11 lipca 2013

Krewni czy znajomi Królika? Wiccańska wspólnota

Wydawałoby się, że już wszystko w tym temacie opisano, powiedziano, pokłócono się, wyjaśniono i opisano na nowo, a ja wciąż mam uczucie pewnego niedosytu. Mam wrażenie, że to dlatego, że żadna z odbytych dyskusji nie odzwierciedla mojego spojrzenia na to wszystko...

Zwykle zaczyna się od zakręcenia na tle nowopoznanej religii. Taki zakręcony człowiek, poszukując drogi do Wicca zaczyna ją poznawać, dowiadywać się szczegółów, poszukiwać nauczyciela. Jeśli już go znajdzie i pomyślnie przejdzie inicjację (a często również wcześniej) staje się nagle członkiem grupy ludzi, w której nie zawsze wie, jak się zachować ani jak ją traktować. Wiele jest kowenów, które w pewnym sensie zostają na tym poziomie. Ludzie spotykają się wyłącznie na rytuałach a krótko po nich - rozchodzą się do swoich domów.
Nie można jednak powiedzieć by byli sobie obcy - całą ideą wiccańskiego rytuału jest przecież praca w grupie, grupowy umysł i wspólne przeżycie misterium. Na pewno muszą więc poznawać się, by móc tworzyć umysł grupowy i przeprowadzać dobre, czyli energetyczne rytuały. Moim zdaniem nie jest to jednak takie samo zapoznawanie się, jak to "na codzień" prowadzące do nawiązywania się przyjaźni, bo w rytuale, pozbawieni masek dnia powszedniego, przepełnieni energią jesteśmy jednak kimś trochę innym i pracujemy sami z sobą a także z sobą nawzajem na zupełnie innym poziomie. Celem takiego modelu może być maksymalne skupienie na rytuale, kiedy się go przeprowadza. Poza tym ludzie nie znający się - a zatem nie przyjaźniący się, ale i nie plotkujący ze sobą - nie kłócą się i nie powodują takich problemów, jak zerwane przyjaźnie, obrażanie się.
W niektórych kowenach zdarza się również, że kandydatom nie wolno spotykać się z innymi wiccanami lub nawet wiccanami ze swojego przyszłego kowenu, nawet jeśli osoby te nie ukrywają swojej tożsamości.

Dużo częściej opisywanym podejściem jest traktowanie wiccan ze swojego kowenu (czasem nawet i linii) jak rodziny. Często mówi się (a raczej pisze w Internecie), że kowen jest magiczną rodziną. Sami wiccanie często mówią o sobie "Bracia i Siostry w Wicca", a inicjacja jest często opisywana jako ponowne narodziny - narodziny w nowej rodzinie. Nie rozszerzanie jednak tego o obszerniejszy opis, wyjaśniający pewne zależności, jest okropnym spłycaniem i prowadzi do nieporozumień.
Wiele osób traktuje określenie "Wicca = rodzina" bardzo dosłownie, stąd nic dziwnego, że wielu wiccan od tego określenia chętnie się odżegnuje. Nie wolno traktować kowenu jako zastępnika rodziny, w której się wychowało, a wydaje się, że wiele osób wyznających ten uproszczony pogląd poszukuje w kowenie i w wiccanach czegoś, czego zabrakło im w domu rodzinnym lub wśród przyjaciół. W kowenie nie ma miejsca dla tych, którzy nigdy nie będą się zgadzać z innymi, bo nie będzie tu wybaczania "do usranej śmierci".
Kowen może być pewnym rodzajem magicznej rodziny, o której trzeba pamiętać, że samemu się ją wybrało. Na zasadzie obustronnej umowy możemy postanowić, że ty będziesz moim dzieckiem, a ja będę twoją mamą - będziemy się szanować, kochać i sobie ufać, będę się tobą opiekować, pokazywać świat, ale musisz być posłuszny i robić o co cię poproszę. Nie zawsze będzie idealnie, ale będziemy się starać. Tymczasem, jeśli "dziecko" będzie knąbrne i nie uszanuje "rodziców", lub odwrotnie - jeśli "rodzic" nie opiekuje się "dzieckiem" taką umowę można po prostu zerwać. Wybraną dla siebie rodzinę można bez przeszkód opuścić... lub z niej wylecieć.
Związek kowenu z jego członkiem, skoro już przy rodzinie jesteśmy, może często przypominać bardziej związek małżeński, niż przysposobienie. W związek taki wstępują osoby dorosłe, odpowiedzialne, posiadające pełnię odpowiednich praw. Jeśli jednak nie mogą siebie znieść - należy się rozstać, bo szkodzi się wówczas sobie nawzajem i osobom w otoczeniu takiej pary.

Z kolei często w liniach, w których panuje "rodzinna" atmosfera członkowie kowenu znają się nie tylko z rytuałów, dzięki czemu, moim zdaniem, uzyskuje się pełniejszy obraz danej osoby. Może, niestety nastąpić przegięcie - chęć pokochania kogoś, kogo się nie lubi, w myśl powyżej opisanego "wybaczania do porzygania", mimo nieustającego braku szacunku. Takie przejścia są bardzo bolesne, ale zdarzają się dużo częściej w grupach, które powstają z niczego, w grupach, które nie mają przykładu z nikąd. Tak bardzo chcą być rodziną, że robią to źle. Ploteczki przeradzają się w plotki, ciągłe przebywanie ze sobą, jak przyjaciółki z jednej ławki, z czasem zaczyna męczyć.

Jednak pod okiem doświadczonych - nie tylko Arcykapłanów, ale również starszych stażem wiccan, mając ich przykład i rady w magicznej rodzinie mogą się z czasem zawiązać nicie przyjaźni, koleżeństwa, szacunku. Nie musimy się zawsze uwielbiać ani wymieniać codziennie ploteczek, ale już wzajemny szacunek wystarcza, by móc się spotykać, rozmawiać, organizować wspólne imprezy i wycieczki... byle nie za często ;)

Czy w ten czy tamten sposób - konflikty są moim zdaniem nie do uniknięcia, bo wiccanie również są tylko ludźmi, bywają wredni i mili, pochłonięcji pasją lub zimni, skupieni w ciszy lub łatwo rozpraszający się. Dodatkowo trudno unikać kontaktów w dobie portali społecznościowych i komórek, więc pewnie plotki i przyjaźnie - pewnego rodzaju rodzinne stosunki nawiążą się tak czy inaczej. Z drugiej strony - sprzęt zawsze można wyłączyć.

Zdjęcie znalezione na http://www.dydan.net/

A wy, drodzy czytelnicy? Stawiacie na Krewnych czy Znajomych? Jak wyobrażacie sobie stosunki w wiccańskim kowenie? I jak - jeśli w ogóle - widzielibyście w nim siebie?