26 stycznia 2015

Narzekam na każdy sposób!

Przed weekendem był podobno "Dzień Bez Narzekania", co stało się przyczynkiem do początku mojej dyskusji na ten temat z Nefrestim i Mojmirą, że narzekanie może mieć swoje pozytywne aspekty. Nie dane mi się było w nią, niestety, mocniej zaangażować, zwłaszcza, że im więcej nad nią myślałam, tym więcej szalonych pomysłów o tym, na jakie sposoby można narzekać, przychodziło mi do głowy...
Niech więc poniższa lista narzekań rozmaitych stanie się głosem w tej dyskusji.
Nie skupiajmy się na negatywach, ale na tym, co może z narzekania wyjść pozytywnego.
No i nie traktujmy ani marudzenia, ani niniejszego wpisu zbyt poważnie ;)

Narzekanie w perspektywie - chyba moje ulubione, ale trzeba narzekać dość często na to samo... albo przynajmniej pamiętać, na co się marudziło jakiś czas temu. Chodzi przede wszystkim o to, żeby dostrzegać, że w miarę upływającego czasu jednak wiele się zmienia. I to na lepsze. Krnąbrne dzieci dojrzewają, karłowate drzewka - rosną, a słynne "polskie drogi" wyrównują się. Oczywiście nadal można narzekać, że jest źle - w końcu nic nas nie zadowoli w pełni. Ale zawsze warto odnotować, że jest lepiej.

Narzekanie z nadzieją - truje cię coś, co prawda, i ciężko się z tym żyje, ale na horyzoncie już widać zmiany. Moim ulubionym przypadkiem jest narzekanie na pogodę i porę roku, które przecież się tak często zmieniają! Dzięki cyklicznym zmianom możemy co prawda trochę zrzędzić na coś, na co teraz nie mamy wpływu, bo zawsze przychodzi, jak plucha jesienią, ale i możemy dzięki nim spoglądać w przyszłość, bo przecież znów nadejdzie wiosna. Po każdej nocy przyjdzie dzień. A po sesji - wakacje. Nie ma co się łamać.

Narzekanie na wspominki - czyli narzekasz, ale przy okazji odwołujesz się do dawnych wydarzeń. Można sobie wtedy pięknie powspominać, co tam miało niegdyś miejsce, a narzekanie staje się jedynie pretekstem. Na przykład marudzisz, że taka pogoda okropna... a przecież była kiedyś taka piękna złota jesień... poszliśmy wtedy na ten romantyczny spacer...
Można wtedy przywołać najpiękniejsze wspomnienia, co zawsze poprawia humor.

Narzekanie kreatywne - gdy pojękiwanie staje się pretekstem do szukania (i znajdywania!) rozwiązań. Często bowiem narzekamy na coś, czemu możemy łatwo zaradzić. Narzekanie na swoje własne wady często można przekuć na coś pozytywnego i zmotywować się wreszcie do zmian. Może uda się nam zainspirować do zmian na lepsze naszych partnerów, przyjaciół, czy członków rodziny, zwłaszcza w tych obszarach, które nas wkurzają? A może denerwuje cię brak rozwiązań? Bałagan? Weź się do pracy i rozwiąż swój problem sam!

Narzekanie refleksyjne - bardzo ważne, chyba najważniejsze (i najbardziej na serio) w tym wpisie. Jeśli narzekasz często, jeśli coś cię ciągle irytuje, jeśli nie możesz się z czymś pogodzić... może warto się zastanowić dlaczego tak jest? Jak mogę to zmienić? Co zrobić ze swoją sytuacją, żeby ją poprawić? Jeśli mimo starań, rozmów i prób pokonania narosłych między ludźmi barier, wciąż narzekamy i męczymy się ze swoim partnerem, może czas rozejść się, albo przynajmniej porządnie przemyśleć przyszłość (wspólną, lub rozdzielną)? Jeśli szef i obowiązki służbowe doskwierają coraz bardziej i bardziej, może znaleźliśmy się na złej ścieżce kariery? Może powinniśmy zmienić zawód, albo chociażby firmę i otoczenie? Czasem warto zastanowić się, z czego nasze narzekanie wynika i że, być może, należy zmienić sporo w swoim życiu, jeśli chcemy męczyć się mniej? Oczywiście, takie decyzje nie mogą być dyktowane wyłącznie tym, czy na coś marudzimy, czy nie, ale na pewno może się stać przyczynkiem, pewnym punktem wyjścia dla dalszego rozważenia dręczącego nas tematu. Kiedy jednak zaczniemy się nad tym zastanawiać, pamiętajmy, że prócz minusów, zawsze znajdzie się też jakiś plus.

PS. Jeśli wpis Ci się podobał, daj łapkę Czarowniczemu Blogowi na Facebooku!

20 stycznia 2015

Odejść... i co dalej?

Około miesiąc temu powstał wpis, który cieszył się niezłą nawet popularnością, zawierający różne przemyślenia związane z odejściem z kowenu. Pomyślałam sobie, że warto pociągnąć trochę temat i zastanowić się nad inną kwestią. Jeśli już odszedłem z kowenu - co dalej?
Po raz kolejny zaznaczam, że to wyłącznie moje pomysły i wnioski, więc zachęcam do dyskusji

To przede wszystkim zależy od powodów, z jakich się odeszło. Ważne jest jednak, przede wszystkim, danie sobie trochę czasu. Inicjacja w Wicca wiąże się bezpośrednio z inicjacją w kowen - konkretną grupę ludzi. Potrafi ona w tej grupie wytworzyć bardzo silne więzy, tym silniejsze, jeśli ktoś ma szansę dodatkowo popracować z nią jakiś czas. Jeśli dzieje się coś, co w końcu powoduje rozejście się naszej drogi z kowenem, to zwykle są to bardzo ważne sprawy. Warto po takich wydarzeniach odpocząć, odetchnąć. Pohamować entuzjazm, żeby ruszać do nowego kowenu, ale też nie zniechęcać się od razu. Po prostu dać sobie spokój na jakiś czas i zająć się innymi rzeczami.

Często kowen pochłania dużo czasu, jeśli nie czujemy się komfortowo - tym częściej może wpływać na samopoczucie i inne nasze codzienne sprawy. Zanim podejmie się kolejne ważne decyzje, warto zawsze najpierw uporządkować zwykłe, ziemskie sprawy. Zaangażuj się w pracę, zwróć uwagę na sprawy rodzinne, spotkaj się z przyjaciółmi. Może warto jeszcze raz przeczytać ulubione książki, albo wrócić do porzuconego kiedyś hobby? Często ścieżka duchowa, która nie jest dobrze ułożona i którą trzeba zmienić, może wywracać wiele spraw do góry nogami i to w bardzo negatywny sposób. Oczywiście przemyślenie swoich ziemskich, najbardziej przyziemnych spraw zaleca się zawsze osobom dopiero wchodzącym po raz pierwszy na drogę duchowych poszukiwań, ale to inny, szeroki temat...

Jeśli zechcemy po tym odpoczynku wrócić na wiccańską ścieżkę, trzeba zrobić solidny rachunek sumienia. Co poszło nie tak? Dlaczego nasze drogi się rozeszły? Zaważyły względy emocjonalne? Towarzyskie? Nie mogłem się zgodzić na coś? Może mój kowen nie zgadzał się ze mną? Atmosfera i układ? Względy logistyczne - za daleko? Za długi dojazd? Ale też, co nie mniej ważne - co było pozytywnego? Co mi to dawało/daje? Jakie były dobre chwile? Co mi się podobało? Jakie swoje nadzieje i marzenia udało mi się spełnić? Warto się nad tymi aspektami zastanowić, przemyśleć je, przemedytować. Wyłoni się z nich ostatnia i najważniejsza kwestia - czy Wicca jest dla mnie? Czy to nie była dobra dla mnie ścieżka, tradycja, czy może tylko trafiło mi się na nie ten kowen, na nie odpowiednich ludzi? To oczywiście nie znaczy, że w kowenie musiały się dziać jakieś dantejskie sceny (choć niestety, i tak czasem bywa), ale może po prostu nie dopasowaliście się.

Kiedy stwierdzisz, że Wicca nadal jest drogą dla Ciebie, pewnie zechcesz poszukać nowej grupy i nowych nauczycieli. Masz o tyle lepiej niż za pierwszym razem, że znasz 'procedurę', ale o tyle trudniej, że masz za sobą 'burzliwą przeszłość'.  Wiesz już, że trzeba być niezwykle ostrożnym. Warto, jeśli jest taka możliwość, poznać kowen przed inicjacją. Pamiętaj o Drugiej Opinii - masz prawo do informacji i do sprawdzania wszystkiego podwójnie, potrójnie, wiele razy. Jeśli rozstanie z poprzednim kowenem stało się powodem pewnego zawodu, tym bardziej bądź ostrożny, ale pamiętaj, że jeśli czujesz, że Wicca jest dla Ciebie, warto chociaż rozejrzeć się, spotkać się, porozmawiać i zapoznać się z innymi wiccanami.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że na każdym etapie pojawią się osoby, które dalej nie pójdą. Że okaże się, że dla kogoś ścieżka duchowa nie jest tak ważna, jak praca czy rodzina. I w porządku, nie każdy z nas może być wielkim duchowym przewodnikiem czy osiągać oświecenie, albo przynajmniej nie w tym życiu. Na pewno też są osoby, które po przygodzie z wiccańskim kowenem dochodzą do wniosku, że to nie dla nich droga, więc zaczynają się interesować innymi tradycjami, poszukują nowych możliwości duchowego rozwoju. Mam nadzieję, że znajdują swoje ścieżki i są dzięki nim bogatsi i szczęśliwi.

Myślę, że dla każdego z nas gdzieś jakaś odpowiednia droga się znajduje.
Trzeba jej szukać, żeby ją odnaleźć.
Ale przy takiej mnogości dróg, zdarza się pobłądzić.


PS. Fanpage Bloga Czarowniczego na Facebooku ma już ponad 100 lajków! Pięknie dziękuję wszystkim czytelnikom!

8 stycznia 2015

Witch in the City

Ostatnio było dużo o inicjacji, więc teraz będzie trochę lżej. Oczywiście wrócimy jeszcze do tego, bo o inicjacji można napisać bardzo duuużo, ale chciałabym dzisiaj poopowiadać wam o wiedźmim życiu w mieście.

Ja wiem, że generalnie obraz wiedźmy, powtarzany z resztą przez kolejne setki książek wyższej i niższej półki i jakości, jest zupełnie inny. Czarownica bowiem winna mieszkać na skraju lasu, z daleka od siedzib ludzi. Ukrywać się przed społeczeństwem, albo przynajmniej solidnie od społeczeństwa odstawać. Bo na skraju lasu, im dalej od kultury, tym bliżej do natury.
A ja wam powiem, że to dla mnie, w czasach współczesnych, obraz przygnębiający. Robiący z nas odludków i dziwaków. Przeromantyzowany i niepraktyczny. I generalnie mało prawdziwy, bo większość współczesnych czarownic, świadomych pogan, magów, wiccan, mieszka w mniejszych lub większych - ale miastach. Okazuje się bowiem, że miasto ma wiele korzyści dla wiccanina, któryś wieś nie ma.

Przede wszystkim miasto zapewnia większą anonimowość, niż małe ośrodki. Oczywiście ja tam uważam, że nie mam się z czym kryć, bo i wstydzić się nie mam czego, ale są osoby, które swoją religię wolą pozostawić tylko i wyłącznie dla siebie - i ja to rozumiem. Poza tym anonimowość ta dotyczy nie tylko mnie, ale też moich bliskich i rodziny, gdzie reakcje dalszych krewnych i znajomych na pewne hobby mogą już być różne. Moim osobistym zmartwieniem właśnie bardziej jest to, niż same jakieś uwagi odnośnie mnie samej. Z drugiej jednak strony pewna anonimowość zapewnia mi święty spokój. Po przemieszkaniu ponad 20 lat w małej mieścinie na jeszcze mniejszym osiedlu, gdzie wszyscy wszystkich znają, święty spokój jest wartością nie do przecenienia.

Ta anonimowość pozwala też normalnie pracować i normalnie żyć. Mało kto utrzymuje się z "bycia czarownicą" per se. Większość z nas musi chodzić do roboty, żeby mieć na chleb. Wicca nie opłaca swoich kapłanów (niestety, chociaż skoro wszyscy wiccanie to kapłani, to i zrzucić się nie ma komu ;) ), więc dobrze jeśli nasi pracodawcy oceniają nas przede wszystkim po tym, jakimi jesteśmy pracownikami, a nie przez pryzmat religii i hobby. Dodatkowo im większe miasto, tym pracodawcy i szefowie mniej zwracają uwagi na takie rzeczy - chcą mieć po prostu wykwalifikowaną kadrę. Plotki z naszego życia osobistego, jeśli już w ogóle ktoś je zna, to mało kogo obchodzą. Dodanie do tego, że w dużych miastach jest większa szansa na zatrudnienie, niż w małej mieścinie to już truizm.

Szanse są też większe, że w dużym mieście spotka się kowen (dot. w tej chwili Warszawy, ale z czasem się zmieni), wiccan, innych pogan, osoby organizujące spotkania dla ludzi o podobnych do naszych odczuciach i poglądach. Świadome pogaństwo, Wicca to dziś nie tylko wiedza teoretyczna, osobiste odczucia i listy mailingowe, jak to było 10 czy 15 lat temu. Dzisiaj to tworzenie społeczności, wymiana poglądów osobistych, nie tylko teoretycznych, ale też praktycznych doświadczeń. Tworzymy pewne stado, rój, pewną społeczność. Znamy się już nie tylko z Internetu, ale i odprawiamy razem rytuały, zbieramy się w grupy dyskusyjne, organizujemy konferencje i wykłady. Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że nawet jeśli mieszkamy za miastem, to chociażby ze względu na mnogość knajp czy mniejsze ryzyko spotkania przy barze kogoś, kto zepsuje nam humor, lepiej wybrać się do centrum.

Jeśli już jesteśmy przy "wybieraniu się" - jeśli się chce utrzymywać więzi w społeczności, w szczególności, jeśli się jest/chce być wiccaninem, to nie da się ukryć - trzeba się trochę po kraju poruszać. Tu znów wielkie miasta wychodzą wiedźmom naprzeciw, oferując więcej połączeń, większą ilością środków transportu. Więcej ludzi do przewiezienia to też większa konkurencja a co za tym idzie - niższe ceny. Wspominałam już kiedyś, że jeśli nie muszę, to pociągami już nie jeżdżę, bo znalazłam tańszą i wygodniejszą dla mnie alternatywę. Oddzielną kategorię stanowią podróże międzynarodowe, bo na te można się załapać praktycznie tylko z dużych miast. To z nich wyjeżdżają zmierzające za granicę busy i pociągi, że już nie wspomnę o lotniskach. Jeśli ktoś chce się zaangażować w społeczność międzynarodową, jaką tworzy dziś wielu europejskich wiccan, warto brać pod uwagę możliwość podróży samolotem raz po raz.

Większe zasoby ludzi zwykle oznaczają przy okazji większe zasoby przedmiotów. Można lubić albo nie lubić magicznych, niu-ejdżowych sklepików, ale hej! - przydają się, nie da się powiedzieć, że nie. Co prawda ja osobiście "książek magicznych" raczej nie kupuję a jeśli już - dla mnie zawsze pierwszą księgarnią jest ta, która ma możliwość zamówienia przez Internet, ale jednak kryształów, kart czy innego "ekwipunku" kupić przez net sobie nie wyobrażam. Wiem, że niektórzy tak potrafią i im to nie przeszkadza, ja jednak wolę dotknąć coś, z czym będę pracować i zobaczyć dany egzemplarz na własne oczy. Tak czy siak - zawsze można zaoszczędzić parę groszy na odbiorze osobistym.

Wiem, że niektórzy powiedzą, że miasto jest daleko od natury. Nie zgadzam się z tym stwierdzeniem. W mieście jest wiele przyrody, wystarczy się tylko dobrze rozejrzeć i chcieć ją dostrzec. Wiele polskich miast jest pięknie zielonych. Są parki, skwery, pomniki przyrody i ogrody. Przepływają przez nie rzeki, leżą nad morzem i jeziorem, które stopniowo, wraz ze świadomością konieczności ochrony przyrody, stają się coraz czystsze. Słońce i Księżyc natomiast wschodzą i zachodzą nad wszystkimi równo, na wsi i w mieście. Naturalne cykle dnia i nocy, lata i zimy są zachowane niezależnie od wielkości miejscowości, w której jesteśmy. Sami również odczuwamy wiele  naturalnych cykli na własnej skórze - bo natura to nie tylko las i drzewo, ale cała złożoność procesów, które toczą się i w ziemi, i na niebie, i również w naszych ciałach.

Poza tym wydaje mi się, że obraz wiccanki czy współczesnej wiedźmy, jako staruszki ze skraju lasu jest zafałszowany. Wicca i podobne jej czarostwo to przecież nie tylko zioła, magiczne napoje, leśne duchy i magia kuchenna. Wiem, że to o tym głównie można przeczytać w wielu książkach i chętnie ta spuścizna jest przytaczana, zwłaszcza przez amerykańskich autorów (Buckland, Cunningham, Grimassi...). Prawda jest jednak taka, że równie wiele Wicca zawdzięcza hermetyzmowi, zakonom okultystycznym,  magii ceremonialnej, zwłaszcza elżbietańskiej i alchemii. To te dziedziny wprowadziły do świadomości współczesnych wiedźm magiczne narzędzia w obecnej formie, Tarota, Kabałę, astrologię aż do samej formy rytuału włącznie. Myślę, że należy to podkreślać, bo powinno się pamiętać o wszystkich swoich korzeniach i mieć świadomość do czego się odwołujemy.

Podsumowując - jestem zdania, że miasto zapewnia mi wszystko, czego potrzebuję i wszystko, co jako wiedźma i wiccanka chciałabym mieć. Wieś wydaje mi się przereklamowana, bo, według mnie, wiązałaby się z osamotnieniem a mówią, że nie można być czarownicą samotnie. Pewnie można, ale byłoby to bardzo, bardzo ciężkie. I smutne.
A jeśli bardzo, bardzo się za swoim wiejskim dziedzictwem stęsknimy, w najgorszym wypadku wystarczy złapać podmiejską kolejkę i po pół godziny znajdziemy się w dziczy.

PS. Zapraszam do polubienia Bloga Czarowniczego na Facebooku!

5 stycznia 2015

Złożona rzecz, ta inicjacja...

Widzę, że temat inicjacji i "poczucia bycia inicjowanym" nadal rozpala umysły i dyskusje, i że nie uda mi się skończyć tego tematu tak prosto. Okazuje się bowiem, iż, mimo że blog jest wiccański, wcale nie jest pewne o jakiej inicjacji mówimy. Można zatem - i trzeba - rozpisać się trochę więcej na ten temat ponieważ inicjacja wiccańska ma wiele aspektów, warstw i odcieni, a do tego możemy ją porównywać czy zestawiać z innymi magicznymi inicjacjami, wypunktowywać znaczenie, oddzielać i łączyć funkcje... Jak pisałam w poprzedniej notce dotyczącej "poczucia bycia inicjowanym", cała sprawa jest bardzo złożona i bardzo skomplikowana.

Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, kiedy wkraczamy na obszar gdybologii jak będzie wyglądała Wicca w Europie za parę lat. Wiccanie zunifikują się i będą ujednolicać praktykę? Już teraz wiele linii przekazu przeplata się ze sobą, praktyki łączą się, ludzie z różnych Tradycji i Rodzin praktykują wspólnie, wymieniają się doświadczeniami na wielkich, kilkusetosobowych zjazdach. A może też linie będą coraz bardziej odrębne? Coraz więcej różnic będzie się pojawiać w praktykach i zwyczajach poszczególnych Rodzin, więc i wiccanie sami będą się od siebie coraz bardziej oddalać? Myślę, że tego nikt nie wie, jak to się potoczy. Wydaje mi się, że oba scenariusze są tak samo prawdopodobne, jednak osobiście wolałabym ten pierwszy. Wolałabym żyć w jednej wielkiej społeczności, gdzie może nie wszyscy się kochają, nie wszyscy są nawet w stanie ze sobą stać w kręgu, ale przynajmniej tworzącą jedną grupę, jeden świat i jedną Wicca.

Żeby jeszcze bardziej skomplikować i zaplątać, trzeba do tego uwzględnić co z tymi "nieprawidłowo" inicjowanymi. Nie chcę w tej chwili rozsądzać jaka inicjacja jest prawidłowa, a jaka nie, moim zdaniem to kwestia szalenie złożona i pewnie jeszcze się nad tym pozastanawiam w innym wpisie, a i tak mam wrażenie, że ta kwestia pozostanie otwarta choćby i książkę o tym napisać.

Jeśli o samej inicjacji można napisać tak wiele, sama inicjacja ma tak wiele aspektów, to i wiele musi być czynników, decydujących o jej ważności. Na tę jedną wielką Bramę składa się cała ścieżka i szereg kolejnych drzwi. Właśnie dlatego nie wierzę i nie mogę uznać, że, jak to padło w cytacie z poprzedniego wpisu, inicjacja wiccańska, w jakikolwiek sposób by się nie odbyła, jest ważna wyłącznie przez pryzmat poczucia się bądź nie osoby inicjowanej. Zapanowałby wtedy totalny chaos, bo, jak wskazałam w końcówce poprzedniego tekstu, "poczucie" to może mieć każdy.

Nie przeczę, że głos Bogów, powołanie, chęci i poświęcenie, składające się na to poczucie są nieważne. Skąd że znowu! Poczucie bycia inicjowanym w Wicca to bardzo piękna rzecz, rozpierająca pierś dumą (byle by nie za bardzo) i zginająca kark pokorą (również - byle nie za bardzo). Nie może nam jednak nasza osobista duma czy pokora przesłaniać innych czynników, które również są szalenie ważne. Inicjacja musi wypełniać swoje wszystkie funkcje i to od ich wypełnienia, moim zdaniem, zależy, czy będzie ona ważna, czy nie, no i oczywiście - kto tą inicjację uzna.
Samo poczuwanie się jeszcze nie gwarantuje nam przejścia symbolicznego rytuału, napełnienia się magiczną mocą i uznania w oczach społeczności... ale to już temat na kolejne wpisy.

PS. Żeby śledzić ukazywanie się nowych wpisów przez Facebook, daj łapkę Czarowniczemu Blogowi!

3 stycznia 2015

Szczęśliwego Nowego Roku!

Kochani Czytelnicy Czarowniczego Bloga!

Serdecznie Wam dziękuję za cały zeszły rok i za dotychczasową Waszą obecność. Zdaję sobie sprawę, że właściwie blog ruszył (ponownie) dopiero w połowie roku, ale już widzę, że grono jego wiernych fanów powoli wzrasta, z czego się szalenie cieszę.
Powstała też w ostatnich miesiącach strona Bloga Czarowniczego na Facebooku, do polubienia której gorąco zachęcam, bo tam właśnie odbywa się "szybka" komunikacja z czytelnikami i tam ukazują się na bieżąco linki do nowych wpisów.
W minionym roku udało się powołać do życia Wiccański Krąg Doświadczeń - spotkania, które odbywają się raz w miesiącu w Warszawie, dedykowane osobom zainteresowanym Tradycyjnym Wicca. Wielkim sukcesem okazała się też Konferencja "Duchowa Alchemia" zorganizowana przez redakcję Wiccańskiego Kręgu przy pomocy Międzynarodowej Federacji Pogańskiej. Na stronie wiccanski-krag.com możecie przeczytać relację z konferencji i wiele innych ciekawych materiałów.

Plany na kolejny rok? Oczywiście - dalszy rozwój bloga, mam już na myśli kilka tekstów, które, jak sądzę, będą ciekawe dla wielu czytelników zainteresowanych Wicca, jak i tych, którzy pragną dopiero zorientować się w tym temacie. Chcę też poszerzyć dział recenzji, więc jeśli znacie jakieś wiccańskie lektury po polsku - nie tylko książki, ale też artykuły i strony internetowe - dajcie znać!
Dalej będą odbywać się spotkania WKD, więc śledźcie uważnie informacje na grupach facebookowych i na forum Wiccańskiego Kręgu.
Mnie samą można oczywiście na forum WK i grupach facebookowych również spotkać, do tego na pewno pojawię się w najbliższym roku na kolejnej edycji Wiccaniska.

Chcę Wam wszystkim, kochani czytelnicy, na ten Nowy Rok złożyć najserdeczniejsze życzenia.
I te prozaiczne, zwyczajowe, ale bardzo ważne - zdrowia, szczęścia i miłości, a także spełnienia marzeń, samych sukcesów i błogosławieństwa Bogów na waszych ścieżkach.


Chcę też złożyć wyrazy wdzięczności czytelnikom za to, że chętnie wracacie na Czarowniczy Blog.
Niedawno blog przekroczył próg 20 tysięcy odsłon.
Zapraszam do dalszych odwiedzin i śledzenia nowych wpisów!

30 grudnia 2014

Poczucie bycia inicjowanym

Miał z tego być komentarz na Facebooku, albo najdalej komentarz na blogu do innego komentarza, ale rozwinął się on tak, że w zasadzie zaczął przekraczać i dozwoloną liczbę znaków, i, w zasadzie, pierwotny temat.
Cała dyskusja zaczęła się od przywołania starego wpisu z tego bloga, że inicjacja się nie liczy. Ale ten wpis to już sobie sami doczytacie. Pojawił się jednak komentarz, który dotyczył problemu bardziej złożonego. Chciałabym się odnieść do tego problemu, nie odnosząc się jednocześnie do konkretnego komentarza i konkretnej osoby, bo w moim odczuciu problem wychodzi tak na prawdę poza pojedynczy głos w dyskusji.

Pojawiła się kwestia odczucia bycia inicjowanym. Akurat w tym konkretnym komentarzu był poruszany bardzo skomplikowany aspekt całej sprawy, mianowicie inicjacja, co do której istnieje wiele wątpliwości, czy odbyła się prawidłowo, ergo - czy była to inicjacja ważna. Sam temat inicjacji ważnej, nieważnej i wątpliwej chciałabym odłożyć na jakiś zupełnie inny wpis, bo to temat wielce złożony sam w sobie. Chcę jednak zwrócić uwagę na samą kwestią odczucia bycia inicjowanym. Pozwolę sobie zacytować fragment komentarza, który spowodował, że zaczęłam się zastanawiać nad całym zagadnieniem.
"Jeśli inicjacja jest bramą - to ją przekroczyłem :)
Skoro sami Wiccanie (tak zwani Starsi) nie mogą dojść do zgody na temat ważności konkretnej inicjacji - to jej znaczenie zawiera się wyłącznie w odczuciach osoby inicjowanej i tylko jej dotyczy."
I mam trochę zagwostkę z tym zdaniem. Bo z jednej strony - to oczywiste, że osoba, która przechodzi inicjację (czy ważną - to w tym aspekcie kwestia drugorzędna) czuje się potem inicjowana. Ja sama mam odczucie bycia inicjowaną, bo niby czemu nie? Pewnie, że czuję się inicjowana, czuję się zaszczycona, że mogę być kapłanką swoich Bogów.

Z drugiej strony absolutnie nie mogę się zgodzić, że ważność inicjacji zależy wyłącznie od odczuć inicjowanego. Wiem, że tutaj chodzi o szczególny przypadek, ale podtrzymuję swoje zdanie. To z resztą łączy się z moją opinią z tej starej notki, że sama inicjacja sama w sobie nic nie robi. W sensie - możesz sobie mieć odczucie bycia inicjowanym, ale co Ci po tym? Inicjacja nie jest po nic potrzebna, jeśli nie można praktykować Wicca, a Wicca praktykuje się w grupie. Można oczywiście wykorzystywać pewne techniki, poznane podczas nauki w kowenie, ale jeśli nie ma kontynuacji pracy grupowej, to nie jest to praktyka wiccańska.

Znaczenie inicjacji zawiera się nie wyłącznie w odczuciu inicjowanego, ale i w odczuciu grupy. Jak na to nie próbuję spojrzeć - wciąż mi wychodzi, że o znaczeniu i wadze inicjacji decyduje kowen i Rodzina, z którymi się praktykuje, a nie tylko indywidualne odczucia. Są one oczywiście bardzo ważne, ale z samego poczucia nic się nie zrobi, jeśli nie są z tym poczuciem związane poczucie wspólnoty w kowenie i wspólna praktyka.

Czy zatem osoba, która nie pracuje w kowenie, której fakt ważności inicjacji jest kwestionowany przez innych, w tym Starszyznę, jest wiccaninem, czy nie? Inicjacja się odbyła, czy też nie? Nie odpowiem teraz, bo to bardzo złożony problem. Natomiast jestem pewna, że tak skomplikowana kwestia nie znajdzie nigdy odpowiedzi wyłącznie w oparciu o odczucie bycia inicjowanym.
Równie dobrze możemy stwierdzić, że możemy się samoinicjować, a potem mieć odczucie bycia inicjowanym.
Albo też, że samo poczucie bycia inicjowanym starcza za samą inicjację w jakiejkolwiek formie w ogóle.
A potem już tylko obrosnąć różowym futrem.

Ilustracja pochodzi z serwisu Wiccan Together
PS. Pamiętaj, daj łapkę Czarowniczemu Blogowi na Facebooku!

23 grudnia 2014

Przeczekać Noc

Im dłużej i im częściej się zastanawiam nad naturą Zimowego Przesilenia, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że jest to święto w pewien sposób wyjątkowe, bo się na nie nie czeka.
Znaczy owszem, oczywiście cały rok wyczekujemy choinek, światełek, prezentów i pierników, ale całe to święto jest jednym wielkim czekaniem, aż ono minie. W samo Yule jest bowiem najważniejsze Słońce, które dopiero się rodzi, jest jeszcze małe i słabe, całą więc noc spędzamy na czuwaniu i oczekiwaniu, pełni nadziei, że w końcu się ona zakończy. Najdłuższa noc jest bowiem zwykle tą najzimniejszą, najciemniejszą, a już na pewno najbardziej ponurą w roku, więc kto by nie chciał, aby się prędko skończyła?

Odradzający się Bóg przyniesie w końcu ciepło, światło a przede wszystkim - nadzieję w nasze życia. Zakończy nie tylko najdłuższą noc, ale również, już u progu zimy, zwiastuje właściwie jej koniec. Wiemy przecież, że Słońce w końcu nabierze dość sił, aby stopić lód i śnieg i sprowadzić ponownie lato.

Dlatego wydaje mi się, że nigdy nie czekamy tak na prawdę na Yule. Kto by z radością przyjmował najdłuższą i najciemniejszą noc? A przecież to nie o to w tym święcie chodzi tylko o to, co się wydarza potem - narodziny Słońca i wydłużanie się dnia. Dlatego w samo Przesilenie jeszcze nie ma czego świętować. Jest to jednak czas nadziei i dzień obietnicy, czas radosnego oczekiwania na to, co się za moment wydarzy na naszych oczach.

Właśnie dlatego dla mnie to Yule jest najsilniej związane z końcem i początkiem roku. Byłoby może przesadą porównać je do Sylwestra - dnia oczekiwania na Nowy Rok, ale chyba tak właśnie trochę jest. Dziś, wieczór w który piszę te słowa będzie już krótszy niż ten wczorajszy. Myśl o tym daje mi siłę i radość.
Po każdej, nawet najdłuższej nocy, zawsze przyjdzie dzień.


PS. Śledź Blog Czarowniczy na Facebooku!

15 grudnia 2014

Czas odejść...?

Wiele osób zainteresowanych Wicca, zwłaszcza w takich krajach, gdzie jest ona jeszcze stosunkowo młoda i gdzie nie ma wielu wiccan (a Polska jest jednym z nich) inicjację stawia trochę na piedestale. Fakt, że inicjacyjne tradycje magiczne w zasadzie w naszym kraju raczkują, przez to nie do pomyślenia jest dla niektórych, by raz wchodząc w taką tajną strukturę móc chcieć z niej odejść. Swego czasu w Internecie niektórzy chełpili się wręcz, że ich uczniowie nie odchodzą od nich, niczym, nie przymierzając naczelnik więzienia z "Kilera": "nikt mi jeszcze nie uciekł!"

Ludzie odchodzą z kowenów bądź z Wicca (to przecież nie zawsze oznacza to samo) z różnych powodów. Czasem jeszcze zanim zdążą na prawdę przyłączyć się do nich. Nie powinno, a wręcz nie może to być rozpatrywane jako porażka nauczyciela ani jako porażka ucznia. Tak po prostu jest, że czasem nie wychodzi.

Powody, dla których ludzie odchodzą z Wicca są przeróżne, bo i przecież różni są wiccanie. Wiele osób może poczuć, że to po prostu nie dla nich. Nie czują powołania, nie słyszą głosu Bogów. Są rozczarowani już na etapie przygotowania się do inicjacji. Jeśli tak wcześnie pojawiają się poważne wątpliwości, lepiej z tej inicjacji zrezygnować, lub przełożyć ją na później.

Zdarzają się jednak i inne historie. Są osoby, które się tak zniechęciły sytuacją w jednym kowenie, bądź zachowaniem jednego wiccanina, że przerzucają wnioski na wszystkich pozostałych. Zdaję sobie sprawę, że mogą być osoby nie świecące przykładem, albo wręcz opowiadające bzdury. Jestem gorącą zwolenniczką zmiany kowenu w takich sytuacjach, jeśli nie można już pracować ze swoją grupą, ale żeby od razu zrażać się do wszystkich... ? Po odejściu od kowenu, który nie był dla nas właściwy może się okazać, że świat stoi przed nami otworem i można spotkać grupę, z którą będziemy się czuli dobrze, gdzie będziemy wśród przyjaciół.

Czasami odejście od Wicca powodowane jest jednak dużo bardziej przyziemnymi sprawami. Znane są mi historie o przeprowadzkach na inny kontynent, pracy uniemożliwiającej uczestniczenie w spotkaniach, nawet sprawy związane ze związkami i partnerami (choć dla mnie to ostatnie nigdy nie było zrozumiałe).
Wreszcie w niektórych przypadkach można uczestniczyć w rytach coraz rzadziej i rzadziej i w końcu przestać się pojawiać... no ale to już kwestia dyscypliny i organizacji.

Pamiętajcie jednak na koniec o dwóch rzeczach. Nigdy nikt nie może Was zmusić do czegoś, czego nie chcecie zrobić. Nigdy nikt Was nie może zmusić do działania niezgodnego z prawem, do naruszenia Waszej intymności. Nigdy nikt Was nie może zmusić do fizycznej lub umysłowej pracy na rzecz czyichś korzyści. Bądźcie ostrożni i korzystajcie z Drugiej Opinii.

Pamiętajcie jednak też, że na jednym wiccaninie świat się nie kończy. Z bólem to przyznaję, bo chciałabym, żeby było zawsze cudownie i pięknie, ale niestety, wszyscy wiemy, że to nie realne: są wśród nas szuje. Jak w każdej innej grupie między wspaniałymi kapłanami i kapłankami kryją się umysły przegniłe. Nie musicie z nimi pracować, ale nie musicie się też nimi zniechęcać. Poznajcie więcej ludzi, zaprzyjaźnijcie się z wieloma wiccanami. Nie zawsze po każdym odejściu z kowenu musi się kończyć wiccańska ścieżka.


PS. Jeśli podobał Ci się wpis - daj łapkę na Facebooku!

12 grudnia 2014

Od tego się zaczęło

Żaden dział recenzji książek o czarownictwie nie może się obyć bez tej pozycji. Klasyka klasyków. Pierwsza książka napisana przez współczesną czarownicę z przesłaniem - "Tacy jesteśmy, ale nie musicie się nas bać". Wydana w Wielkiej Brytanii zaledwie miesiące po zniesieniu ostatniego prawnego przepisu karzącego za uprawianie magii, bo już w 1954 roku, czekała wiele lat, by w końcu zostać przetłumaczoną na język polski. W 2010 roku ukazała się nakładem wydawnictwa Okultura w tłumaczeniu Oskara Majdy. Protoplasta wszystkich wiccańskich książek.
Gerald Brosseau Gardner i jego Współczesne czarownictwo.

        

Zanim jednak przejdziemy do tego, co się znajduje w książce i podejmiemy się pewnej oceny, należy sobie coś uświadomić i pamiętać podczas całej lektury. To nie jest książka o Wicca. Bynajmniej nie jest to też książka o tym, co dziś nazywamy współczesnym czarostwem.
To jest książka historyczna.

Od jej napisania minęło już ponad 60 lat, a Wicca, pogaństwo i czarownictwo szalenie się w tym czasie zmieniły. To trochę tak, jakby czytać książkę o podboju przestworzy napisaną przez Braci Wright. Jest to książka o tym, co sądził Gardner o czarostwie, co o nim wówczas wiedział i co uważał za prawdę. Dziś pozycja ta zdezaktualizowała się w wielu swoich aspektach a o współczesnym czarownictwie niewiele się z niej dowiemy, jest jednak nadal szalenie ciekawa i szalenie ważna.

Przede wszystkim - można się z niej dowiedzieć, jak czarownice (w tym samego siebie) widział dziadzia Gardner. Jakie teorie i przekłamania były wtedy na czasie i w co on wierzył. Do tego można łatwo zauważyć, jak zmieniła się od tego czasu z jednej strony - nauka (historia, antropologia) opisująca czarownice i z drugiej strony - Wicca, a także religie i systemy jej pokrewne.

Inną sprawą jest to, że była to pierwsza książka o czarownicach pisana przez czarownicę. Ever. Znaczy - niczego takiego nigdy wcześniej nie było, żeby czarownice pisały z tak rozbrajającą szczerością same o sobie i to o rzeczach w które wierzą - o Bogini i Bogu, o magicznym kręgu, o rytuałach, o swoim pochodzeniu. Było to wcześniej po prostu niemożliwe, aby taka książka powstała. Dzięki tej książce tak na prawdę zaczęła się historia Wicca, wiele osób mogło się dzięki niej dowiedzieć o istnieniu czarownic, pewnie niejedna osoba po zapoznaniu się z tą publikacją rozpoczęła poszukiwania kowenu.
Po prostu nie da się ukryć, że dla współczesnego czarownictwa - a przede wszystkim Wicca, "Współczesne czarownictwo" było kamieniem milowym.

A piszę o tym wszystkim, ponieważ uważam, że te informacje powinny się znaleźć we wstępie do polskiego tłumaczenia publikacji. Niestety - było ich moim zdaniem za mało, żeby nakreślić jak czytelnik powinien ją rozczytywać. Owszem, wspomniano o historii Wicca i czasach, w których się tworzyła, ale moim zdaniem to wciąż niedużo, zabrakło mi nakreślenia historycznego tła tej konkretnej publikacji. Wstęp od tłumacza poza tym jest całkiem dobry. Mamy tu omówienie tez Margaret Murray, jak i wcześniejszych zapisków o czarownictwie, opisanie historii Geralda Gardnera, Alexa Sandersa, Raymonda Bucklanda, a także wspomnienie pionierów innych ścieżek czarostwa aż do ostatnich lat. Miejscami nieobiektywnie, ale to moje czepialstwo. Praca ta jest solidna i opatrzona nazwiskami badaczy, do których autor się odwołuje. Mimo to ja miałam wrażenie, że wstęp był jakby nie do końca do tej książki.

I jeszcze jedno - bura dla wydawnictwa. Osiem literówek nie powinno się zdarzyć na 24 stronach. Podobne nagromadzenie błędów pojawia się pod koniec książki, co sprawia wrażenie, jakby solidną korektę przeszedł tylko środek. Poza tym książka wydana jest całkiem zgrabnie i ma piękny obrazek na okładce.

Ad meritum - czyli o samej treści. "Współczesne czarownictwo" ma trochę dziwną konstrukcję. Niby jest podzielone na rozdziały ale w każdym z nich Gardner pisał praktycznie to samo, więc pewnie sensowniej byłoby powiedzieć, że książka w zasadzie nie ma konstrukcji. Lekkość pióra można zaś porównać do kowadła z kreskówki, dało się to czytać chyba tylko dzięki przekładowi, bo kiedyś, po zabraniu się do oryginału, padłam po kilku stronach. Nie jest to bynajmniej dziwne - pamiętajmy, że Gardner nigdy nie odbierał żadnej formalnej edukacji, nikt go nawet nie uczył pisać ani czytać - był samoukiem. Musiał mieć kompleksy z tego powodu, skoro się mienił "doktorem", który to tytuł najprawdopodobniej nielegalnie kupił (stąd uważam za nadużycie pisanie o "doktorze Gardnerze" we wstępie od tłumacza).

Jak wspomniałam, każdy rozdział jest praktycznie taki sam - a przynajmniej tak samo chaotyczny. Gardner swobodnie skacze z daty na datę, z tematu na temat tak, że można szybko dostać zawrotów głowy. Często używa sformułowań w stylu "możliwe, że...", "prawdopodobnie...", "opowiadano mi..." a nade wszystko "w danych czasach", niezależnie czy ma na myśli neolit, trzynasty czy osiemnasty wiek. Historyczne fakty podaje na równi z bajaniami o tym, że "w dawnych czasach" Wielką Brytanię zamieszkiwały skrzaty i krasnoludki. Dodaje też do tego dużo swoich przypuszczeń, których sam nie potrafi umotywować ani potwierdzić, lub podpiera się źródłami, korzystając z nich równie swobodnie, co dr Murray (na którą z resztą też kilkukrotnie się powołuje).
Słowem - cyrk. Na kółkach.

No ale kiedyś tak właśnie pisało się książki popularno-naukowe. 60 lat temu takie luźne rozważania czy dobór źródeł, który dziś nazwalibyśmy mocno selektywnym, było w zasadzie mniejszą lub większą normą. Pamiętajmy, że mówimy o czasach, w których tezy Margaret Murray były na świeczniku ówczesnej nauki, zaś sam fakt, że archeolożka napisała wstęp do książki Gardnera, stawiało go w pozycji dodatkowo uwiarygodnionego w oczach jego czytelników.

Pomijając bardzo sympatyczne bajkopisarstwo, tego, co nas w tej pozycji interesuje najbardziej nie ma wcale dużo. Pojawiają się jednak cenne informacje o tym, że czarownice, choć używają noży o nazwie "athame", czasem też mieczy, to nie korzystają z krwi i nie składają krwawych ofiar. Że nie porywają dzieci i nie występują przeciwko chrześcijanom, nie interesuje ich walka z nimi. Że używają w magii sznurów, naszyjników, że potrafią wpływać magią na umysły ludzi, ale nie na działanie praw fizyki. Wreszcie - o tym, że Bogowie czarownic pomagają ludziom, ale i sami potrzebują pomocy rytuałów.

Zdecydowanie najciekawsze dla współczesnego czytelnika będą trzy rozdziały.  Pierwszy z nich nosi tytuł "Czarownice i misteria". Gardner co prawda więcej opowiada w nim o misteriach starożytnych, niż tych dotyczących współczesnego czarostwa, ale fajnie porusza temat i wysnuwa bardzo ciekawą dla nas tezę - że co do zasady, wszystkie misteria są takie same. Chodzi w nich przede wszystkim o jedność z bóstwem i transformację naszej istoty, a dzisiejsze rytuały nie różnią się pod tym względem od tych starożytnych.

Kolejne ciekawostki można wyczytać w "Kim są czarownice?" i, choć to dopiero dziesiąty rozdział, dla nas interesujący szczególnie dlatego, że po raz pierwszy pojawia się tu to, co stanie się później nazwą całej religii. Jeszcze w formie wica, ale już wiadomo o co chodzi. Gardner utrzymuje jednocześnie, że tak same siebie nazywają współczesne czarownice, więc według niego musiało chodzić o wszystkie czarownice europejskie, albo przynajmniej brytyjskie, praktykujące jeden wspólny kult, nie zaś o jeden kowen, co, jak się później okazało, wcale nie jest tak proste. Po tym autor znów przeskakuje do historii, opisu średniowiecznych tortur i raczenia nas informacjami o tym, jak Edward III ustanawiając Order Podwiązki uratował hrabinę Salisbury przed zdemaskowaniem jej "przynależności do kultu" (podwiązka jest bowiem wg Gardnera jednym z narzędzi czarownic, a zatem i znakiem rozpoznawczym). Sam król miał coś z resztą do czynienia z wiedźmami, skoro Rycerzy Podwiązki jest 24 - toż to dwa koweny!

Zdecydowanie najlepszym i najbliższym rzeczywistości jest ostatni, trzynasty rozdział: "Na czym polega moc czarownicy". Z niego właśnie najwięcej dowiadujemy się o czarownicach, z którymi spotykał się i praktykował Gerald Gardner. Pisze w nim między innymi o rytuałach i sposobach działania magii. Przedstawia też stosunek swoich znajomych do wkorzystania krwii w rytuale i wyrządzania krzywdy innym ludziom, a także wspomina o narzędziach czarownic, wymieniając niektóre z nich - athame, miecz, kadzidła i sznury. Na samym końcu zaś wraca do tytułowego pytania o moc czarownic - moc wpływania na umysł. I choć próbuje ją naukowo czy pseudonaukowo wyjaśniać, co wychodzi trochę komicznie z dzisiejszej perspektywy, udaje mu się zaznaczyć chyba najważniejszą rzecz - odpowiedzieć twierdząco na pytanie o jej skuteczność.

Podsumowując 5/6
Czytając tę książkę dzisiaj trzeba zwracać bacznie uwagę, czy Gardner pisze w danym momencie o czasach współczesnych sobie, czy też "dawnych". Generalnie bowiem przytaczane informacje historyczne i zasłyszane, po czasie okazały się w większości bujdami. W zasadzie ze "Współczesnego czarownictwa" do dziś, 60 lat po jego pierwszej publikacji, wartość zachowały jedynie informacje o samym kowenie Gardnera. Mam wrażenie, że najciekawsza ta książka będzie dla samym wiccan, którzy łatwo wyłapią, co zmieniło się w Rzemiośle od czasów Gardnera, co Gardner chciał ukryć, choć dziś już o tym mówimy, a co nadal zachowujemy tylko dla siebie.
Trzeba sobie jednak stanowczo powiedzieć, że bez tej książki pewnie nie byłoby tego bloga, bo i mnie by nie było w tym miejscu, w którym jestem. "Współczesne czarownictwo" pozwoliło wyjść z cienia czarownicom, sprawiło, że wiele ludzi zainteresowało się Wicca i nadal inspiruje kolejne pokolenia. 

10 grudnia 2014

Nowa energia

Czuję, jak wracam do równowagi.
Pierniki upieczone, prezenty kupione, i pierwszy porządny przymrozek z malowniczym szronem oznaczają, że czas pędzi ku zimie i Yule.
Jakoś w tym całym przedświątecznym szaleństwie, łatwiej mi wziąć oddech, taki prawdziwy, głęboki.
W końcu zaczynam znajdować czas na rzeczy, na które mi go brakło, a raczej który wolałam przespać. Czuję, że coraz bliżej do powtórnych narodzin Słońca, ba! czuję, je w sobie, gdzieś blisko, tuż pod powierzchnią. Nowe Słońce i Nowy Rok, wraz z nowymi szansami, nowymi okazjami i nadzieją, żeby wszystko było lepiej.

Pewnie, że i tak nie wyjdzie, ale to nie ważne. Ważne, by tę nadzieję i szansę sobie dać. By spróbować. Dlatego podejmuję zawieszoną na czas czasu niczyjego pracę nad przedsięwzięciami. Wcześniej wydawały się tylko wysysać ze mnie energię. Cóż za absurd, przecież to coś, co lubię i co daje mi radość, jak więc mogło mnie uwierać? Teraz, budząc się z zimowego snu, mogę ponownie zająć się nimi z entuzjazmem i satysfakcją, że robię coś co lubię.

Oczywiście nie mogę Wam zdradzić wszystkiego, bo nie byłoby potem dla Was niespodzianek. Ale mam kolejne pomysły na wpisy, kolejne tłumaczenia na Wiccański Krąg i nie tylko oraz kolejne recenzje - wszystko w drodze. Mam więc nadzieję, że to pulsujące gdzieś płytko pod powierzchnią Słońce przyniesie ze swoimi narodzinami jeszcze więcej sił i inspiracji!

Ilustracja pochodzi z archiwum prywatnego

PS. Pamiętajcie, żeby zalajkować Blog Czarowniczy na Facebooku!
PPS. Już 7 dzień nie kupiłam papierosów!