29 stycznia 2018

Na łonie salonu


Postanowiłam napisać ten artykuł kiedy okazało się, że moje tłumaczenie na Facebooku zdecydowanie nie zmieści się w jednym poście. Chodzi oczywiście o tłumaczenie wszystkich zawiłości organizowania rytuałów w lesie. Wspomniałam w poprzednim wpisie, że organizowanie rytuałów wiccańskich na świeżym powietrzu nie jest najlepszym pomysłem... i wywołałam spore kontrowersje. No to już się ze wszystkiego tłumaczę.
[...]sądziłam że wymaga to aż takiej organizacji. Bardziej wyobrażałam sobie sabat w lesie/na polanie gdzie zbierają się czarownice i świętują całą noc przy ognisku. [...] nie spodziewałam się że w Warszawie nie ma żadnego dużego lasu, który dałby odpowiednie schronienie.
- napisała Katarzyna - Kali. Szczerze mówiąc - nie dziwię się. Też sama kiedyś bym się nie spodziewała. Myślałam, że na tak dużym obszarze zawsze coś się jakoś znajdzie. Rzućmy więc okiem na topografię.


Jak łatwo zauważyć, najbardziej zazielenionym terenem w Warszawie wydają się być... parki. Łazienki Królewskie czy Pola Mokotowskie to nie są dobre miejsca na rytuał. Są oczywiście laski na skrajach miasta, ale albo dojazd tam środkami masowego transportu jest co najmniej trudny (no bo albo cywilizacja, albo dzicz, zdecydujmy się), albo... i tak są to parki. Taki Las Kabacki czy poznańska (z moich dawnych okolic) Dębina to lasy jedynie z nazwy i mogą je udawać jedynie przed kimś, kto chyba nigdy w lesie nie był. Znacznie bliżej im do parków.

Dojazd, dochodzenie, donoszenie...

Wiem, że miejsca bezludne, albo prawie bezludne daje się znaleźć. Wiem, bo byłam kilkukrotnie gościem na rytuałach innych pogańskich grup. Jeden odbywał się nad rzeką w miejscu faktycznie odludnym, nad rzeką, ale trudno było się do niego dostać - w takim sensie, że podejście było mało wygodne. Z trudem wyobrażałam sobie, jak mogłabym donieść na taki rytuał wszystkie niezbędne narzędzia. To znaczy ok, narzędzia nie są niezbędne i można się obyć bez nich lub zaimprowizować je na miejscu. Jednak po coś one są, prawda? Często przywiązujemy się do nich i dzięki temu łatwiej nam wejść w odpowiedni nastrój i stan umysłu. Długo by jeszcze pisać, ale skupmy się na tym, że jeśli możemy sobie na to pozwolić, to lepiej je mieć, niż nie mieć. Niestety, dużo większy problem byłby, by z tymi narzędziami z rzeczonego rytuału wrócić. Powrót był jeszcze mniej wygodny, bo rzeka nieco wezbrała w ciągu kilku godzin. Dlaczego ja, młoda koza wspominam o takim drobiazgu? Bo wicca jest międzypokoleniowa.


Ja wiem, że w Polsce jeszcze tego nie widać, ale z czasem nawet czarownice się starzeją. Często praktykowałam i nadal praktykuję z ludźmi o pokolenie a nawet dwa pokolenia starszymi od siebie. Jestem też pewna, że więcej niż jedna osoba, z tych, z którymi dzieliłam krąg mogłyby być i moją prababką! W takiej sytuacji komfort dojechania, przejścia, odbycia rytuału w warunkach po prostu wygodnych jest nieoceniony. Zwłaszcza kiedy nestorzy chcą już spać, a młodzież - bawić się do rana. Do tego na dworze w taki Imbolc na przykład może być zimno. Stanowczo za zimno na wiccański rytuał.

Natrętne łaziki

No bo pamiętacie, że wiccańskie rytuały powinny odbywać się skyclad - na golasa. OD BIEDY w szatach rytualnych, przeznaczonych do tego celu. Jest wiele argumentów za takim rozwiązaniem, w tym jedno, najbardziej proste. Tak jest najwygodniej, bo to działa. Komfort w działaniu nago a nie w szacie (nie wspominając o kurtce) w rytuale wiccańskim jest kluczowy. Nie bez powodu ta tradycja utrzymuje się od Gardnera do dzisiaj. To po prostu działa. Gdyby nie działało, to byśmy to wyrzucili z naszej praktyki. Do tego nasze misteria są okryte tajemnicą. Nikt nie powinien więc nas widzieć ani słyszeć. Zderzenie z przypadkowymi wędkarzami, zbieraczami jagódek czy pijaczkami mogłoby zakończyć się tłumaczeniem  "My z klubu buddystów... tfu! Nudystów!" - jak zauważyła Nefre

Te panie mogą się czuć bezpiecznie - są w prywatnym ogrodzie... a poza tym - mają kostiumy od łokci do kolan!
Kadr z filmu "Kult" (The Wicker Man, 1973 r.)
Tutaj zaczęło się główkowanie...
A co ze strażą? może można by było postawić "na czatach" ze dwie osoby, które będą patrolować okolicę? Na tyle blisko by nikt nie mógł się przedrzeć i na tyle daleko by nic nie widzieć?
- pyta dalej Kali. Pomysł jest wart zastanowienia... ale już po chwili zaczynam widzieć w tym dziury. Jeśli tymi wartownikami mieliby być członkowie kowenu - odpada, bo tracą rytuał. Jeśli miałyby to być, jeśli dobrze zrozumiałam pomysł Kali, osoby spoza kowenu, to widzę tutaj kolejne problemy. Musiałyby to być osoby bardzo zaufane, żeby dopuścić je do wiedzy gdzie kowen dokładnie się spotyka i po co. I musiałyby ciągle krążyć, bo, jak rozumiem, jeśli rytuał jest w leśnej głuszy, to 2-3 wartowników "stacjonarnych" może nie wystarczyć, żeby widzieć teren ze wszystkich stron. No i trzeba się liczyć, że mogą przypadkiem, lub "przypadkiem" pomylić ścieżkę i jednak zbliżyć się do rytuału za bardzo. W ten sposób zamiast postronnego gapia, mamy swojego gapia. Różnica może i jest, ale nie wielka. Co prawda wiedźmy wiccańskie mają sposoby na chronienie swoich sekretów (co prawda podglądaczowi może się przy tym spalić mózg, oczy wyjść z orbit, a uszy zwiędnąć, ale ciiii...), ale skoro można unikać takiego ryzyka, to po co się na nie narażać?

Za gorąco, za zimno...

Kolejna sprawa o której wspomniałam, to pogoda. Nasz umiarkowany klimat nie za bardzo chce pod tym względem współpracować. Zbliża się Imbolc, a temperatura, którą mamy nocami na dworze nie zachęca do nagich eskapad. Pamiętajcie, że ostatnimi laty zimy i tak są wyjątkowo ciepłe, ale co by było, gdyby temperatura sięgnęła minus trzydziestu? A przecież i takie zimy mieliśmy niedawno. Ba, ostatnio przed pomysłem zrobienia beltane'owego grilla powstrzymał moją Rodzinkę grad, a wszyscy pewnie nadal ze wstrętem wzdrygają się na wspomnienie roku, kiedy jeszcze 2 tygodnie przed majówką wesoło naiwaniała śnieżyca. Pomijam już tutaj fakt, że przecież rozpadać się może w dowolnym momencie.

Ładnie tu... ale rytuału to ja tu nie chcę mieć, brrr!
Z resztą nie tylko zła aura nam grozi. Jak już kiedyś pisałam, Natura jest wredna i groźna, i nie zawaha się, żeby utrudnić nam życie. Dlatego nasyła na nas również wszelkiego gatunki potwory latające i pełzające. Meszki, komary, mrówki, kleszcze, a nawet węże w niektórych okolicach. Lasy są też często mieszkaniem dla pajączków i ja wiem, że pajączki w naszych rejonach groźne nie są. Groźna za to może być arachnofobia, która wielu z nas towarzyszy w różnym stopniu. I jasne - można się wypryskać wszelkimi specyfikami, jednak w odpowiednim stężeniu komarów na metr powietrza to niewiele daje. Osoby, które siedzą na Wyspach za Małą Wodą pewnie już zdążyły zapomnieć, jak to jest (do dobrego człowiek szybko się przyzwyczaja), a jednak to bardzo uciążliwe. Wielu ludziom sama myśl o tym, że mogą zostać pokąsani przez meszki i komary, a kleszcze wbiją się im w skórę może być na tyle niekomfortowa, że utrudni skupienie na rytuale. Do tego wiele osób nie tyle boi się samych ukąszeń, co chorób roznoszonych za ich pośrednictwem i alergii na jad - a to już mogą być sprawy niebezpieczne. I jasne, że przy każdym wyjściu na dwór narażamy się na bycie dziabniętym, ale w mieście, zwłaszcza jak ktoś nie ma ogródka, jest na to znacznie mniejsza szansa niż w dziczy.
One wcale nie pląsają! One odganiają owady!
"Wiosna" - Frédéric Soulacroix

Niech będzie po staremu

A jeśli to wszystko Was nie przekonuje, to niechaj przykładem będzie... tradycja.
Jeśli poszukacie w internecie zdjęć kowenów czy znanych czarownic (np. Alexa Sandersa, on to się lubił fotografować...) to zobaczycie, że praktycznie wszystkie zdjęcia są inscenizowane w pomieszczeniach. Oczywiście, nie są to zdjęcia prawdziwych rytuałów, ale dają pewne pojęcie i mogą, moim zdaniem, być dobrym przykładem. Istnieją wywiady z pierwszymi wiccanami, którzy mówią o urządzaniu na czas rytuałów świątynie w swoich salonach. W reszcie - nawet Dziadek Gerald, mimo, że miał większość udziałów w klubie nudystów i tak wybudował na jego terenie "Chatkę czarownic" w której odbywały się rytuały kowenu Bricket Wood.

Zdjęcie "Chatki czarownic" - miejsca spotkań kowenu Bricket Wood z 2006 r.

Oczywiście - da się. Oczywiście, że się da zorganizować prawdziwy, pełnoprawny rytuał wiccański w publicznym lesie. Nawet w takim uczestniczyłam pewnego lata, ale to nie był najlepszy rytuał, w którym uczestniczyłam. Ze względów bezpieczeństwa byliśmy w szatach - moja jest czarna i dość gruba, więc się w niej roztapiałam, a i tak pożarły mnie komary. Cieszę się, że mam takie doświadczenie, ale nie do końca tak powinny odbywać się rytuały. To wymagało bardzo dużego zaangażowania i wysiłku, i pewnie gdyby nie mój kilkuletni już wtedy staż, co chwila bym się rozpraszała.

Na swoim najlepiej

Ja wiem, że to taka ładna wizja. Czarownice tańczące wokół ogniska i w ten sposób świętujące swoje Sabaty... problem w tym, że nie do końca prawdziwa. Takie rytuały są możliwe do zorganizowania - ale to trudne. Przeszkody i niedoskonałości takiego podejścia piętrzą się szybciej, niż się rozwiązują. A jako że czarownice są praktyczne, jeśli nie mamy swojego kawałka lasu, ani odgrodzonego płotem ogrodu, to praktyczniej jest jednak zorganizować rytuał w pomieszczeniu. Sucho, ciepło, wszystkie narzędzia pod ręką a mordercze stwory - na zewnątrz. I mamy komfort intymności - tutaj na pewno nikt nas nie będzie podglądał.

"Nimfy tańczące w rytm fletni Pana" - Joseph Tomanek
PS. I oczywiście zapraszam na Fanpage Bloga Czarowniczego na Facebooku!

18 stycznia 2018

Planowanie - poziom zaawansowany


Wielu Czytelników zgodziło się, że potrzebują w swoim życiu więcej opowieści z arcykapłańskiego życia i perspektywy. Na pierwszy ogień opowiem Wam, jak się organizuje rytuały i jak to wygląda technicznie, ponieważ jest tutaj działają mroczne siły, o których nigdy byście nie pomyśleli...

15 stycznia 2018

Aukcja dla Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy - ciągle trwa!

Spojrzałam ostatnio do swojej szkatuły z biżuterią - tą magiczną i tą zupełnie zwyczajną. I wtedy zobaczyłam to stare cudeńko.
Otóż od ponad 10 lat (a raczej już dobrych kilkanaście, sama już dobrze nie pamiętam) mam pewien drobiazg. Nie jest on ze szlachetnego kruszcu, prawdę mówiąc sama nie wiem z jakiego jest metalu (prawdopodobnie to stop cynku). Mimo to przez przez wiele lat towarzyszył mi na wiccańskiej ścieżce, nim jeszcze dokładnie na nią weszłam. To było lata, nim poznałam swoich arcykapłanów, o kowenie mogłam tylko marzyć. Wtedy o tradycji Wicca czytałam w internecie z wypiekami na twarzy.


Na festynie historycznym pewien pan sprzedawał takie unikatowe cudeńka właśnie. Byłam młodą dziewczyną, mieszkałam z rodzicami i nie chciałam kupować sobie pentakla. To znaczy chciałam, ale bałam się, że będzie zbyt kontrowersyjny, że wywołam jakąś awanturę, albo przynajmniej niekończące się dyskusje, że już kompletnie mi odbiło.


Swoją drogą pentakl zawsze wydawał mi się trochę... oklepany? Wicca w końcu nie utożsamia się wyłącznie z jednym symbolem, a wszystkie znane mi (wówczas głównie z internetu) czarownice albo już miały pentakl, albo właśnie o takim marzyły. Nie miałam więc nic przeciwko, aby nosić trykwetrę. Przeplatający się nieskończenie potrójny węzeł kojarzony z Magią Trójek - Potrójną Boginią, trzema wymiarami, trzema aspektami człowieka: ciałem, umysłem i duszą, w reszcie, z Prawem Trójpowrotu. Wydawała mi się IDEALNYM symbolem na początek mojej wiccańskiej drogi, a byłam już wtedy pewna, że chcę nią podążać. I faktycznie, nosiłam ją przez szereg lat.

2009 rok - ależ byłam wtedy młoda! Już wtedy miałam tę trykwetrę od dłuższego czasu
Od tamtego momentu minęło wiele lat. Aż łezka się w oku kręci, kiedy sobie o tym wspominam!
Dziś sama jestem arcykapłanką i prowadzę kowen. Dzisiaj sama jestem autorką bloga, prowadzę FanPage, współtworzę stronę "Wiccański Krąg". Na pewno wiecie też, że organizuję różne wydarzenia dla innych czarownic i magów - spotkania, warsztaty i konferencje.
I czasami, po cichutku, mam nadzieję, że komuś moja działalność pomaga tak, jak ja czerpałam wiedzę od innych, starszych stażem czarownic w necie.
Kiedy więc zobaczyłam ponownie ten wisior z symbolem potrójnego węzła uznałam, że powinien już mnie opuścić i iść w świat. Pomyślałam, że czas przekazać go komuś innemu. Osobie, którą symbol Magicznych Trójc, będzie prowadził dalszą drogą, tak jak kiedyś prowadził mnie. Że chciałabym, by ponownie stał się amuletem, przypominającym o wiccańskiej bądź magicznej ścieżce.
Żal jednak z pamiątką rozstawać się ot tak. Poza tym, komu konkretnie mogłabym go dać?


Szybko przyszło olśnienie. W styczniu mamy przecież genialne święto otwartych serc i jedności wszystkich Polaków i nie tylko. Jak więc nie przekazać datku dla Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy?
Tak więc zdecydowałam się wystawić mój wisiorek z trykwetrą na aukcji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.
Cieszę się, że moja trykwetra będzie mogła być drogowskazem dla kolejnej młodej czarownicy. Cieszę się tym bardziej, że pieniądze z jej sprzedaży zostaną przekazane na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, co oznacza, że puszczenie wisiorka w obieg przyniesie światu wiele korzyści na raz.
Co prawda w niedzielę mieliśmy już Wielki Finał i Światełko Do Nieba już poszło, ale aukcje dla WOŚP jeszcze trwają. Aby licytować wisiorek macie jeszcze 10 dni.
Wszystkim, którzy już udostępnili informację o aukcji lub wzięli w niej udział - serdecznie dziękuję. Jesteście niesamowici!
Cena była podbijana już kilkadziesiąt razy! W chwili publikacji wpisu cena przekroczyła cenę minimalną ponad dziesięciokrotnie!
Już przeszliście moje najśmielsze marzenia.
Życzę sobie i nam wszystkim, aby WOŚP pobiła zeszłoroczny rekord (jak co roku).
Powodzenia na aukcji!

14 stycznia 2018

27 listopada 2017

W zdrowych ciałach - jeden duch


Dzisiaj zapytałam Czytelników, o czym chcieliby poczytać. Jestem ostatnio na krzywej wznoszącej, jeśli chodzi o nastrój, twórczość i chęć do działania, byłam więc w miarę pewna, że napisanie o umyśle grupowym okaże się pestką (dziękuję Agacie za temat!). Kiedy jednak zaczęłam się przymierzać do tego wpisu, trochę się sprawy pokomplikowały...

Wspólne podejmowanie decyzji

Jak wiecie, jestem bardzo konkretną osobą lubię na początek uporządkować dyskusję, zanim zdąży się w niej zrobić bałagan. Zaczęłam więc szukać definicji określenia umysł grupowy i... nic. Przynajmniej nic z takiej definicji, jaka by mnie satysfakcjonowała. Trochę lepiej było po angielsku, bo definicje znalazły się w Słowniku Oksfordzkim i Słowniku Merriam-Webster. Generalnie definicje pojęcia group mind zawierają podstawową informację: umysł grupowy to wspólny pogląd jakiejś grupy na coś, wspólna idea lub pragnienie, które dzielą wszyscy członkowie grupy i dominujące nad zdaniem poszczególnych członków.



Brzmi w sumie coś, co łączy każdą grupę, która z jakiegoś powodu ma wspólny cel. Cel ten jednoczy grupę i sprawia, że grupa trzyma się razem. Co w sumie jest i prawdą w przypadku Wicca i umysłu grupowego kowenu. Spotykamy się razem i mamy wspólny cel, by przeprowadzać rytuały, prawda?
No, niby prawda, ale i tak dawno nie słyszałam takiego niedopowiedzenia.

Magiczne zespolenie

Kowen jest wyjątkowym rodzajem grupy - pracuje razem magicznie i to regularnie, we w miarę niezmiennym gronie. To już nie jest zbiegowisko, ale zespół, którego członkowie są nomen omen zespoleni. Każdy członek kowenu przyjmowany do takiego grona, jest inicjowany i składa magiczną przysięgę, co z kolei prowadzi do wytworzenia się specyficznej więzi, pieczęci, która zespala i scala całą grupę na poziomie energetycznym, ale też duchowym i głęboko mistycznym. Taki rodzaj więzi trudno znaleźć w innych okolicznościach. I to właśnie w momencie inicjacji nowy członek wiccańskiej rodziny zaczyna łączyć się z umysłem grupowym swojego kowenu. A to dopiero początek.

Cały dowcip polega na tym, że to co dostajemy w momencie inicjacji, bądź to co uda nam się wypracować z kowenem do którego chcemy przystąpić (o ile to w ogóle się uda), to dopiero maleńki zalążek porządnego uczestnictwa w grupowym umyśle. Kiedy powstaje nowy kowen i dołączają do niego pierwsze osoby jego group mind jest jeszcze bardzo maleńki. Bardzo pomaga wtedy przyjaźń między członkami kowenu, utrzymywanie kontaktu i spędzanie wspólnie czasu, jednak absolutnie najważniejsza dla ukształtowania silnego i zdrowego umysłu grupowego jest wspólna regularna praktyka - czyli rytuały. No ale chyba po to się zakłada koweny, no nie?

Troszeczkę łatwiej jest, kiedy nowa osoba dołącza do ustanowionego już i silnego kowenu z potężnym umysłem grupowym. Nowa osoba, przy odrobinie zaangażowania nie powinna mieć problemu z dopasowaniem się do zespołu, jeśli zespół otworzy się na tę osobę. Jednak, jak widzicie i tu jest potrzebna chęć współpracy wszystkich stron.

Kadr z serialu "True Blood". Kowen jaki był - taki był, ale kadr jest przepiękny ;)

Różni ludzie, jeden umysł

No i oczywiście na skład jakościowy umysłu grupowego składają się wszystkie poszczególne umysły go tworzące, czyli cechy wszystkich kowenowiczów razem i z osobna. Muszą być do siebie dobrane pod takim względami, aby członkowie kowenu się wspierali, pomagali sobie i by magiczna więź była jak najskuteczniejsza. W pewnym sensie muszą być to osoby pasujące do siebie charakterami, temperamentem, ale nie tylko, bo tych cech, które trzeba brać pod uwagę jest wiele. Do tego należy wziąć pod uwagę pewną spójność poglądów w grupie, zdolności magiczne, zaangażowanie... Udział poszczególnych osób w grupie trzeba rozważyć na wielu płaszczyznach... tym jednak większość z Was nie musi się martwić - już w tym głowa arcykapłanów, żeby dobrać ludzi, którzy będą do siebie pasować.

Widzicie więc, że w Wicca koncept umysłu grupowego jest głębszy i bardziej skomplikowany, niż na to wskazuje jego słownikowa definicja. To już nie tylko wspólna idea, łącząca grupę we wspólnym celu. To więź magiczna, duchowa pieczęć, przenikająca do kości, a z drugiej strony cały czas wymagająca pracy nad jej wzmacnianiem, pielęgnowaniem i pilnowaniem, by wzrastała i dawała siłę i korzyści wszystkim członkiem kowenu.
No dobrze, ale czas zadać sobie pytanie - na co to komu?


Strefy wpływów

Wicca jest ścieżką praktyki grupowej. Nie ma Wicca bez kowenu, bo nie ma rytuału bez grupy, a to właśnie rytuał, praktykowanie to najważniejsza część tej religii i jej rdzeń. I właśnie do tego potrzebny jest umysł grupowy - spajając grupę sprawia, że i nasze rytuały są bardziej spójne. Im silniejszy umysł grupowy kowenu, tym większa jego moc, a rytuały stają się coraz bardziej potężne, mają większy wpływ na świat i na nasze umysły. Dzięki umysłowi grupowemu możemy również rzucać skuteczniejsze zaklęcia i łatwiej angażować się w inne wspólne praktyki. Możemy nawet odprawiać rytuały hermetycznie, to znaczy bez fizycznego spotkania się, a za to łącząc się w naszych umysłach.

Nasze stopione umysły łatwiej "synchronizują się" na czas rytuału, łatwiej dostosowują się do siebie i łatwiej wślizgują się w rytualną przestrzeń wspólnie. Łatwiej jest nam też pracować dzięki temu w samym rytuale, znając siebie nawzajem i wspólne możliwości. Oczywiście tak dobre poznanie umysłu drugiej osoby (niekoniecznie z udziałem intelektu i logiki) prowadzi również do skutków ubocznych. Takie skutki obejmują: zauważanie i komentowanie rzeczywistości tymi samymi słowami w kilka osób na raz, kończenie za siebie urwanych zdań, przygotowanie jedzenia bez wcześniejszego umawiania się i nie kończenie z samymi sałatkami oraz branie do ręki telefonu, kiedy już wiesz, że za chwilę zadzwoni członek twojego kowenu.
To wszystko brzmi zabawnie, ale tak właśnie jest.

Pamiętając oczywiście o tych przyjemnościach nie wolno nam zapominać o najważniejszych cechach umysłu grupowego, jaki tworzymy w kowenie. Jego rolą jest pozwolenie nam na przeżywanie rytuału głębiej i pełniej, na łatwiejszą i lepszą praktykę. Łączy on wszystkich członków rodziny w sposób fundamentalny, bo opiera się na magicznej więzi, jednak aby pełnił swoją rolę jak najlepiej, należy o niego dbać, bowiem im silniejszy umysł grupowy, tym głębsze i mocniejsze rytuały jesteśmy w stanie przeprowadzać. A to właśnie to, jest sercem Wicca.


PS. Po więcej materiałów, polecanych artykułów i newsów - zapraszam na stronę Bloga Czarowniczego na Facebooku.

23 listopada 2017

Fejsikowo 2 - kiczowate obrazki o ocenianiu


Pisałam już jakiś czas temu, jak strasznie mnie wkurzają ckliwe, przeintelektualizowane cytaty, umieszczone na ładnych fotografiach, przepełnione "mondrościom ludowom". "Paolo-Coelhizmy", które wydają się głębokie i przemyślane, a tak naprawdę przypominają bardziej intelektualną kałużę. Poprzedni taki wpis dotyczył "Prawdziwej Rodziny, która nigdy nie ocenia". No to dzisiaj poznamy prawdę o ocenianiu innych ludzi.

Tylko Bóg może mnie sądzić!

To powiedzenie, a właściwie cytat i tytuł utworu Tupaca Shakura, już lata temu straciło oryginalne znaczenie. Sam utwór jest o... umieraniu, kiedy to podziurawiony od kul podmiot liryczny stwierdza, że "teraz, to już tylko Bóg go osądzi". No w takich okolicznościach przyrody trudno polemizować, ale to trochę ironiczne, że ludzie tatuują sobie ten cytat, jako życiowe motto?

Tylko bog moze mnie sadzić - życiowe motto ogrodników
Ok, tylko... co to właściwie znaczy dla osób, które sobie to tatuują? Najczęściej jest to protest przeciwko policji i wymiarowi sprawiedliwości. Hip-hop, rap i ten nasz podmiot liryczny umierający od kul może się kojarzyć ze środowiskiem mającym problemy z poszanowaniem prawa. Ze środowiskiem gnatów i kos, środowiskiem "JP na 100%".
W internecie jednak bardzo szybko pojawili się "krewniacy" tego mema. "Memy-kuzyni" mówiące, że już nawet nie Bóg, ale nikt i nic nie jest w stanie nas osądzać. Że jesteśmy wyjątkowymi płatkami śniegu. Że nikt nigdy nie miał takich samych przeżyć jak my, nikt nigdy nie czuł się, tak jak my i nikt nigdy nie popełnił takich samych błędów jak my.



Wyjątkowi w bólu

Nie cierpię tego mema. Nie cierpię, bo sprawia, że osoby, które w jakiś sposób czują się poszkodowane, zranione, smutne, nakręcają się jeszcze bardziej, utwierdzając się w wyjątkowości swojego nastroju. Łatwo wpaść wręcz w specyficznego rodzaju zachwyt nad własnym cierpieniem. I jasne, każdy musi się od czasu do czasu wypłakać, ale to nie jest tak, że nikt nigdy nie czuł się tak jak my. To zwyczajnie nieprawda.
KAŻDY ma czasem gorszy dzień. KAŻDEMU kiedyś nie udało się w miłości. KAŻDY kiedyś się bał. Wiele jest osób, które krzyczały w bólu albo udawały, że nic ich nie boli. Jest wiele osób, które chorowały i chorują na depresję lub mają podobne problemy zdrowotne. Jasne, każdy przypadek jest inny, ale trzeba starać się rozglądać za pomocną dłonią, wychodzić z tego, szukać rozwiązań. Takie chwalenie się swoją wyjątkowością i pogrążanie w smutku siebie lub osób, które będą oglądać obrazki na twojej facebookowej ścianie jest po prostu szkodliwe.

Krytyka jest dla słabych

W końcu istnieją obrazki takie, jak na górze wpisu. Obrazki w stylu "mam swój świat", "mam prawo do swoich błędów", ewentualnie "mam wyje*ane". Moje decyzje są moje i nikt nie może o mnie powiedzieć złego słowa. Nie będę się do nikogo dostosowywać, będę robić co chcę, a tobie nie wolno tego komentować



Bujda na resorach... 
Zasadniczo wszystkie te memy "nie można mnie oceniać" - całą szeroką rodzinę, należy wrzucić do jednego śmietnika. Ludzie będą oceniać. Zawsze oceniają. Oceniają Ciebie, oceniają mnie, oceniają tę dziewczynkę z obrazka. Takie są konsekwencje życia w społeczeństwie - taka jest konstrukcja tego społeczeństwa. Możemy jedynie wybrać, jakie opinie będą dla nas ważniejsze, a jakie mniej ważne, czyja krytyka jest dla nas bardziej istotna. Gdyby nie krytyka, społeczeństwo, które nas ocenia i swoimi ocenami umieszcza w pewnych kategoriach - skąd będziesz wiedziała, dziewczynko z koczkiem, czy twoje decyzje były błędne i czy ich później żałować? 

Oczywiście, takie oceny będą różne, ba, pewnie w wielu przypadkach będą skrajnie sprzeczne. Ale to dobrze! To właśnie pozwala nam reagować na tę krytykę, odnosić się do niej, oceniać oceny innych. Nie można jednak ludziom powiedzieć, że nie mają prawa do ocen. - grunt, żeby oceny te wyrażać w sposób kulturalny i wyważony

Wiccańskim okiem...

A tak jeszcze na koniec... krzyczenie i demonstrowanie, że co prawda robić będę co chcę, ale niech nikt mnie nie ocenia i nie wyraża zdania - jest bardzo niewiccańskie. W Wicca cały czas uczymy się rozważać swoje czyny, bo cały czas będą nas dotykać ich konsekwencje. Kreowanie przekazu, że "mam prawo błądzić, ale niech nikt mnie z tych błędów nie rozlicza", zwłaszcza przez osoby uważające się za uduchowione czy też (jeszcze gorzej) będące jakimś duchowym autorytetem dla innych to jakiś absurd. To jak próba stawiania pola siłowego przed konsekwencjami, które są i będą zawsze nieuniknione. Wiccanin nie powinien tak robić. Czarownica świadoma, dorosła, wie, że wszystko co zrobi, będzie do niej wracało. Nie będzie krzyczeć "nie oceniaj mnie", ale za każdy czyn i za każde słowo poniesie lepsze lub gorsze konsekwencje. I zrobi to z dumą i podniesionym czołem, bo wiccanin, który jest dość dojrzały, żeby znieść oceny swoich działań, to człowiek prawdziwie wolny.


PS. Oczywiście zapraszam do polubienia Fanpage Bloga Czarowniczego na Facebooku.

21 listopada 2017

Energia seksualna

Karta z wyroczni autorstwa Toni Carmine Salerno

O energii seksualnej w Wicca bardzo często się rozmawia, ale jeszcze częściej się spekuluje, plotkuje i snuje domysły. W końcu jeśli te całe tajemne rytuały odbywają się nago, to przecież musi być coś na rzeczy? A prawda jest taka, że bardzo, bardzo trudno jest wielu osobom zrozumieć wiccańskie podejście do seksu, zwłaszcza, że należy odróżnić seks od seksu i ilość seksu w seksie ;)

11 listopada 2017

Dlaczego piszę po polsku, czyli post za długi na Facebooka


Dzisiaj jest nasze Święto Narodowe. Dzień Niepodległości. Dzień, w którym 99 lat temu Polska wróciła na mapę, a Polakom - zwrócono Wolność.

I pomyślałam, że napiszę Wam, niejako z tej "okazji", coś o tym blogu i FanPage'u na Facebooku.
Na FanPage'u bowiem nie pojawiają się żadne linki (przynajmniej nie za mojej pamięci... w każdym razie staram się ich unikać) do zagranicznych niepolskojęzycznych materiałów, gify z napisami nie po polsku, ani teksty, które sama napisałabym po angielsku. Nie dlatego, że nie umiem.

Wręcz przeciwnie - uważam, że umiem w angielski całkiem nieźle, zważywszy na nie tylko możliwość czytania książek w tym języku, ale i na to, że to przecież w Anglii uczyłam się, doskonaliłam i nadal praktykuję w tamtejszym kowenie. A możecie mi wierzyć, że to wymaga płynnej znajomości języka, by nie tylko wiedzieć, co kto w rytuale mówi, ale i czuć co kto mówi. W tych słowach tkwi energia, magia, trzeba je więc nie tylko słuchać i wypowiadać, ale też je odczuwać.

Nie chodzi też o to, że mam użytkowników internetu czy Facebooka za ignorantów. Ja wiem, że językiem sieci i tak jest angielski i niemal każdy potrafi go zrozumieć w stopniu, pozwalającym ogarnąć gify z ładnym widoczkiem w tle. Że użytkownikami portali czy uczestnikami blogosfery są głównie ludzie młodzi, kształcący się, który wszechobecny angielski pochłaniają niemal przez skórę. To naprawdę nie jest tak, że ja nie doceniam umiejętności i inteligencji internautów.

...bo tak na prawdę, to...

...widzicie... to był po prostu mój świadomy wybór. Przemyślana decyzja, której staram się konsekwentnie trzymać. Pisać o Wicca po polsku, dla Polaków i dla Polski.

Ja wiem, że to trochę pompatycznie i nadęcie brzmi. Innym może się skojarzyć niemal jak szowinistyczne zawołanie, ale to kompletnie nie o to chodzi.

Mieliśmy i mamy pewnie nadal wiele wiccańskich, czy para-wiccańskich stron, stronek, forów, na których przepisywane są niemal jeden do jeden teksty z publikowanych książek, cytaty z zagranicznych artykułów, linki do międzynarodowych portali. Pojawiają się też strony całkowicie po polsku, ale ich zawartość bywała... negocjowalnej jakości i dopiero od paru lat mamy kilka rzetelnych źródeł informacji, o które były trudno "za moich czasów" - czyli 14 lat temu, kiedy dopiero odkrywałam Wicca. Dlatego postanowiłam dołożyć swoją cegiełkę.

Nie ma wielu innych, stricte wiccańskich blogów po polsku. W większości blogów na które się natknęłam, a na których temat Wicca się pojawia, to flufikowe lub nietoperkowe twory prowadzone zwykle przez młodzież, zajmujące się magią w kategoriach od sasa do lasa, albo raczej o wszystkim i niczym i powielające wikipedyczne notki i stereotypy. Co oczywiście w pewnym momencie zaczyna bardziej smucić i złościć, niż bawić.

I wypełniłam niszę.

Ja po prostu chcę pisać o Wicca i o magii na poważnie. Z serca. Nawet jeśli niezbyt często, to wkładając w to kawałki moich, mam nadzieję nie tak najmniejszych, wiedzy, doświadczenia i kompetencji. Zaczęłam działalność w internecie i blogosferze dawno temu i przez cały ten czas staram się podawać aktualne i sprawdzone informacje. Przez cały czas stałam na straży najpierw mojego marzenia, potem mojego treningu, a teraz - mojego domu, jaką jest Wiccańska Tradycja. Z tej ścieżki nie zbaczam i nie zawracam, stałam się jej częścią a ona - częścią mnie.

I chcę się tym dzielić po polsku, bo, jak powiedział Wajda, "myślę i czuję po polsku". Dość jest anglojęzycznych portali i stron, które służą z powodzeniem ludziom posługującym się tym językiem. Ja chcę mówić o tym, co dla mnie ważne językiem, który jest dla mnie ważny i który jest ważny dla wielu innych osób. A często - nawet jedyny. Wiele osób, choć napis pod śmiesznym obrazkiem odczyta, nie poradzi sobie z materiałami o duchowości, inicjacji i rytuale w obcym języku. Znam też kapłankę, która angielskiego nie zna niemal wcale. Czy ze względu na brak znajomości jakiegoś języka należy ludzi odrzucać, mówić im, że nie nadają się na czarownice i kapłanów w Wicca?

Chcę umożliwiać ludziom z Polski poznawanie Wicca. Chcę mówić do nich ich językiem i pokazywać im, jak cudownie można praktykować i rozwijać tradycję w ich kraju. W naszym kraju. Do tego staram się, co wydaje mi się ważne, pisać z Polskiej perspektywy. Wiem, jak trudno znaleźć tutaj kowen, jak skomplikowane może być zorganizowanie spotkania, jak mało jest możliwości kontaktu. Znam nasze polskie realia, naszą historię, naszą politykę - całe nasze tło, na którym wszyscy mieszkający w Polsce musimy funkcjonować. I staram się pokazywać, że się da, że można.

Polska zasługuje na Wicca a Wicca - na Polskę. Jestem przekonana, że wielu Polaków byłoby wspaniałymi czarownicami i kapłanami, że Wicca może się w Polsce fantastycznie rozwijać. Już teraz Polaków i Polek - wiccan jest powoli coraz więcej. Wicca to jedna z cięższych, ale i piękniejszych misji w moim życiu. Jeden z wspanialszych darów, który kiedykolwiek od kogokolwiek otrzymałam. Tak cudowne rzeczy aż chce się przekazywać dalej, dzielić się nimi z innymi ludźmi. Ja chcę się nim dzielić z moimi rodakami, w naszej Ojczyźnie, która choć czasem nam daje w kość, to tu nam przyszło żyć i ją kochać.
I chcę się nim dzielić w naszym, polskim języku.

30 października 2017

Umysł po transformacji - wrażenia po konferencji


Już ponad tydzień minął od zakończenia konferencji "Duchowa Alchemia - Transformacje Umysłu",  którą organizowała redakcja  Wiccańskiego Kręgu, a mój umysł jeszcze jest trochę w Krakowie. Niesamowici goście i uczestnicy, niesamowita atmosfera i oczywiście niesamowite ilości spalonych kalorii, żeby to wszystko ogarnąć. Ale opiszę Wam wszystko powoli i po kolei.

Czwartkowe Intro

Konferencja rozpoczęła się w piątek, 20 października, po południu, ale nasza dzielna ekipa organizatorska dotarła już w czwartek, aby zawczasu dopełnić jeszcze kilku formalności. Dzięki temu mieliśmy jeszcze czas na wspólny rytuał w czwartkowy wieczór, ale tym, jak wiecie, nie mogę się z Wami podzielić...

Cała impreza rozpoczęła się w piątek. Spotkaliśmy się, jak przed trzema laty, w hotelu Royal, którego okna wychodzą wręcz na wzgórze Wawelu. To ważne dla naszej historii miejsce jest też miejscem magicznym, w którym przecinają się energetyczne szlaki. Ponoć to tu właśnie znajduje się czakram naszej planety, jedno z najważniejszych jej centrów energetycznych.

Piątkowy start

Udało się nam zgrabnie zarejestrować wszystkich uczestników i po 15:00 w piątek rozpocząć pierwszy wykład z pathworkingiem, który po polsku i po angielsku poprowadzili Agni i Mike Keeling. Warszataty te pozwoliły nam zapoznać się z historią i teoriami dotyczącymi Bafometa, zaś sama medytacja umożliwiła nam pod jego przewodnictwem rozpaść się na kawałki, rozdrobnić i rozpuścić, by na nowo móc złożyć nasze dusze i umysły w jedną całość.

Kolejnym punktem programu był wykład Melissy Harrington, która wprowadziła nas w magiczne życie i twórczość Dion Fortune, ze szczególnym uwzględnieniem jej powieści "Kapłanka Morza". Na podstawie tego utworu, wierszy tej magini, jak i innych fragmentów poezji, które osadzono w rycie otwartego rytuału wiccańskiego, powstał zaś wspaniały rytuał, którego świadkami staliśmy się w piątkowy wieczór. W rolę Bogini wcieliły się nie jedna, ale aż trzy kapłanki, a my płynęliśmy na fali subtelnej, ale silnej jak ocean energii.

Aby pozbyć się jej nadmiaru i uziemić się, udaliśmy się do Klubu Tanecznego Opium. Co prawda w klubie nie byliśmy sami, jak mieliśmy na to nadzieję, ale stoliki czekały, zarezerwowane dla nas, muzyka oraz drinki były wyśmienite i wszyscy, wedle mojej wiedzy, świetnie się bawili.


Intensywna sobota

Po piątkowym popołudniu i wieczorze przyszedł czas na pełną wrażeń sobotę, 21 października. Rozpoczęliśmy wcześnie i bez trzymanki, bowiem już od 9:30 w tajniki procesu alchemicznego i Wielkiego Dzieła - Opus Magnum wprowadzał nas Wayland Smith. Wykład ów był przygotowaniem do wieczornego rytuału, nie brakło więc chętnych do wzięcia udziału w tym warsztacie.

Przed lunchem Vivianne i Chris Crowley opowiadali nam o Carlu Gustawie Jungu. Zarówno z punktu widzenia psycholożki i nie-psychologa usłyszeliśmy, co ciekawego każde z nas, zajmujących się pogaństwem i magią, może wyciągnąć i lepiej zrozumieć dzięki pracom Junga i wprowadzonym dzięki niemu do psychologii zagadnieniom związanym ze świadomością, podświadomością i nieświadomością zbiorową, jak również poznaliśmy sylwetki magów i czarownic, którzy inspirowali się jego pracą. Wiedzieliście, że Aleister Crowley znał prace Junga, zanim w ogóle stały się popularne... ?

Po lunchu, przed godziną 14:00 swój wykład i warsztat na temat Hermetyzmu oraz medytacji hermetycznej poprowadził Rufus Harrington. Niestety, nie dałam rady się na niego wybrać. Zmęczenie zmogło mnie bardzo, a do tego wzywały kolejne organizatorskie obowiązki... Ale zaręczam Wam, że rozmawiałam z Rufusem, przepraszając go pięknie, a on wspaniałomyślnie zgodził mi się wybaczyć ;) Mam nadzieję, że jeszcze dane mi będzie popracować z Hermetyzmem wspólnie z Rufusem.

A taki mieliśmy widok zaraz po wyjściu z hotelu. Udało mi się złapać zdjęcie Wawelu w krótkiej przerwie, którą udało mi się pazurkami wyskrobać.
W sobotnie popołudnie wysłuchaliśmy jeszcze wykładu Mellisy o tym, jak wraz z postępującym rytuałem podążamy wgłąb magicznego, mistycznego rytuału, w którego centrum następuje misterium - spotkanie z Bogami. Wieczorem zaś miejsce miał rytuał Wielkiego Dzieła. Rytuał oparty na przemianie alchemicznej w jej trzech fazach, podzielonych na siedem, powiązanych z kolejnymi planetami magicznych i duchowych operacjach. Rytuał miał zaskakującą dynamikę, ciągle przyspieszając i ciągnąć nas coraz mocniej w kolejne transformacje. Był bardzo dokładnie przygotowany, a świadomość, że organizatorzy tego rytuału właśnie, Wayland i jego ekipa, podróżowali z daleka, by go nam zaprezentować i zaprosić do udziału, że precyzja jak i gracja wręcz powalały.

Po 21:00 przenieśliśmy się do Klubu Zaginiony Świat. Choć ukryty w podwórku i w pierwszym momencie trudno go dostrzec, to miejsce o niezwykłej atmosferze, gdzie klimat dalekich podróży miesza się z archeologicznym duchem. To tu właśnie odbył się nasz wielki, halloweenowy bal maskowy. Niezwykle mnie cieszy, że aż tyle osób zdecydowało się na maski bądź przebrania - stanowiliśmy niezwykle barwną bandę!
Na balu zaprezentowaliśmy uczestnikom naszej konferencji i naszym drogim gościom małą niespodziankę. Poprosiliśmy znaną warszawską tancerkę i właścicielkę szkoły tańca orientalnego Hamsa o mały pokaz. Wszyscy podziwiali piękną Agatę Zakrzewską z zapartym tchem, a wierzcie, było co podziwiać przez tych kilka minut - ucieleśnienie gracji i wdzięku.
Tylna strona naszych programów, zaprojektowana przez młodego, utalentowanego artystę. Piękna jest!

Zaskakująca niedziela

W niedzielę, 22 października pospaliśmy trochę dłużej i warsztaty rozpoczęliśmy dopiero po 10:15. Tym razem prezentację przygotował dla nas Krzysztof Azarewicz z O.T.O. Opowiadał nam o Bartzabelu - duchu Marsa oraz o tym, jak Aleister Crowley przygotował i przeprowadził taki rytuał w 1910 roku. Po tym niedługim, ale treściwym wprowadzeniu Krzysztof i jego ekipa przeprowadziła dla nas ten sam rytuał - dokładnie taki sam jak Crowley i jego pomocnicy ponad 100 lat temu. Pieczołowicie wykonany ołtarz, krąg i odtworzone dokładnie magiczne formuły pozwoliły na sprowadzenie marsowego ducha do ciała rytualnego medium... ale nie będę za dużo zdradzać, niech historia ta zostanie owiana mgiełką tajemnicy.

Podziękowania

I to niestety już wszystko, bo po rytuale musieliśmy już zakończyć konferencję i podziękować wszystkim pięknie, a podziękowania swoje pragnę i tutaj powtórzyć.
Raz jeszcze dziękuję za wspaniałe warsztaty osobom, które poprowadziły kolejne punkty programu:
Agni i Mike'owi Keeling
Melissie i Rufusowi Harrington
Vivianne i Chrisowi Crowley
Waylandowi Smithowi
Krzysztofowi Azarewiczowi

Ja od siebie dziękuję również wszystkim organizatorom konferencji, szczególnie Nefre, Vivi i Agni, które włożyły mnóstwo wysiłku i serca, by konferencja odbyła się zgodnie z planem, jak również wszystkim moim kowenowiczom.
Podziękowania składam również na ręce Kamila Dymińskiego - artysty, który zaprojektował dla nas piękne i profesjonalne programy konferencji. Ukłony należą się też wspaniałej Agacie Zakrzewskiej, która zaprezentowała wspaniały pokaz tańca brzucha na naszym balu maskowym

Dziękuję również wszystkim uczestnikom konferencji - w końcu by jej nie było, gdyby nie Wy. Mam nadzieję, że długo będziecie jeszcze ją mile wspominać i że wiele się nauczyliście, jak i świetnie się bawiliście. Oby Wasze bransoletki z medalionami służyły Wam dobrze jako miłe pamiątki tych wydarzeń.
Do zobaczenia, mam nadzieję, wkrótce!

Ja, Agni i Mike - jeszcze chwilka relaksu, przed ostatecznym powrotem na ziemię ;)
PS. Śledźcie Wiccański Krąg na Facebooku i na stronie, pojawi się na pewno relacja uczestników konferencji.

PPS. Zachęcam oczywiście do polubienia fanpage bloga Czarowniczego na Facebooku!

2 maja 2017

Majówkowo


Dotrwałam jakoś do maja... 
Sama nie wiem jak i kiedy przeleciał kwiecień, upakowany do nieprzytomności nadgodzinami. Nawet okrągłe urodziny jakoś mi przeleciały i nie napisałam corocznej notki z narzekaniem, że się starzeję... prawdę mówiąc nie miałam czasu narzekać, ani nawet za bardzo zwrócić uwagi, że oto minął kolejny rok. Ze wzruszeniem ramion stwierdziłam, że nie czuję się ani lepiej, ani gorzej, ani w sumie w ogóle inaczej, więc widocznie nic się nie stało.
I tak sobie myślę, że tak pewnie najlepiej.

W końcu drzewa kwitną! 

Kwiaty!

No i w końcu ponownie jest! Beltane! Majówka! Spokój! Słońce! Drzewa kwitną!
Och, jak bardzo lubię, kiedy kwitną drzewa i krzewy - to chyba moja ulubiona część roku. Szkoda, że nie jest tak ciepło, jak zwykle o tej porze bywa. W przeciwieństwie do listopada, który ma w sobie beznadziejną szarość i przenikający chłód, maj i jego kwiaty to siła, energia i nadzieja. Nic dziwnego, że Japończycy mają osobny zwyczaj podziwiania wiosennych kwiatów, który ma swoją własną nazwę - hanami. Myślę, że bardzo przydałoby się nam podobne święto. By wyjść z domów i w spokoju podziwiać te barwne cuda Matki Natury.

Kwiaty magnolii aż ustawiają się do fotografii
Chłodna pogoda nie przeszkadza na szczęście w spacerowaniu i podziwianiu okolicy. Zrobiłam sobie takie moje małe, własne hanami, wykorzystując odrobinę wolnego czasu (którego zawsze za mało!), bo te wyżej wspomniane nadgodziny... no to się chyba nie skończy za szybko. Doszłam wówczas do wniosku, że być może dobrze, że nie jest tak gorąco, jak lubię. Te delikatne kwiaty chyba wolą chłód. Drzewa rozkwitają wolniej i na dłużej, więc będą cieszyć oczy przez kilka tygodni zamiast kilku dni.

Kiedy pogoda jest aż zbyt ładna - nawet "ze Słońcem" zmienia się w "pod Słońce" i prześwietla

Grill a grad

I myśleć, że zaledwie tydzień wcześniej, gdy spotkałam się z Rodziną na wspólnym świętowaniu Beltane był grad. Grad ze śniegiem i z deszczem, zamiast tego grilla, cośmy go sobie obiecywali urządzić. Nie obyło się i bez innych rzeczy, które były pod górkę. Z zającami już tak bywa, że zawsze pojawia się coś, co będzie pod górę. Ba, sama nabroiłam i przyznaję się, obiecując poprawę. Ale kiedy człowiek się przepracowuje a wino jest smaczne... 

Jasne i czerwone - działają razem tylko, jeśli dotyczy listków na fotografii

Za to rytuał wyszedł idealnie. Jak zawsze, przecież, bo z zającami już tak bywa, że nawet jak coś jest pod górę, to rytuały zawsze wychodzą idealnie. Bóg i Bogini udzielili nam swoich błogosławieństw na nadchodzące lato wznosząc Różdżkę i Kwiat nad każdym z nas i nad całym światem, przekazując tym samym wiadomość Miłości, która pokonuje czas, przestrzeń i rozstania, Miłości, która, mam nadzieję, będzie nas ogarniać, mam nadzieję, o wiele dłużej, niż, to lato, a nawet dłużej niż nadchodzący rok.

Miłosne róże i czerwienie na drzewach i krzewach

Malowniczo

Samą zaś Wigilię Majową spędziłam w pracy. Nie całą oczywiście! Ale, niestety, czasem trzeba się pojawić na posterunku w czasie, w który nie ma się na to ochoty. Patrz pierwszy akapit o nadgodzinach. Mam nadzieję, że firma wynagrodzi mi ten wysiłek...
Popołudnie już należało tylko do mnie, Narzeczonego i japońskich drzeworytów w Muzeum Narodowym. Bogaty zbiór jaskrawych, precyzyjnych odbitek obrazujących życie codzienne i przyjemności dziewiętnastowiecznych mieszkańców kraju kwitnącej wiśni robi niesamowite wrażenie, zwłaszcza, że można również obejrzeć narzędzia do rycia w drewnie i wykonywania odbitek. Jeśli mieszkacie w Warszawie lub okolicach i znajdziecie czas, by jeszcze przed niedzielą (koniec wystawy!) wpaść do muzeum, to bardzo polecam - o ile ktoś lubi takie rozrywki jak muzea, oczywiście.

Jaskrawe obrazy biorą się, rzecz jasna, z jaskrawej rzeczywistości - do wykonywania odbitek stosowano jedynie roślinne barwniki

Niezależnie od tego, czy uda się Wam obejrzeć wystawę, czy uda się Wam zrobić w tę majówkę grilla, czy jeszcze przed końcem tygodnia spadnie grad, czy też wypijecie za dużo wina... Wyjdzie na swoje hanami. Nawet jeśli jest trochę zimno, to kwiaty aż proszą, żeby być podziwiane. Po to właśnie mamy maj i po to mamy Beltane. Miłość, ta absolutna i boska, Miłość Natury woła do nas właśnie przez nie. Nawet jeśli mieszkacie z dala od łąk i lasów, nawet w centrum miasta - przecież sama dobrze o tym wiem, można tę bliskość Natury dostrzec i poczuć. Dajcie sobie więc czas na to, nawet jeśli za chwilę znów wracacie kręcić nadgodziny.


No i oczywiście pięknej dalszej części Majówki życzę, przekazując jednocześnie od Bogów beltane'owe pozdrowienie Miłości. Kochajcie świat, kochajcie ludzi, kochajcie Bogów i kochajcie siebie samych. Dawajcie sobie czas na wino, przyjaciół, sztukę i naturę.
Tego z okazji Majowego Święta, którego Czas Kwitnących Drzew jeszcze trwa życzę wszystkim moim Czytelnikom, Przyjaciołom i Rodzinie.
Bądźcie Błogosławieni!

No i już niedługo czas na bzy - czekają w kolejce
PS. Oczywiście zapraszam na Fanpage Bloga Czarowniczego na Facebooku, tam więcej materiałów, ciekawostek i polecane linki.