów, ofiara była uważana za przyjętą, jeśli rozchodził się na boki, był to znak, że Bogowie odrzucają dar. Istnieje również kapnomancja, czyli wróżenie z dymu kadzidła, bądź świętego ognia. Nie bez znaczenia jest też przyjemny zapach, który ma za zadanie pobudzać nas, wprowadzać w odpowiedni nastrój i ułatwiać wejście odpowiedni stan umysłu podczas medytacji czy rytuału.

Kadzidła sypkie spala się na węgielkach. Dziś zwykle używa się prasowanego węgla drzewnego, takiego jak do fajek wodnych. Ważne jest, by węgle były gorące i tliły się, a nie paliły ogniem. Na gorących węglach kładzie się proszek, który podczas spalania ma dawać wonny, przyjemny w zapachu dym. Podstawą większości kadzideł są 3 elementy - żywica, zioła i olejki eteryczne.

Żywice
Żywica to substancja pochodzenia roślinnego, gęsty sok pochodzący z wiązek przewodzących drzew. Do kadzideł zwykle używa się kupnych, dobrze wyschniętych i wstępnie oczyszczonych żywic, choć można również w tym celu zbierać żywicę z drzew (wtedy mogą jednak nie dawać tak miłego zapachu). Żywica spala się bardzo powoli, często najpierw częściowo mięknie pod wpływem temperatury. Większość żywic, wydziela intensywny, głęboki zapach. Przez swoje powolne spalanie powodują, że kadzidło tli się długo, dając dość dużo dymu.
Przykłady żywic:
- olibanum - z drzew z rodzaju kadzidla Boswellia, oznacza kadzidło po grecku
- kopal - oznacza kadzidło w języku nahuatl, odmiany pochodzą z Afryki, Nowej Zelandii i Południowej Ameryki
- smocza krew - pochodzi z Calamus Draco - palmy sudańskiej i indyjskiej, Dracaena cinnabari (Sokotra) lub Dracaena draco (drzewo zwane smokowcem - Wyspy Kanaryjskie)

Zioła w kadzidłach
Ziołami można nazwać wszystkie rośliny, które zawierają substancje chemiczne, wpływające na metabolizm człowieka, wykorzystywane w medycynie, aromaterapii lub jako przyprawy. No i w magii, oczywiście. Z roślin, zależnie od rodzaju i gatunku oraz znaczenia, możemy wykorzystywać prawie wszystko. Korzeń mandragory, łodygę kopru, liście lauru, korę cynamonu, kwiat rumianku, pąk róży i tak dalej... Trzeba jednak zachować ostrożność z roślinami mającymi trujące związki - jeśli chcemy ich użyć należy upewnić się, czy nie wydzielają się one z dymem. Tutaj, w przeciwieństwie do naparów i syropów nie jest aż tak ważny skład chemiczny ani smak, ale wydzielany podczas palenia zapach i znaczenie magiczne. I tak dodamy liści laurowych do kadzidła z zaklęciem na sukces, płatki róży na miłość. Trzeba jednak zwrócić uwagę, że zapach palonej rośliny może być inny od zapachu świeżej i jeszcze inny - od ususzonej. Zwykle dodaje się dobrze ususzone części roślin do kadzideł. Można również dać nieco świeższe, będą miały trochę inny zapach i będą dawać dużo dymu. Zwykle się jednak tego nie robi, bo kadzidła przygotowuje się zazwyczaj w większej ilości niż "na jeden raz", a rośliny pełne soków mogłyby się zepsuć podczas przechowywania. Rośliny i zioła w kadzidłach wzmacniają intencję i siłę naszych zaklęć, zależnie od energii, jaką w sobie mają, a jaka wydziela się wraz z dymem, podczas ich spalania. Zmieniają również zapach kadzidła. Jak pisałam wcześniej - zwykle daje się do kadzidła wysuszone rośliny, więc spalają się dosyć szybko i kadzidło złożone jedynie z takich ziół dawałoby mało dymu.

Olejki
Olejki eteryczne, to związki organiczne rozpuszczalne w tłuszczach, o intensywnym zapachu, pochodzenia roślinnego lub zwierzęcego. Część z nich stosowano kiedyś w perfumach, nie tylko jako substancje zapachowe, ale i utrwalacz, na przykład piżmo (główny składnik muskon), czy ambra. Czyste olejki można uzyskać w dwojaki sposób: przez destylację płynnych składników komórek (tzw. naturalne) lub za pomocą reakcji chemicznych, które pozwalają na uzyskanie tego samego związku (tzw. sztuczne). W jednym i w drugim wypadku olejki są zanieczyszczone pozostałościami po procesach obróbki, dlatego większość osób woli stosować droższe, ale przyjemniejsze w zapachu przy paleniu olejki naturalne. Z kolei niektóre substancje są już niedostępne obecnie (wspomniana ambra - ze względu na ochronę kaszalotów), dlatego jej składniki syntetyzuje się dziś na potrzeby przemysłu perfumeryjnego chemicznie.
W kadzidłach olejki dodaje się dla dodatkowego zapachu oraz dla właściwości magicznych zapachu. Dodatkowo, jak wspomniano wyżej, mogę być stosowane jako utrwalacz. Inną rolą jest łączenie i zlepianie składników, gdyż zarówno żywice jak i zioła dodaje się do kadzideł suche.

Przygotowywanie kadzideł
Zestaw minimum dla typowego kadzidła to jedna żywica, jedna roślina i jeden olejek. Dla mnie taką dobrą proporcją jest mieszanie jednej porcji żywicy na 2 porcje ziół (dobrze użyć jakiejś miary, np łyżeczki) i 3-4 krople olejku. Oczywiście proporcje można trochę zmienić, zależnie od oczekiwanego efektu.
Jeśli nie mamy jeszcze ulubionego przepisu, lub chcemy stworzyć nowy, będzie nam potrzebna kadzielnica z węgielkiem, przydałby się też jakiś moździerz lub inne narzędzie do rozdrabniania składników i łyżeczka używana do kadzideł lub plastikowa, jednorazowa - brzmi dziwnie, ale uwierzcie, będzie się cała lepić po pracy.
Do tego przydałoby się coś do pisania.
Zaczynamy od wybrania żywicy i rozdrobnienia jej, potem dodajemy odpowiednią ilość ziół i wymieszania z żywicą. Każdą dodaną porcję i ilość czegokolwiek - zapisujemy. Nie przejmujemy się kaligrafią - możemy jeszcze kilkukrotnie potem dodawać tego samego składnika, więc przepis trzeba uaktualniać. Oczywiście najpierw używamy tylko małej ilości składników i używamy palców lub czubka łyżeczki, żeby przenieść dosłownie odrobinkę powstałej mieszanki na węgiel i sprawdzenie zapachu. Po sprawdzeniu zapachu, modyfikujemy kadzidło, znów sprawdzamy i tak dalej... każdą modyfikację zapisując. Pod koniec tego procesu otrzymamy pokreśloną kartkę z zapisanymi proporcjami i małą garstkę kadzidła. Używamy więc łyżeczki i kompletnego minimum matematyki, żeby, uwzględniając proporcje z przepisu, stworzyć odpowiednią ilość kadzidła. Rozdrabniamy, mieszamy, sprawdzamy po raz ostatni czy to to, o co chodziło i voila!
Możemy już schować wszystko do szczelnego pojemniczka i przechowujemy w suchym miejscu, poza zasięgiem dzieci i zwierząt.


28 sierpnia 2014

Droga czarownicy - część 5 - Zwątpienie



Generalnie aż do początku 2010 roku wszystko układa mi się praktycznie idealnie.

Oddycham głębiej po pewnej, naturalnej jednak, duszności domu rodzinnego - bo ciężko się mieszka w 2 pokojach 3 dorosłym osobom o różnych gustach i temperamentach. Poznaję kogoś specjalnego, kto akceptuje mnie z dobrodziejstwem inwentarza (również religijnym). Mam czas na swoją praktykę. Do kowenu dołączają stopniowo kolejni adepci (więc nasza kowenowa praktyka opiera się w tym momencie głównie o inicjacje), osoby, które uważam za przyjaciół i mam nadzieję, że nasz kowen mimo oczywistych turbulencji, daleko zajdzie. Turbulencje wszak są naturalne a w związkach międzyludzkich nie o to chodzi, żeby się nie spierać, ale by umieć się godzić.

W zasadzie trudno więc określić dlaczego, ale nagle wszystko w kowenie zaczęło się sypać. Sama nie wiem, co było w tym wszystkim najgorsze. To, że mieszkaliśmy od siebie daleko i nie można było sobie wszystkiego wygarnąć normalnie, a potem iść na piwo. A może arogancja i niesubordynacja wobec naszych arcykapłanów. Być może to, że ludzie pałali złością i jakimiś urazami do siebie nawzajem, a może to, że za każdym razem, kiedy włączałam komputer, zbierało mi się na płacz.

Wtedy oczywistym się stało, że wiccanie nie zawsze są tak wspaniali, że życie w kowenie to nie jest sielanka, jak to się na początku wydawało. Że mili, oddający szacunek Bogom i Naturze ludzie mają dni, kiedy nie potrafią tego szacunku okazać drugiemu człowiekowi. Nie piję oczywiście tylko do swojego otoczenia, bo wielokrotnie ze zgrozą odkrywałam, że sama wcale jestem nie lepsza. Ale jest to taki moment, w którym człowiek zaczyna wątpić.

Zwątpienie takie jest wszechogarniające i przenika do kości. Nie wiesz już, gdzie jest twoje miejsce, po co znalazłeś się akurat tutaj, co dalej ze sobą zrobić i, oczywiście, po jaką cholerę ci to wszystko było. Zupełnie nie możesz wtedy przywołać uczucia szczęścia, które otaczało twoje serce ciepłą, świetlistą mgiełką jeszcze pół roku temu. Zastanawiasz się, gdzie jest twoje miejsce, bo przecież już nie w tym miejscu, w którym jesteś teraz.
Czujesz też żal. Żal do wszystkich i wszystkiego, co jest zamieszane w tę sprawę. Do innych osób w kowenie, za kolejne sprzeczki, za kolejne problemy i za samo to, że tkwią w tym samym bałaganie. A kiedy odchodzą - za to, że cię opuścili. Do arcykapłanów, którzy przecież ten syf powinni ogarnąć. A skąd mam wiedzieć jak? W końcu to oni od tego są, żeby trzymać porządek, więc powinni to wiedzieć. Do samego siebie, że się w to wplątało i nie umie się wyjść. I trochę nie chce się wyjść, bo właśnie w tej atmosferze kłótni, paradoksalnie, spełnia się wieloletnie marzenie pracy w kowenie. Masz czego chciałaś. Do Bogów nawet. W końcu to oni do Wicca mnie przywiedli. To oni mieli się mną opiekować. To Bogowie powinni swoim dzieciom wskazywać dobrą drogę. A tu droga przez chaszcze i znikąd pomocy.

W końcu zadano mi pytanie - kompletnie z zewnątrz i przez osobę z całym tym bajzlem nie związaną. Oczywiście - przecież w końcu takie pytanie musiało w końcu paść na głos, a sama sobie go nie zadałam. "Skoro źle się dzieje i nie czujesz się tak komfortowo jak miałaś się czuć, to po co to robisz?" I wtedy dotarło do mnie, że nie potrafię tego logicznie wytłumaczyć, ale tak na prawdę, w głębi, cały czas tego chcę. Cały czas chcę być w Wicca, chcę być w kowenie, chcę pracować magicznie i rytualnie, chcę mieć kontakt z moimi Bogami. Że tak na prawdę gdzieś w głębi cały czas wiem i czuję, jak to powinno wyglądać. I że cały czas w głębi ufam - ufam Bogom i sobie, że znajdzie się ta właściwa droga. Że w końcu się wszystko ułoży. Znalazłam w sobie siłę, żeby zostać.

I jak się okazało, zrobiłam dobrze, bo kiedy opadł kurz, wszystko zaczęło się uspokajać. Wyrównywać. A ja byłam szczęśliwa, że mimo burz, znów pokazało się słońce. Najpierw tylko malutki promyczek, ale potem było już lepiej. Cieszę się, że nigdy nie zrezygnowałam, że zostałam wierna swojej miłości do Bogów i do Wicca i że nie odpuściłam sobie. Pozostałam tam, gdzie powinnam być, a tamte przykre wydarzenia stały się częścią mnie i stworzyły mnie, jaką jestem teraz.

To nie oznacza oczywiście, że nigdy, przenigdy już nie zwątpiłam, że nie wzięłam głębszego oddechu, że nie zastanawiałam się, czy na pewno idę dobrą drogą. Zwątpienie ogarnia mnie, jak i, podejrzewam, wielu innych, raz za razem, raz większe a raz większe. Jednak podczas tamtych wydarzeń oswoiłam demona zwątpienia. Wiem, że on będzie mi zawsze towarzyszył i raz na jakiś czas wyglądał zza węgła. Ale to dobrze. Człowiek niewątpiący to fanatyk, to człowiek, który nigdy się nad swoją drogą nie zastanawiał, bo tylko zastanowienie przynosi zwątpienie. W końcu - to człowiek, który by raz się załamał, a zszedłby ze swojej drogi. A sztuką jest ją kontynuować mimo przeciwności i wracać na nią.

Ja swoją drogę kontynuowałam i wróciłam na nią, mimo załamania i myśli, że już się nie da. Krok przed skokiem w przepaść los mnie powstrzymał i kazał iść na most. Jestem dziś wdzięczna, że jednak się nie poddałam.

Między innymi dzięki temu, mogę to teraz napisać.

Ilustracja pochodzi z serwisu Pozytywne.com
CDN...

26 sierpnia 2014

Konferencja Duchowa Alchemia - relacja

W dniach 23-24 sierpnia odbyła się w Krakowie konferencja pod tytułem "Duchowa Alchemia - Zaślubiny alchemiczne we współczesnych tradycjach magicznych". Organizatorami tego przedsięwzięcia były osoby tworzące zespół redakcyjny strony Wiccański Krąg, wspomagani przez przedstawicieli Międzynarodowej Federacji Pogańskiej.

Spotkanie nieoficjalnie zaczęło się jednak już wieczór wcześniej, w piątek, 21 sierpnia. Zebraliśmy się w pubie Absynt przy ulicy Miodowej 28, aby zacząć się poznawać i zaprzyjaźniać. Tego samego wieczora Morgana - koordynatorka Międzynarodowej Federacji Pogańskiej, opowiedziała nam o polskim wydaniu swojej książki "Poza miotłą", wspominając historię jej powstania.
W sobotę rano zebraliśmy się w Hotelu Royal, dosłownie w cieniu Wzgórza Wawelskiego, by po rejestracji uczestników wysłuchać prelekcji o Alfabecie Pragnień i zakończyć go krótkim pathworkingiem. Następnie wysłuchaliśmy wykładów na temat Wicca jako Alchemii Duchowej i o podstawach systemu Enochii, by później móc wziąć udział w rytuałach. W pierwszym z nich powołaliśmy do życia Feniksa, który będzie odtąd patronował odrodzeniu magii w Polsce i całej Europie Centralnej. Drugim był rytuał otwarcia Bram Płomieni, z użyciem języka aniołów i enochiańskich kluczy. Wieczorem udaliśmy się zaś na afterparty, znów do pubu Absynt, jako że wielu uczestników wręcz pokochało to miejsce od pierwszego wejrzenia.
Drugi dzień konferencji otworzył wykład o podobieństwach Tarota i Alchemii. Przed lunchem wysłuchaliśmy również prelekcji o odrodzeniu neopogańskim z historycznego i socjologicznego punktu widzenia, a także o wiccańskiej i czarowniczej nomenklaturze. Popołudnie zaczęliśmy od omówienia, czym jest Amrita - Eliksir Nieśmiertelności i jak historia o jego poszukiwaniu powtarza się w historii od wieków w różnych kulturach. Na zakończenie całej konferencji odbył się kolejny rytuał - tym razem był to ryt oparty o Liber Samekh, a także raz jeszcze naładowaliśmy energią naszego Feniksa.

Jako współorganizatorka tego przedsięwzięcia chciałabym serdecznie podziękować wszystkim uczestnikom za to, że pojawili się na tej imprezie, czasem podróżując do Krakowa nie tylko z kraju, ale nawet z najdalszych krańców kontynentu. Byli z nami przedstawiciele Anglii, Austrii, Białorusi, Czech, Holandii, Niemiec, Norwegii, Rosji, Słowacji, Szkocji i Szwecji. Cieszę się, że wzięliście udział w konferencji i pomogliście swoją mocą stworzyć naszego wspólnego Feniksa.
Dziękuję również innym organizatorom i tłumaczom- Agni, Arkowi, Marzenie, Mojmirze, a także Luizie, której pomoc okazała się potrzebna w ostatniej chwili.
Wielkie, WIELKIE podziękowania dla prelegentów - Krzysztofowi Azarewiczowi, Vivianne i Chrisowi Crowley, Driadzie, która dzielnie zastąpiła Seana Cundy (niestety, pilne sprawy nie pozwoliły mu być z nami), Jean Fowler, Melissie i Rufusowi Harrington, a także dla ekip przygotowujących rytuały. Dziękuję za obecność Morganie i Luizie, koordynatorkom PFI - międzynarodowej i krajowej.
Dodatkowe podziękowania kieruję do pani Moniki, szefowej Absyntu, a także całej ekipy pubu - za to, że zechcieli nas przyjąć, za profesjonalną obsługę i że nie bali się naszych śpiewów.

W sumie pojawiło się ponad 80 osób. Pierwszy raz udało się nam zrobić taką konferencję, dwujęzyczną, w tak zacnym, międzynarodowym gronie, wydarzenie, które miało taki rozmiar i taką skalę. Super było znów zobaczyć starych znajomych i nawiązać nowe przyjaźnie. Przykro mi, że nie udało mi się porozmawiać z większą liczbą osób. A z tą, z którą udało mi się spędzić trochę czasu - okazało się, że niestety, o wiele za krótko!
Wydaje się, że cała impreza była bardzo udana, bo jak dotąd docierają do mnie tylko pozytywne opinie (i mam nadzieję, że szczere), ale jesteśmy otwarci na wszystkie uwagi. Bardzo proszę drogich uczestników konferencji - jeśli możecie, napiszcie kilka słów o tym co wam się podobało, a co nie, na przykład na adres mailowy Wiccańskiego Kręgu. Mamy bowiem nadzieję - ja, redakcja, ale i wielu uczestników, że nie było to ostatnie takie wydarzenie i że przed nami wiele podobnych imprez.

Następne duże wydarzenie w planach, to Wiccanisko 2015. Ale może ktoś zorganizuje jakieś mniejsze spotkanie, na którym będę się mogła wreszcie spełnić jako ktoś, kto go nie organizuje? ;)

Serdeczne pozdrowienia dla wszystkich Uczestników konferencji Duchowa Alchemia!

Feniks stworzony przez uczestników konferencji,
który został patronem odrodzenia Magii i Alchemii w Polsce i Europie Centralnej.
Autor zdjęcia - Igor Chodań

19 sierpnia 2014

Galopkiem

Kochani Czytelnicy!

Ostatnio moje dni przebiegają koło mnie i przeze mnie pełnym galopkiem, co mnie trochę niepokoi.
Miałam nadzieję, że będę mogła jeszcze w tym tygodniu napisać coś dla Was. Myślałam, że uda mi się ukończyć kolejną część pamiętnika, ale, choć jest już w przygotowaniu, sprawia mi pewne trudności. Nie ukrywam, że notka ta jest dla mnie w pewien sposób trudna, zwłaszcza, że coraz ciężej jest mi pisać na ten temat, bo coraz bardziej zbliżam się do obecnych wydarzeń, a wiadomo, że pamiętnik jest taką formą, która musi się trochę "odleżeć".
Poza tym cały długi weekend spędzałam w błogosławionym stanie pozainternetowym, z daleka od komputerów i każdemu radzę zrobić sobie taką przerwę raz na jakiś czas.
W tym tygodniu zaś nie udaje mi się poświęcić tyle czasu na blog, ile udawało mi się wygospodarować w ostatnim czasie, bo zostało jeszcze kilka ostatnich chwil przed Konferencją "Duchowa Alchemia", którą pomagam przygotowywać, więc jeszcze jest kilka rzeczy do zrobienia. Na ostatnią chwilę - jak zwykle.
Gdyby ktoś jeszcze był zainteresowany pojawieniem się na konferencji, zdecydował się w ostatniej chwili, proszę o kontakt mailowy na sheilax@wp.pl maksymalnie do piątku do godziny 11:00.

Poza konferencją - zaplanowałam kolejne spotkanie WKD na południe, 30 sierpnia - w sobotę, dokładnie tydzień po konferencji. Jak poprzednio - spotykamy się pod Rotundą, a potem ruszamy do Między Słowami przy Chmielnej. Mam nadzieję, że uda nam się porozmawiać trochę o wizualizacji - czym ona jest i dlaczego jest ważna w magii. Poza tym, jak zwykle, odpowiem na wszystkie wiccańskie pytania, jakie się pojawią.
Osoby zainteresowane bardzo proszę o wcześniejszy kontakt, żebym wiedziała, ile nas mniej-więcej będzie.
Serdecznie zapraszam! :)

Mam nadzieję, że jeszcze uda mi się opublikować jakiś wpis przed konferencją, chociaż nie obiecuję. Na pewno po weekendzie pojawi się jakaś krótka relacja z wydarzeń w Krakowie.
Zerkajcie do mnie raz po raz, żeby być na bieżąco.

Pozdrawiam!

12 sierpnia 2014

"Nauczyciel", albo "spotkanie - zrób to sam"



Jako przedstawicielka tradycyjnego, inicjacyjnego nurtu Wicca nie ukrywam radości, że wieloletnie tłuczenie wiccańskiej społeczności do głów internautów informacji, że by być wiccaninem, należy być inicjowanym, a do tego potrzebni są arcykapłani, w końcu odnosi skutek. Pojawiają się tu i ówdzie osoby zainteresowane Wicca, które pytają o nauczycieli, bo chcą się rozwijać nie koniecznie tylko w oparciu o literaturę fachową i tą mniej fachową, ale też dzięki kontaktom z drugim człowiekiem. Coraz więcej ludzi też, nie chce się już tylko zadowolić kontaktem w rzeczywistości wirtualnej, ale i musi zaspokoić naturalną potrzebę spotkania się na żywo, może nawet odprawiania wspólnie świątecznych rytuałów.

Często jednak pojawia się problem, kiedy okazuje się, że mieszkamy w małej miejscowości, odległej od miasta, w której odbywają się interesujące nas spotkania. Zaczynamy wtedy szukać innych możliwości.
Jako osoba, która w swoim życiu sama trochę naszukała się tego typu spotkań, a z drugiej strony - która sporo spotkań i warsztatów zorganizowała, pomyślałam, że podpowiem Wam, jak można sobie w tej sprawie pomóc.

Zanim jednak przejdziemy do tematu, sprawdź, czy przypadkiem do tej pory nie szukałeś spotkań źle.

Spotkania blisko Koziej Wólki.

Używam nazwy tej miejscowości przysłowiowo, więc mam nadzieję, że żaden mieszkaniec tego uroczego miejsca się na mnie nie obrazi. Często jednak pojawiają się w Internecie ogłoszenia o poszukiwaniu spotkań i/lub arcykapłanów blisko małej miejscowości, która, jestem pewna, jest piękna, ważna i znana w swojej okolicy, ale komuś z drugiego końca Polski może zupełnie nic nie mówić, że już nie mówiąc o tym, że Obornik, Gorzowów, Grodzisków i kilku innych jeszcze miejscowości, nie tych zupełnie malutkich, jest w kraju po kilka sztuk. Jeśli szukasz spotkań najbliższych dla swojego miejsca zamieszkania, podaj w informacji miasto powiatowe. Albo i wojewódzkie, na wszelki wypadek.

Szukam nauczyciela, zainteresowany niech zadzwoni

Nigdy nie szukamy nauczyciela podając swoje dane, nie czekamy, aż się odezwie na maila. W Wicca zawsze uczeń szuka osoby, która zechce go inicjować, nie odwrotnie i to uczeń o nauczyciela musi zabiegać, pytać, pisać do niej/niego, a nie odwrotnie. No i nigdy nie podajemy swojego numeru telefonu w Internecie, to zwyczajnie niebezpieczne! A i takie wypadki widziałam.

Spotkania są za daleko, a ja nie mam czasu/pieniędzy/samochodu...

Przepraszam, że to napiszę, ale takie teksty zwyczajnie mnie wkurzają. Trzeba sobie czasem poukładać priorytety i jeśli Ci na prawdę na czymś zależy, to i za granicę będzie się samolotem latało kilka razy do roku, tak jak to niektórzy robili, żeby się wykształcić. Najłatwiej jest powiedzieć, że daleko i że drogo, ale czasem warto się zastanowić, czy jednak nie da się zorganizować przejazdu na jedno czy dwa spotkania. Zwłaszcza, że teraz już jest o wiele łatwiej, niż jeszcze kilka lat temu. Pojawiły się nowe połączenia, busy, strony dla autostopowiczów i transport staniał, więc są możliwości niedrogiego przemieszczania się. Nie trzeba też już jeździć za granicę, bo pojawili się wiccańscy arcykapłani w naszym kraju. Ci arcykapłani, którzy sami musieli często podróżować bardzo daleko, żeby zdobyć doświadczenie.

Frans Francken II - "Wiedźmia kuchnia" 

Jak w takim razie dobrze rozpocząć szukanie pogańskich spotkań bądź nauczyciela w Wicca?

Daj sobie czas na szukanie

Nie od razu Kraków zbudowano, a i Ukryte Dzieci Bogini nie zawsze są skore, żeby organizowane przez siebie spotkania szeroko reklamować. Jak zwykle obowiązuje tu zasada - co wiccanin, to obyczaj. Sprawdzaj informacje na kilku, nawet kilkunastu stronach, zapisz się na fora, monitoruj informacje o bieżących pogańskich wydarzeniach. W ciągu roku wiele się dzieje - są spotkania regionalne, ale są i warsztaty, wyjazdy weekendowe, konferencje. Sprawdź dokładnie, czy trafisz na tę imprezę, która Cię interesuje - są spotkania ogólnopogańskie, są dla sympatyków Wicca, ale wśród których samych wiccan niestety nie ma, a są i takie organizowane przez arcykapłanów.

Dopytaj

Nie bój się pytać o spotkania - ale rób to z głową. Napisanie w jednym miejscu o Koziej Wólce, jak już pisałam wyżej, nie zda egzanimu. Zapytaj w kilku miejscach, na grupach facebookowych i forach, nie bój się napisać maila, jeśli znajdziesz gdzieś jakieś dane kontaktowe. Nawet, jeśli mieszkasz daleko, warto dopytać, bo może ktoś wskaże ci spotkania, o których informacji nie znalazłeś wcześniej. Jeśli pytasz o spotkania w swojej okolicy, powtarzam ponownie - podaj nazwę dużego miasta. I mean it... really... na prawdę dużego. Niestety, wciąż nie ma nas w Polsce zbyt wiele. I ponownie - upewnij się, że jesteś zrozumiany, o jaki typ spotkania ci chodzi - ogólnopogańska towarzyska nasiadówa czy możliwość poznania arcykapłana w Wicca.

Nie bój się zaryzykować

Na prawdę warto chociaż raz się poświęcić i wybrać się na spotkanie. Nie musisz przecież jechać nigdzie tak zupełnie w ciemno - możesz najpierw nawiązać kontakt z ludźmi ze spotkań przez Internet. Dać sobie czas na decyzję, czy na pewno chcesz się z nimi zadawać. Jeśli jesteś zdecydowany już, że chcesz znaleźć kowen i arcykapłanów - weź udział w spotkaniach organizowanych przez różne osoby i różne grupy, to da Ci rozeznanie kto jest kim, jaki jest, jak się dogadujecie. To niezwykle ważne, jeśli szuka się nauczyciela.

Frans Francken II - "Sabat Czarownic" 

Zrób sobie spotkanie!

Gdy wszystko zawiedzie - zorganizuj spotkanie sam! To na prawdę nie takie trudne. Procedurę zacznij od sprawdzenia zainteresowania. Napisz w Internecie, ponownie - najlepiej w kilku miejscach, że masz taki plan i kto byłby zainteresowany, tak chociaż wstępnie, żeby pojawić się na spotkaniu w twojej okolicy. Pamiętaj, że w im większym mieście zaplanujesz swoją imprezę, tym większa szansa, że zgłosi się więcej zainteresowanych.

Kiedy będziesz już mieć grupę zainteresowanych ludzi, wybierz czas i miejsce. I tu mam garść podpowiedzi - wybierz jakieś szeroko znane miejsce spotkań "w ciemno" - Stary Rynek, charakterystyczny pomnik, nietypowy budynek, najlepiej w centrum miasta. Tak najłatwiej dojechać, zwłaszcza z innej miejscowości. Dobrze też od razu podać propozycję jakiejś kawiarni czy knajpki wszystkim zainteresowanym, żeby ewentualni spóźnialscy mogli dotrzeć. Podaj też z góry wybraną datę i godzinę. Jeśli mają zjechać na spotkanie ludzie spoza danej miejscowości - doradzam weekend. Zaplanuj czas spotkania ok 3-4 tygodnie wcześniej, ale kiedy termin będzie się zbliżał - przypomnij o nim uczestnikom spotkania.

Nie próbuj jednak umawiać się tak, żeby wszystkim pasowało - nie ma sensu. Niestety, to nie możliwe dogodzić wszystkim i jeśli mają się spotkać więcej niż 3 osoby, może to być duży problem. Lepiej podać czas i miejsce spotkania z góry i ufać, że wiele osób będzie mogło się do nich dostosować. Jeśli nie pasuje - może następnym razem się uda.
Nie zrażaj się, jeśli nikt nie przyjdzie, bo i tak może się, niestety, zdażyć. Ludzie często deklarują, że przyjdą, a potem okazuje się, że coś wypada na ostatnią chwilkę, nawet jeśli to tylko data spotkania wypada z głowy. I tak bywa, że przychodzą dwie osoby, jedna, a czasem nikt się nie pojawia. To nic! Spróbuj jeszcze raz, proponując nowy termin.

8 sierpnia 2014

Droga czarownicy - część 4 - Wielki Rok

Wiedziałam, że w Stęszewku pojawią się wiccańscy Arcykapłani i Arcykapłanki - osoby, które mogą nauczać, inicjować i prowadzić koweny, ale bynajmniej nie planowałam związywać się w taki sposób z żadnym z nich. Oczywiście, jak pisałam poprzednio, już od wielu miesięcy czułam się, jakbym kręciła się w kółko, na okrągło zdobywała i przetwarzała te same informacje. Z drugiej strony nie chciałam się na nic decydować. Jeszcze nie. Chociaż już byłam pełnoletnia od jakiegoś czasu, to bardzo dużo zmieniało się u mnie prywatnie i rodzinnie, a z niezależnością było tak sobie. Nawet wtedy śmiać mi się chciało z 17-letniej mnie, która wierzyła, że inicjacja w Wicca spłynie na nią, niczym światło z nieba, gdy tylko skończy osiemnastkę! A co dopiero teraz...

Miałam jednak świadomość tego, że wiccanie pozostają często z sobą w kontakcie, że znają się nawzajem, nawet jeśli razem nie praktykują - w końcu jakoś sobie tę linię inicjacyjną przekazują. Myślałam, że być może ktoś mi wskaże kierunek. Może ktoś ma jakichś znajomych w Berlinie? Mój niemiecki co prawda nigdy nie był dobry, a i teraz jest bardzo skostniały, ale czego się nie robi, by spełnić marzenia? Siądę i będę zakuwać. Maile ze słownikiem pisać. Słówka powtarzać. Szlifować gramatykę. W końcu nie będzie aż tak źle, żeby nie móc się porozumieć. A biorąc pod uwagę geografię, Berlin byłby nawet całkiem przyzwoitym kierunkiem - blisko z Poznania, więc i czasowo i (chyba - nie podróżuję za granicę, więc nie jestem pewna) finansowo nie będzie bardzo źle...
No i zupełnie nie wzięłam pod uwagę zakochania od pierwszego wejrzenia.

Pewnie, jestem już dużą dziewczynką - w maju 2008 mam już 21 lat (sic!), więc w bajki nie wierzę. Przynajmniej nie w takie o księciu na białym koniu, który uratuje księżniczkę z wieży i będą żyli długo i szczęśliwie. Myślałam, że nigdy nie spotka mnie takie uczucie, że patrzę na kogoś i wiem. A jednak patrzę na Agni i Mike'a Keelingów, wstydzę się jeszcze z nimi rozmawiać, ale biorę udział w rytuale, który przygotowali dla uczestników konferencji i jest to coś... no trudno mi opisać to słowami, bo jeszcze się tak nie czułam. Po prostu patrzę na nich i wiem. Berlin i inne opcje znikają w mgnieniu oka.

Spotkałam wiele osób i poznałam wielu nowych przyjaciół tamtej wiosny (z wieloma przyjaźnię się do dziś), ale to chyba naturalne, że akurat to spotkanie najbardziej utkwiło mi w pamięci, nawet jeśli zabrakło mi śmiałości, żeby wtedy w ogóle jakoś zagadać. Pamiętam przede wszystkim ten otwarty rytuał, kilka wymienionych zdań i wielką bitwę z myślami po powrocie do domu. Zamknęłam się nieco w sobie i zastanawiałam się wciąż i wciąż i w kółko, czy aby na pewno jestem pewna, co chcę zrobić i teraz już mogę z pewnością stwierdzić, że nie wiedziałam. Właściwie nie wiem, co wtedy sobie myślałam, chyba generalnie mało wtedy myślałam, bardziej czułam. Nie miałam pojęcia, dokąd mnie to zaprowadzi, jak będę praktykować w odległej Anglii i w zasadzie jak to będzie wyglądało dalej, już po mojej inicjacji. Wiedziałam tyle tylko, że chcę być inicjowana i że spotkałam odpowiednich ludzi.

Ta bitwa z myślami, zanim zdołałam w ogóle podjąć jakieś kroki w jakimś kierunku, trwała dobre trzy miesiące, zanim się odezwałam internetowo z prośbą o pomoc i wskazanie drogi. Droga jest prosta - muszę poprosić o inicjację przyszłego inicjatora. I - jakkolwiek sama często powtarzam, że absolutnie nie wolno prosić o inicjację mailem, bo to nie wypada, bo to zbyt poważna sprawa i że trzeba poznać dobrze arcykapłanów i kowen - to to właśnie robię. Popełniam największe w swoim życiu faux-pas.
Po krótkiej wymianie maili, przy której jestem tak zestresowana i podekscytowana jednocześnie, że drżę jak napięta struna a napisanie jednego akapitu zajmuje mi około godziny, dostaję formalne potwierdzenie.
Zostanę inicjowana w Wicca.

Wielokrotnie o tym mówiłam, ale jeszcze raz to napiszę.
Jestem moim inicjatorom niezwykle wdzięczna za wszystko, co dla mnie zrobili, ale szczególnie za to, że w ogóle zechcieli mnie przyjąć. Dzisiaj wiem, jak straszną gafę popełniłam, zwłaszcza w stosunku do ludzi, którzy mnie praktycznie nie znali. Dzisiaj już wiem, że ja absolutnie nie zgodziłabym się przyjąć osoby praktycznie obcej, zwłaszcza takiej, która zgłasza się do mnie mailowo. Wiem, jakim aktem zaufania to musiało być i starałam się go nie zawieść, chociaż pewnie nie zawsze mi się to udawało.
Dziękuję

Jednak wiadomo, że zanim do inicjacji dojdzie, trzeba się do niej przygotować. Staram się więc utrzymywać kontakt z moimi nauczycielami na tyle, na ile jest to możliwe, wypełniać uczciwie ich prośby i polecenia. Szybko wiadomo, że prawdopodobnie będziemy mieli polski kowen - na szkolenie dochodzi stopniowo kilka innych osób i wszystko wydaje się zmierzać w dobrym, rozwojowym kierunku.
Dużo dzieje się też w moim życiu pozamagicznym. Nie rozwodząc się nad tym zbytnio, zmienia się ono dość dynamicznie, a ja sama jestem po prostu nieznośna. No cóż... widać taki etap też musiał mieć miejsce.

W maju 2009 roku ma miejsce kolejna konferencja PFI PL w Stęszewku. Wrażenia ponownie pozostają po niej niesamowite, jednak wiadomo, że nie aż tak gwałtowne, jak za pierwszym razem. W każdym razie jakoś czuję się pewniej i nie tak nieśmiało jak wcześniej.

W wakacje po zdaniu licencjatu a przed rozpoczęciem dwuletnich studiów magisterskich wyprowadzam się z domu rodzinnego do Poznania. Wciąż mam jeszcze kilka tygodni, które w dużej mierze spędzam w samotności, na medytacji i wypoczynku.

W końcu następuje Ten Dzień - dzień spełnienia kilku lat marzeń i ciężkiej pracy. Dzień Inicjacji w Wicca. Może i mogłabym coś o nim napisać, ale chcę go zatrzymać dla siebie. Największy i najbardziej emocjonujący dzień mojego całego życia.
Najważniejszy wieczór, jaki kiedykolwiek się dla mnie wydarzył.

21 sierpnia 2009 roku

Archiwum prywatne