12 czerwca 2019

Przy muzyce, ale nie o Wicca

Jak już kiedyś pisałam, od zawsze na blogu miały się ukazywać recenzje nie tylko książek o Wicca, ale również innych mediów, które zajmują się tym tematem. Był już YouTube... to czemu nie podcast? Tutaj szczególnie dziękuję Marcie, która audycję tę znalazła w odmętach Internetu i podzieliła się nią na grupie Wiccańskiego Kregu na Facebooku.

Radio Paranormalium to strona działająca od 2004 roku, której główną zawartością są podcasty o tematyce... paranormalnej, w szerokim spektrum. W ostatnim pojawiły się na przykład informacje o medycynie holistycznej, duchach i spirytyzmie, UFO, egzorcyzmach, wróżbach i magii. Temu ostatniemu zagadnieniu miała chyba być poświęcona seria wywiadów z Emmą Cole - wróżką, tarocistką i autorką książki “Anioły obok nas”. Książka ukazała się już rok po wywiadach nagranych przez Radio Paranormalium. Seria "Przy muzyce o ezoteryce" z sierpnia 2015 roku chyba nie okazała się sukcesem, ponieważ liczy sobie 2 odcinki o tytułach "Wicca" oraz "Anioły". A aniołach się nie znam (na pewno nie kontekście aniołów biblijnych), więc przejdźmy do audycji o Wicca.

Zwykle staram się poruszyć kwestię aspektów technicznych, jak wygląda wydanie książki czy projekt okładki, ewentualnie montaż filmu. Myślę jednak, że tutaj odpuścimy to sobie, bo i po stronie (wyglądającej jakby była wyrwana żywcem z połowy lat 90-tych) i z jakości nagrania widać, że jest to twórczość stricte amatorska, nie aspirująca raczej do profesjonalizmu. Próba oceny byłaby tutaj jak próba oceny niniejszego bloga jako poważnego dziennikarstwa. Fragmenty rozmowy rozdzielone są przerywnikami muzycznymi, gdzie wmontowano znane bardziej lub mniej "wiccańskie" utwory, takie jak "Goddess Chant" albo "Moon mother".

Na samym początku prowadzący Marek Sęk (znany jako Ivellios) prosi swoją rozmowczynię o opowiedzenie o sobie. Emma Cole odpowiada, że przede wszystkim jest wróżką, zajmującą się głównie tarotem i kartami archanioła Rafaela i "oczyszczeniami energetycznymi". Pytania o nazwę wicca popełnia błąd, wywodząc ją od staroangielskiej nazwy czarownicy - mądrej kobiety, nie zaś mężczyzny, jak to faktycznie jest.

Od tego momentu będę się jednak odnosiła do obu osób w audycji jako prowadzących. Dalej bowiem wywiad ten staje się bardzo "jednostronny" - z rozmowy zmienia się w przesłuchanie. Pytania są krótkie, odpowiedzi długie i brzmi to bardziej jak odczyt wywiadu prasowego. Od podcastu, audycji, oczekiwałabym trochę bardziej urozmaiconej formy, ale może tylko się czepiam. Mam generalne wrażenie, że pytań prowadzącego mogłoby w większości nie być. Mam nawet wrażenie, że w niektórych miejscach faktycznie ich nie było, tylko zostały dograne w postprodukcji, ale możliwe, że wrażenie to jest mylne.

Cieszę się, że zapytania o to, kto może się zajmować magią, prowadząca wskazuje na dojrzałość emocjonalną i że nie powinna być wykorzystywana wyłącznie do zysków. Dobrze, że wspomina, że ważne jest przy tym kierowanie energią i że magia może się odbywać bez gadżetów. Potępia też używanie magii w każdej możliwej sytuacji i bez odpowiedniego przygotowania. Miesza się jednak w opiniach, mówiąc, że magii nie można wykorzystywać do własnych korzyści (nie odpowiada, dlaczego) a z drugiej strony mówi, że jak jest źle, to można, ale nie można żądać, bo "magią to zwracanie się do istot, które są o wiele potezniejsze od nas". Myślę, że tutaj mieszają się dwa pojęcia magicznego zaklęcia i rytuału religijnego, z których obu wiccanie korzystają, ale wcale nie muszą być to czynności tożsame.

Sabatni misz-masz

Kolejny fragment rozmowy dotyczy sabatów. Prowadząca wspomina, że są "cztery główne sabaty i cztery mniejsze" i są związane ze zmianą pór roku, ale mają zmienne, daty, które "nie są spójne". Później wspomniane zostanie, że daty sabatów są ruchome, bo nie można dokładnie ustalić, kiedy wypada np. Pierwszy Dzień Wiosny. Prowadząca nie jest pewna, bo "nie jest na bieżąco, jeżeli chodzi o kalendarze i tam dalej" i zachęca do śledzenia na bieżąco stron ezoterycznych. Dalej zaczyna opowiadać o sabatach posiłkując się słabą eklektyczną wiedzą. O Imbolc mówi na przykład, że jego kolorem jest biały, o Ostarze (tak, w tej wersji nazwy) - że to oczyszczenie i zmartwychwstanie, a czarownice robią generalne porządki i tak dalej. Beltane zostało zrówniane z Walpurgisnacht, ku rozpaczy wiccan, asatryjczyków, odtworców germańskich i całemu mnóstwu ludzi, którzy krzywią się na pomysły, że analogiczne, zwłaszcza jeśli podobne - jest takie samo.
Litha (tak, znowu),środek lata, to święto wody i ognia, "noc Świętojańska, zamienione również z nazwą Kupała", które się odbywa w Przesilenie Letnie. Mimo że wcześniej była mowa, że daty sabatów są niejednoznaczne i niespójne. Dodatkowo jej zdaniem przesilenie to wypada 24 czerwca. Do tej pory im dalej w las, tym większe pomieszanie z poplątaniem. Mowa o trzech różnych świętach, które tu wymienia się po przecinku w jedynym zdaniu. Prowadząca przyznaje też, że z okazji tego święta zdarza się jej palić... opony. Tak, proszę Pań, Panów i innych Osób. PALIĆ OPONY. Z OKAZJI SABATU. Cofałam ten fragment, by się upewnić, że się nie przełsłyszałam kilkanaście razy. Ja też nie mogłam uwierzyć w to, co słyszę.

Do informacji, że Koło Roku jest opowieścią o Bogu i Bogini, ich związku i "najpiękniejszego romansu" prowadząca audycję dochodzi dopiero w tym momencie. Kiedy wspomina, że Bóg przyjmuje odpowiedzialność za swój lud i staje się Królem, który zostanie ścięty... Potem płynnie przechodzimy do krótkiego, ale nie najgorszego opisu Lammas, aby przeskoczyć do Mabon. Prowadząca radośnie stwierdza, że nie wie kiedy powstały nazwy świąt, ale jest pewna, że "nazwa Mabon pochodzi od Boga, choć bardziej odpowiedni byłby tutaj jednak Lugh, że względu na to, że był zwany niosącym światło", co odnosi się do... Lucyfera. Czemu nie? Dalej przeskakujemy na temat Archanioła Michała, którego świątynie wyparły dawne świątynie Lugha, bo to on jest archaniołem niosącym światło i ognistym, wypalającym to, co niepotrzebne, który "przejął wiele cech upadłego anioła Lucyfera", pokonuje smoka, który jest ciemnością... i generalnie na ładnych kilka zdań Pani Emma Cole zanurza się w temacie, który jest niewątpliwie jej pierwszą specjalizacją.

O Samhain po raz kolejny można usłyszeć jako o Halloween i końcu roku no i o podnoszącej się zasłonie, oczywiście. Prowadząca podkreśla, jak ważny jest to sabat, zdaje się, że chcę chce go przedstawić, jako ważniejszy od innych. Dobrze, że zwraca uwagę na to, jak zmieniają się odczucia czarownic w ciągu roku, jak można wyczuć, za nadchodzi jesień czy zima. A propos zimy - tutaj omówienie sabatów się kończy. Choć na początku mowa była o ośmiu sabatach, to Yule zostaje tu po prostu pominięte. 

Esbaty i życzenia 

Poza sabatami omawiane są esbaty, które odbywają się "w miesiącu", podczas pełni księżyca lub innych okazjach, głównie w celu wykonywania rytuałów magicznych - i tu jest generalnie ok. Wspomina się również o Bogini i o powiązaniu księżyca z kobiecością. Prowadząca wspomina też o Niebieskim Księżycu (zwanym też czasem Błękitną Pełnią, ang. Blue Moon), podkreślając, jak świetna jest to okazja do działań magicznych, zwłaszcza, że zjawisko to jest niezwykle rzadkie. Chyba jednak orientuję się w kalendarzach trochę lepiej, bo wydaje mi się, że raz na 2,5 - 3 lata to nie aż tak ekstremalnie  rzadko, ale to subiektywne odczucie.

Z jakiegoś powodu jest omawiany "rytuał Imbolc", na który ponoć można się natknąć w wielu wiccańskich miejscach w sieci. Prowadząca zauważa, że ma być on równoznaczny z  rytuałem samoofiarowania i odradza go osobom początkującym. Jest to spowodowane tym, że podczas rytuału, rzekomo szczegółowo opisanego, oddaje się cześć zarówno Bogini jak i Bogu i składa podziękowania za to, że cykl Koła Roku trwa, a my mamy chleb powrzedni. Zamiast tego proponuje rytuał Siedmiu Życzeń z udziałem 7 roznokolorowych świec. Podkreśla się przy tym, że świece są bardzo ważne w Wicca. Nie sposób się z tym niezgodzić - bez świec w świątyni totalnie nie byłoby odpowiedniego klimatu.

Kompetentne wiccańskie grupy

Wicca jest religią prostą, nieskomplikowaną i taką do zrozumienia dla wszystkich, więc warto interesować się tym tematem - jak przekonuje nas audycja. Najlepiej znaleźć zgrupowanie, które zajmuje się tym tematem. Emma Cole twierdzi, że jest ich dużo, ale niewiele z nich ma odpowiednie kompetencje. Ok, znów ma lepsze info, niż ja, ale może się nie znam. Dobrze za to, że wspomina o potrzebie nauki od kompetentnego nauczyciela, za darmo (gdyż wiedza powinna być dostępna dla adeptów) i nie z internetu ani książek, choć mogą być dobrym startem. Warto szukać mentora, który będzie osobą inicjowaną, stale się rozwijającą duchowo.

W dalszej części audycji prowadzący pyta Emmę Cole o to, na czym polega "magią wicca". Ta odpowiada, że wicca nie jest magią, a religią i że nie sposób wpływać negatywnie ta magią na inne osoby, o ile stosujemy się do zasad. Tutaj bardzo ładnie pojawia się nam Wiccańska Porada, Prawo Trójpowrotu oraz zasada nieingerowania w wolną wolę innych - tę wymianę zdań liczymy zatem na plus.

Chocholi taniec

Po kolejnym przerywniku muzycznym pojawia się element tworzenia i obalania chochoła - prowadzący zastanawiają się, dlaczego księża i "radykałowie katoliccy" zniechęcają ludzi do magii, wróżb i rytuałów. Szybko dochodzą do wniosku, że przede wszystkim chodzi o pieniądze i wpływy, a tak w ogóle Jezus też się magią parał, w końcu czym innym jest msza święta. Kwestie mszy i Jezusa to wg mnie temat na zupełnie inną i dużo dłuższą a przede wszystkim - dużo bardziej zaangażowaną dyskusję. Tak czy inaczej mnie denerwuje to wieczne stawianie się w opozycji do kościoła i takie pytania były w tej audycji zbędne.

Kolejny punkt obowiązkowy do zaliczenia - jakie książki polecają nasi prowadzący? Tutaj wybór pada na podręcznik Thei Sabin, który recenzowałam na blogu, a który uważam za niezły jak na to, co na polskim rynku wydawniczym bywało, więc nie jest źle. Dobrze, że odradzane są książki dla nastoletnich czarownic. Chwilę później jednak mamy tragiczną historię nastolatki, która zajęła się magia zbyt wcześnie jako nastolatka, a teraz jest "zwichrowana". Opowiadane są bajki z cyklu efekty kuli śnieżnej, gdzie zaczyna się "niewinnie, od ezoretyki i tarota, a kończy na satanizmie". Jest to jeden z częstych błędów logicznych i błędów w dyskusji, ale tego już nie muszę, mam nadzieję, Czytelnikom tłumaczyć. Dodatkowo prowadząca tłumaczy niebezpieczeństwa "kindersatanizmu".

Początki - historia i jak zacząć praktykę 

Po kolejnym przerywniku muzycznym pojawia się pytanie o historię, gdzie w "historii rodzaju ludzkiego można umiejscowić początek Wicca". Prowadząca radosnym głosem oznajmia, że właściwie to była od zawsze i snuje nam historię, że magię, wierzenia i wicca należy datować na sam początek istnienia ludzkości. Tym samym przebija, obawiam się, oslawiony neolit, bo chyba trafiamy wręcz do paleolitu. Wielokrotnie przy tym podkreślany jest związek pierwotnych ludzi (dawnych i współczesnych plemion) z naturą, co jest przejawem wicca. "To od zawsze było i zawsze będzie". To właśnie dzięki wiccańskiej magii jesteśmy w stanie nawiązać kontakt z naturą, samym sobą, pozwala na dążenie do równowagi między pierwiastkiem męskim i kobiecym.

Grupa typowych paleolitycznych wiccan - koloryzowane
Ważne są również zasady, którymi należy się w Wicca kierować - "rób co chcesz, jeśli nie krzywdzisz innych", oraz nauka kierowania energią. Ważna jest też "higiena energetyczna" - możliwość oczyszczania się z obcych wpływów. Polecane są tutaj "mydła z soli" (czymkolwiek to jest), karty można czyścić nad płomieniem lub "kadzidłem kościelnym" (może chodzi o olibanum?).

Na koniec mamy ostatnie pytanie - jak rozpocząć wiccańską praktykę (zakładając, że mamy za sobą poznawanie teorii)? Prowadząca radzi nam skupic się na świętowanie sabatów, poleca też znalezienie grupy, która zajmuje się wicca i praktykuje od dłuższego czasu. Ważne jest poznać mistrzów, którzy mogą przekazać wiedzę w sposób kompetentny. Za chwilę zaznacza jednak, że robienie rytuałów nie jest obowiązkowe, bo "mamy też katolików niepraktykująych" - jakby to miało cokolwiek wspólnego. Zamiast rytuałów można robić prostszą "magię świec".

Kilka pomniejszych kwiatków

- "Należy wspomnieć, że obecny wizerunek Szatana, czyli tego jegomościa z rogami wywodzi się bezpośrednio od słowiańskiego Boga Welesa" - czy aby na pewno...? Chyba to nie tak działa.

- "... nazwy Bogów nie są stałe, są raczej dobierane indywidualnie. " no nie. Ale skoro jesteście na tym blogu, to o tym wiecie.

- pod koniec audycji, proszona o kontakt do siebie Emma Cole nie podaje adresu swojego bloga, ponieważ... go nie pamięta.

Podsumowanie 1/6

Aż chciałoby się rzec - "Siadaj, pała!" Garść dobrych i formacji pomieszanych z bzdurami, błędnym wiadomościami, eklektycznym bełkotem najgorszego rodzaju, nieuprawnionym utożsamieniem rzeczy analogicznych, dużo własnego widzi-mi-się. Błąd na błędzie. Chciałoby się powiedzieć, że wysłuchałam tego, abyście wy nie musieli, ale miejscami jest tak źle, że aż zabawnie. I byłoby to wybaczalne, a nawet urocze, gdyby audycja pochodziła gdzieś z czasów założenia stacji. Fakt, że nagranie zostało wpuszczane do sieci w 2015 roku, gdy w Polsce na pełnych obrotach działało już kilka tradycyjnych wiccańskich kowenów jest dla mnie po prostu dyskwalifikujący. Wielka szkoda zmaenowanego potencjału. 

26 marca 2019

24 lutego 2019

Niby dlaczego "biała"?

W tym artykule przyjrzymy się kolejnemu dinozaurowi. Książka, o której mowa została wydana aż 19 lat temu i była jedną z pierwszych książek dotyczących wicca (a raczej "wicca") na naszym rynku. Co ciekawe, była to w tamtym okresie jedyna tego typu lektura napisana przez Polkę, a nie tłumaczona z wydania w języku angielskim. Pochylmy się zatem nad tytułem "Wicca - biała magia" z 2000 roku, wydanym przez wrocławskie wydawnictwo Fox, autorstwa Celestyny Puziewicz.


Sama książka wydana jest dość tanio, ale solidnie. Klejenia są wytrzymałe, cienka oprawa trzyma się dobrze. Na przedniej okładce widzimy ładną panią, która nad rzeczką... zbiera pioruny z nieba? Rzuca ognistą kulą? Trudno powiedzieć, ale styl jest gdzieś na pograniczu wieków - wieje kiczem, ale staramy się go trzymać w ryzach. Na tylnej okładce dowiadujemy się, że omawiana książka to już dziesiąta część serii "Wiedza tajemna". Musi być bardzo tajemna, skoro na drugim miejscu znalazł się "Necronomicon, czyli Księga Zmarłego Prawa". Nie wiemy co się stało Prawu, czy to były przyczyny naturalne, czy też zmarło na skutek wypadku. Tak czy inaczej jestem ciekawa zawartości dzieła o tym tytule, wszak oryginalnie to książka... całkowicie fikcyjna, wymyślona przez H.P. Lovecrafta, jako element jego przerażającego świata pełnego Przedwiecznych.


Zakręcony wstęp

Książka Celestyny Puziewicz jest podzielona na trzy duże części, w każdej z nich jest po kilka rozdziałów. Pierwsza część ma nam odpowiedzieć na pytanie "Czym jest wicca?" i stara się w tym celu wyjść od zagadnień związanych z naturą i magią. Z naturą, bo mamy odwołanie do starego sentymentu, jak to
"... zanim nadeszło chrześcijaństwo (...) człowiek był związany z przyrodą, żył, pracował i świętował w jej rytmie, rytmie słońca i księżyca i oddawał Matce Ziemi należną jej cześć. Czasach, w których mądre kobiety znały się na ziołach i zaklęciach, a kapłani dziękowali przyrodzie za jej płodność w rytuałach..." 
Wg autorki to właśnie z tej nostalgii za "kiedyś było lepiej" narodziła się wicca. Może i coś w tym jest, może i Gardner i jemu ówcześni tęsknili za pewną prostotą świata, ale moim zdaniem naiwne jest powtarzanie tego do dzisiaj, a być może i trochę niebezpieczne. Współczesna wicca jest bardziej świadoma swoich korzeni a i nie zawsze jest odpowiedzią na sentymentalny związek człowieka z naturą, który w takim kształcie w sumie nigdy nie istniał.

Dalej jest część o magii, gdzie Puziewicz przekonuje nas, że magia, wbrew zapewnieniom średniowiecznych i późniejszych magów jest łatwa i każdy może się nią zajmować, bo:
"Magia wicca jest bardzo naturalna i osadzona w dawnych ludowych i pogańskich tradycjach, ściśle związanych z przyrodą. Największą rolę odgrywają w niej najprostsze rzeczy: strony świata, kolory, ogień i ziemia oraz pozostałe żywioły, proste słowa, pożywienie i symboliczne wizerunki. Nie trzeba nawet w nią wierzyć."
Widzimy tu pomieszanie z poplątaniem. Kolory i strony świata to przecież domena magii ceremonialnej właśnie. W tradycjach pogańskich, ludowych, kuchennych ważne było, by nóż ciął jak trzeba a z kieliszka wódka nie przeciekała. Żywioły i charakterystyczne symbole to twory alchemiczne, a strażnice stron świata - enochiańskie. No i zdecydowanie trzeba wierzyć w działanie swoich własnych zaklęć czy rytuałów, bo inaczej cała operacja nie ma sensu. Ale generalnie, co do zasady, magia nie jest bardzo skomplikowana i można się jej łatwo nauczyć - i tutaj autorka ma rację.
Zapnijcie pasy, bo tak poplątana jest cała ta książka.

Bałagan w wielu aktach

Poplątanie widać na przykład w podrozdziałach dotyczących wicca jako religii. Najpierw mamy wspomnienie o Bogini, potem o Bogu (zdecydowanie za krótkie, ale co do zasady - poprawne). Potem pojawiają się rozważania w kontekście religijnym, ze szczególnym uwzględnieniem wicca jako religii dla kobiet... a potem znów wracamy do Bogini, która tym razem omawiana jest w swoich trzech aspektach. Całość jest napisana we frustrującym stylu, gdzie opowieść snuta przez autorkę jest strasznie płytka i ogólnikowa, taka o wszystkim i o niczym, ale co do zasady przynajmniej poprawna. Co do zasady - bo co kilka zdań pojawiają się błędy, powodujące zgrzytanie zębów. No spójrzcie tylko na te wspaniałe symbole przedstawiające aspekty Bogini:

Nie... No po prostu, kurde, nie.

Koło roku

Dalej mamy obligatoryjny dla wszystkich wiccańskich i wiccopodobnych książek - opis koła roku i ośmiu Sabatów. W pewnym momencie autorka dochodzi do wniosku, że wszystko łączy się ze wszystkim. Że za "pogańskich czasów" przypisano poszczególnym Bóstwom ich dziedziny, a także kamienie, drzewa, zioła i tak dalej. W końcu konstatuje:
"Doprowadziło to do tego, że nic nie jest bez znaczenia - ani kolor świec, ani biżuteria uczestników rytuału, ani rodzaj używanego kadzidła. Wytyczne dotyczące obchodów poszczególnych świąt są bardzo szczegółowe w takich kwestiach, nie ma za to jednolitej pogańskiej czy wiccańskiej "liturgii". W dawnych czasach różne plemiona (...) łączyły te same, najważniejsze elementy: temat przewodni i zgodność symboliki"
To teraz już nie rozumiem. Wiccańska magia jest prosta i każdy może jej spróbować, nawet w nią nie wierząc? Czy też wszystko tworzy misterną sieć powiązań, w której trzeba znać wszystkie zależności? Mam wrażenie, że tutaj autorka przeczy samej sobie ze wstępu. A poza tym to nie prawda, że różne plemiona łączyła zgodność symboliki poszczególnych elementów ich rytuałów. Do tego znów mamy odwołanie do mitycznych "dawnych czasów", kiedykolwiek by one nie były.

Historie o poszczególnych Sabatach dalej nie są w zarysie złe, poza tym, że raz na jakiś czas wpadamy na jakiś kwiatek wywołujący ból głowy. Na przykład w opisie Samhain można się natknąć na taki kwiatuszek:
"Ktoś chcący to zrobić wykonywał i zakładał brzydką maskę wyrażającą to, czego chce się pozbyć, z nią na twarzy wstępował w krąg, a potem podczas szalonego tańca wokół ogniska wrzucał ją w ogień, w ten sposób magicznie wyzbywając się zła z siebie."
To działo się oczywiście "w dawnych czasach". Skąd wiemy, że takie rytuały się odbywały? W jakim okresie czasu? Jaki lud miał taką praktykę? Czy jeśli ktoś rzeczywiście tak robił - właśnie z taką intencją? Kolejna wyssana z palca historyjka, która ma z rzeczywistością tyle wspólnego, co omawiana na kanale "Paranormalia" "rygorystyczna tradycja" z Samhain.

Narzędzia i kowen - po co to komu?

W opisie narzędzi znalazły się takie klasyki jak kadzielnica, obosieczny nóż i różdżka, jak i kropidło i wachlarz. Można się też dowiedzieć, jaki pentagram jest potężnym symbolem ochronnym białej magii, a który jest satanistyczny i związany z czarną magią. Uwagę przykuwa za to opis Wielkiego Rytu:
"Kielich i nóż to narzędzia używane podczas tzw. Wielkiego Rytu, symbolicznego połączenia męskich i żeńskich sił. (...) Ten symboliczny stosunek seksualny między Bogiem a Boginią jest odgrywany podczas sabatów, jako część większego obrzędu."
Och, Cesia, Cesia, ty niewinne stworzenie...
W każdym rytuale znajduje się część, w której athame zanurzane jest w kielichu. Wokół tego wszystko się przecież kręci! Wielki Ryt jest zaś faktycznym aktem seksualnym, ale szczegółów myślę, że tłumaczyć tu nie trzeba...

Po opisie szaty rytualnej (co to za kolejność?) mamy opowieść o wiccańskich wspólnotach, czyli Sabatach. Słowo kowen jeszcze się w tej książce nie pojawia i generalnie jeszcze się chyba wówczas w Polsce nie pojawiało. Zgromadzenie czarownic tłumaczono jako "Sabat" po prostu. Przy czym jeśli nie znajdziesz kowenu tradycyjnego, autorka radzi:
"Jeśli pragniesz praktyki grupowej, znajdź Sabat, a jeśli go nie znajdziesz, załóż go! Wicca nie jest organizacją odgórnie sterowaną, każdy może założyć własny krąg wiccan (...). Nie trzeba też bać się braku doświadczenia. Ono jest przydatne, lecz nie jest konieczne - wicca nie jest bowiem czymś trudnym, co wymagałoby lat nauki i gromadzenia doświadczeń."
Najgłupsza. Rada. Kiedykolwiek.
Wicca sama w sobie nie jest czymś trudnym. Prowadzenie kowenu - jak najbardziej tak. Jest wieeele rzeczy do ogarniania podczas prowadzenia kowenu, często jednocześnie. Trzeba dobrze znać rytuał i mieć podstawowe kompetencje do kierowania ludźmi. Tego naprawdę trzeba się uczyć latami. Na szczęście już takich porad jest w sieci i literaturze coraz mniej. Można sobie zrobić krzywdę, próbując prowadzić kowen bez przygotowania. A największą chyba po prostu na gruncie towarzyskim. Nie róbcie tak - nie zakładajcie sami kowenów ze znajomymi, bo ze znajomością przychodzi wtedy najczęściej po prostu się pożegnać.

Nim rozpoczniemy część drugą, autorka serwuje nam jeszcze wstęp do Księgi Cieni. Zastrzega, że "w dawnych czasach" trzeba było księgi te trzymać w tajemnicy, ale:
"Dziś Księgi Cieni są często udostępniane innym w postaci książkowych publikacji lub nawet witryn w Internecie. Wiedza wiedźm jest prosta, opiera się na przyrodzie, ziołach i kamieniach oraz uczuciach. Nie ma w niej niczego tajemnego, co należałoby ukrywać przed innymi. Jeśli ktoś o nią zapyta lub poprosi, (...) uważam, że należy się nią podzielić."
Nie. Księga Cieni to źródło naszych rytuałów, które zawierają nasze teksty objęte tajemnicą. Nieinicjowany dostępu do niej mieć nie może, bo teksty i techniki objęte tajemnicą są trudne. Z resztą, chyba coś ostatnio wybuchło w internecie, a mnie ominęły nowiny, bo wiele osób w moim otoczeniu zaczęło podpytywać do domniemaną wartość Ksiąg Cieni ściągniętych na dysk.
Kocha - to Wam nic nie da. To ponownie - książka kucharska, z której nie skorzystacie, jeśli nie umiecie gotować. Choćbyście znali wszystkie wiccańskie teksty - potrzebna jest jeszcze technika, energia, której uczymy się w kowenie. Uczymy się jak pracować efektywnie, intensywnie i bezpiecznie. Więc sorki, ale nie. Nikt Wam nie da wiccańskiej Księgi Cieni, nawet jak poprosicie bardzo ładnie.

Księga Kucharska bałaganu

Tu zaczyna się druga część książki, o tytule "Księga Cieni". I tak, jest to mój ulubiony rodzaj "magicznych ksiąg", czyli "książka kucharska". Do każdego zaklęcia mamy listę składników i instrukcję w stylu:
"Zrób na kawałku papieru odcisk swoich ust pomalowanych czerwoną szminką. Spal ten papier w płomieniu czerwonej świecy, mówiąc: "Pocałuj mnie, (imię), gdy się spotkamy następnym razem". Następnym razem, gdy spotkasz tę osobę, pocałuje cię."
Dlaczego tak? Co to oznacza? Dlaczego czerwony kolor? Czym można co zamienić? Nie wiadomo. Wiadomo, że mamy przepis, ale jak nie umiemy gotować, to nic z nim nie zrobimy.
Do tego rozdział dotyczący zaklęć zaczyna się od zaklęć miłosnych. Autorka wspomina co prawda, że "Wicca (...) głęboko szanuje wolną wolę drugiego człowieka", ale że większość wiedźm choć raz użyło zaklęcia miłosnego na innej osobie, to można wszystko wyrzucić do kosza, prawda?

Poza zaklęciami miłosnymi pojawiają się też w rozdziale "proste zaklęcia" czary ochronne, z klasykiem w postaci wiedźmiej butelki...
"Napełnij butelkę lub słoik rozmarynem, gwoździami i igłami, skupiając sięprzy tym na ich ochronnej mocy. Zalej to czerwonym winem i zapieczętuj butelkę woskiej z czerwonej lub czarnej świecy."
Och, Cesia, Cesia, ty niewinne stworzenie...
Czerwone wino zamiast moczu i zastąpienie rozmarynem trujących roślin sprawia, że to niemal przepis na marynatę, a nie potężne zaklęcie odpędzające wrogów.

Dalej są zaklęcia na wzbogacenie się. Tutaj, z jakiegoś powodu, autorka jest bardziej ostrożna, niż przy magii miłosnej i przestrzega, by nie próbować zdobyć magią spadku czy dopuszczać się wyłudzenia, bo wkraczamy wtedy na obszar "czarnej magii". Kompletnie nie rozumiem, dlaczego z pieniędzmi należy być bardziej ostrożnym, niż z miłością, bo tłumaczenie autorki zupełnie mnie nie przekonuje. Mniej miejsca poświęcono zaklęciom na naukę (zdanie egzaminu), jasnowidzenie i sny (zyskanie wizji i... przesłanie komuś snu - tylko po co?) oraz zaklęcia odpędzające (by pozbyć się z życia niemiłej osoby i by pozbyć się złego nawyku - chciałabym, żeby to tak działało!).

Dodaj rytuały, świece i dywinację, wymieszaj

Po wszystkich zaklęciach przechodzimy do rytuałów, które zaczynają się ponownie - bardzo klasycznie. Od rytuału samopoświęcenia. Dowiadujemy się oczywiście, że:
"Gdy wiccanin dołącza się do grupy, zwykle przechodzi rytuał inicjacji, który każdy Sabat stosujący taki rytuał ma zapisany w swej Księdze Cieni. Wielu jednak praktykuje wicca samotni i nie ma możliwości przeżycia tej chwili, lecz chciałoby mimo to w jakiś sposób wyrazić swoje oddanie Bogini i symbolicznie potwierdzić to, że zostaje wiccaninem."
Myślę, że nie trzeba tłumaczyć, dlaczego tekst ten jest z gruntu nieprawdziwy, jednak on i podobne stwierdzenia zrobiły polskiej wicca ogromną krzywdę. Do dziś spotyka się ludzi, którzy są roszczeniowi, chcą aby kowen przyjeżdżał do kowenu, ściągają "księgi cieni" z internetu. Albo z kolei kłócą się w temacie równoznaczności takiej samodedykacji z wiccańską inicjacją, kiedy mówimy o zupełnie innych rzeczach, to jak porównywanie jabłek i pomarańczy.
Jednakże, jeśli ktoś czuje taką potrzebę i np. chce pozostać na samotnej ścieżce albo czeka dopiero na wiccańską inicjację, to przygotowany przez Puziewicz rytuał jest co do zasady w porządku. Dalej pojawiają się rytuały świąteczne - na pełnię księżyca i na Równonoc Wiosenną. Te również nie są najgorsze. To pewnie zasługa Farrarów, których twórczością inspirowane te ryty. Przy jednym z nich pada też nazwisko Roberta Hale'a, co prawdopodobnie jest błędem bo... "Robert Hale" to nazwa londyńskiego wydawnictwa, publikującego ezoteryczną literaturę.

Czy to jeszcze opis, czy już Tabelka?

Dalej robi się znowu bałagan. Rytuał celebrujący ciążę napisano na podstawie twórczości Patricii Telesco, amerykanki taśmowo produkującej "wiccańską" literaturę. Rytuał małżeństwa (zwanego tu "związaniem") "pochodzi z odłamu wicca zwanego FamTrad" - znów się tu komuś coś pomyliło. Są też ryty poświęcone przyjaźni i pożegnaniu zmarłego.

Kolejny rozdział poświęcony jest "Magii natury". Są żywioły (nasze ukochane Tabelki!), magia kamieni (jeszcze więcej Tabelek!!), zioła (skrótowe opisy i kolejna Tabelka!!)... Kiedy dochodzimy do talizmanów i amuletów (bez informacji co jest czym i czym się różnią), autorka prezentuje zestaw kompletnie zmyślonych wiccańskich symboli. No cóż... grunt to kreatywność. Mamy oczywiście informacje o porach dobrych na zaklęcia. Uwzględnione są tu fazy księżyca, znaki zodiaku i dni tygodnia. Oczywiście w Tabelce. Zanim przejdziemy do dywinacji (Tarot, I-Ching, runy wraz z opisem [sic!] - czego w tej książce nie ma?!) mamy jeszcze Tabelkę z kolorami, która pomoże wybrać odpowiednią świecę.
Z jakiegoś powodu po totalnie ogólnym i zupełnie niepotrzebnym rozdziale o dywinacji mamy powrót do rytuałów i zaklęć - tym razem uzdrawiających.

Wiccanin w papierowej miseczce

Najzabawniejsza, moim zdaniem, jest trzecia część książki "Wiccanin w dzisiejszym świecie". Znajdziemy tu przepisy na miseczkę i grzechotkę papier-mâché, jakiś losowy mit kosmogoniczny (rzekomo aborygeński, ale nie znalazłam go w innych źródłach), informacja o ekologii (nie wiem po co, bo ma jeden akapit a to temat-rzeka), kodeksie moralnym (który ma zniechęcać do czarnej magii), familiarach... istne silva rerum. Magiczne imię sugeruje się tutaj wybrać z pomocą numerologii, czemu służą kolejne Tabelki. Podrozdział "Wicca a inne religie" zawiera porównanie wicca z satanizmem i chrześcijaństwem, a także zestaw odmian wicca. Poza zwyczajowymi gardnerianami, aleksandrianami i tradycją celtycką mamy też:
"Brytyjska tradycyjna wicca to kompilacja poglądów celtyckich i gardneriańskich [...]
"Zielona" wicca to wicca bardzo silnie akcentująca związki z przyrodą i cześć dla niej oraz czerpiąca obficie z ludowych podań o skrzatach, elfach, duchach drzew i strumieni, a także z praktyk druidów"
wicca ceremonialną, eklektyczną, dziedziczną, "kuchenną" (autorka w przypadku tej i "zielonej" wicca sama używa w cudzysłowie), saksońska, szamańska, do czego dorzuca dianizm, strega, pictish i... tradycje nordyckie. Jak znam niektórych asatryjczyków - byliby wściekli. I słusznie.

Tabelki!!!
Na stronie 242 zaczyna się ponad 30 stron dodatków. Są to, ależ oczywiście, że Tabelki oraz panteony Bóstw celtyckich, egipskich, greckich, mezopotamskich, nordyckich i shinto. Są to krótkie, dwu-, trzyzdaniowe  opisy. Kolejny kompletnie nietrafiony pomysł, bo jeśli ktoś coś o tych Bogach już wie, to te opisy są wręcz obraźliwe. Jeśli zaś nie ma pojęcia, to taki opis też nikomu nic nie powie.

Podsumowując 2/6

Chciałabym napisać, że to "duży, gorący, słodki bałagan". Ale raczej chce się zacytować "wy tu macie niezły burdel, siostry"!Tematy pojawiają się, znikają, żeby pojawić się ponownie. Cała struktura części, rozdziałów i podrozdziałów to jeden wielki bałagan. W treści jest podobnie - wśród morza treści zdarzają się momenty, w których brodzimy w śmietniku. A treści naprawdę mamy tu niezły ocean. Cóż z tego, jak wszystko jest płytkie, autorka zaledwie dotyka każdego z tematów i zaraz przechodzi dalej. Ma to trochę więcej sensu w takiej kolubrynie, jak Wielka Niebieska, a tutaj więcej książka by skorzystała na wywaleniu w ogóle działu o dywinacji czy panteonów Bogów, a w zamian za to pogłębiła trochę poruszane treści. Nic dziwnego, że w momencie ukazania się na rynku, książką interesowały się wpatrzone w gwiazdy nastolatki. Jeśli dorwiecie w antykwariacie lub na wyprzedaży - kupcie. To historia polskiego ezoterycznego rynku wydawniczego. Całkiem zabawna historia.

12 lutego 2019

2 listopada 2018

Śmierć i inne przyjemności


Nie wiem, jak Wy to odbieracie, ale dla mnie - wciąż jeszcze mamy samhainowy czas. Może to ten długi listopadowy weekend, może fakt, że dzięki regularnym medytacjom jestem spokojniejsza i dni mi się "wydłużyły", może to przez ładną, ciepłą pogodę. Ale wyjątkowo dobrze czuję się z "sezonem halloweenowym" w tym roku. Prawdę mówiąc z roku na rok lubię ten okres coraz bardziej.
Drugi już rok czekałam z cukierkami na przebierańców. Znów się nie pojawili i cukierki chcąc, nie chcąc, trzeba było zjeść samemu (co za pech!), ale mam poczucie, że w końcu któregoś roku przyjdą. Znów przygotowaną mam listę horrorów i filmów Burtona, które chcę obejrzeć w tym roku i jestem dopiero gdzieś w jej połowie. Ta połowa święta, pełna zadumy i powagi troszeczkę mi umyka, bo halloweenowe szaleństwo sprawia mi coraz większą frajdę.


Życie po życiu?

Może dlatego, że śmierć, zwłaszcza moja własna, trochę przestała mnie obchodzić.
Im dłużej na jej temat myślę, tym jaśniej to widzę i tym bardziej przestaję się śmierci bać. Boję się bólu, owszem, albo że mogłabym w pewnym momencie stracić wspomnienia i rozum, jak to już widziałam u innych, choć znacznie starszych ode mnie ludzi. Ale nie boję się, że umrę. Od lat przyzwyczaiłam się już, że śmierć jest częścią życia i że kiedyś po prostu przyjdzie. Wielu ludzi nie chce jednak swojego życia kończyć. Nic dziwnego! Wkładamy w nie w końcu wiele czasu i wysiłku! Myślę, że to z tego powodu głównie marzymy o niebie, nirwanie, reinkarnacji - jakiejś formie kontynuacji naszego życia po jego zakończeniu w tej formie. Wydaje mi się jednak, że za bardzo ufamy w te swoje wierzenia chcąc myśleć, że w jakiś sposób zachowamy część świadomości lub wspomnień z poprzedniej egzystencji.

Nekro-biznes

Jest na tym nawet oparta cała gałąź ezo-biznesu! Seanse spirytystyczne, wywoływanie i odwoływanie duchów, kontakty ze zmarłymi, oczyszczanie nawiedzonych domów... i tak, wierzę, że w pewnych sytuacjach czy miejscach może manifestować się reminescencja obecności czegoś niegdyś żywego, ale z daną osobą ma to mniej wspólnego, niż zwykle się nam wydaje. Do tego jest jeszcze druga strona medalu - cały ruch i gałąź marketingu związana z zaklęciami, medytacjami i hipnozami, w których można zobaczyć swoje przeszłe wcielenie. Przeszłe wcielenie, które było zamieszkałe przez same czarownice, wiedźmy i kapłanki chyba, bo ludzie w takich sytuacjach po prostu chcą poczuć się dobrze i podbudować ego. Stąd łatwiej jest uwierzyć w bycie kolejnym wcieleniem Kleopatry, niż chłopki małorolnej  zmarłej w wieku 16-stu lat.

Theda Bara jako Kleopatra w filmie z 1917 roku

Pyk! i koniec

A ja myślę, że to wszystko nie ma sensu i nie ma znaczenia. Bo kiedy umrę  to mnie po prostu nie będzie. Martwię się trochę o to, że kiedy umrę, zostawię tu przyjaciół i rodzinę, tę biologiczną i tę magiczną. Ale martwię się o to teraz, bo kiedy umrę, to nie będzie się komu martwić, bo... mnie nie będzie. Wierzę w istnienie duszy, czy jakiejś energii, ale cała moja świadomość tego, kim jestem, moje myśli i doświadczenia, moje uczucia do osób i miejsc są zapisane w mózgu... który przecież umrze. I kiedy sygnały przestaną biegać po synapsach - zniknę taka ja, jaką siebie teraz znam i jaką wy mnie znacie. I tyle.

O - tak będzie!

Mało, ale dobrze

I jest dla mnie coś niesamowicie kojącego w tej myśli. Byłoby strasznie męczące pojawiać się po śmierci w nieskończoność w miejscach znanych za życia. Albo jeszcze gorzej, pamiętać wszystkie swoje dotychczasowe wcielenia. Pomyślcie o tym mętliku w głowie! A taki koniec... to koniec! I już! Czy nie lepiej to brzmi, niż ciągnący się za nami cień dawnej egzystencji?
I tak dużo większą dziś frajdę sprawia mi halloweenowe szaleństwo z duchami, zmorami, zombie i perspektywą strachu ze śmierci. Bo odłożyłam tę perspektywę za siebie. Życie wieczne? To dopiero horror! Lepiej zamiast na nim, skupić się na tym, które mamy. Może i krótkie, może nie mamy wpływu na zbyt wiele. Ale jest nasze, własne i zależy tylko od nas.
A co Ty zrobisz ze swoim czasem?


PS. Tradycyjnie zapraszam do strony Bloga Czarowniczego na Facebooku. Zwłaszcza, że możecie teraz wystawić recenzję!

30 sierpnia 2018

22 sierpnia 2018

Wakacyjnie



Jestem właśnie na wakacjach - spędzam urlop nad "zatłoczonym i brudnym" polskim morzem, w jednym z moich ukochanych miejsc na ziemi, na Mierzei Helskiej. Teraz jestem tu drugi rok z rzędu, ale w międzyczasie miałam długą, wieloletnią przerwę i poza wiccańskimi zjazdami i imprezami nie wyjeżdżałam "za miasto" praktycznie wcale. Dzisiaj widzę, że to była zła decyzja, bo czuję, jak się regeneruję, jak bardzo mimo wczesnych pobudek jestem wyspana i wypoczęta. Jak dobrze pracuje mi się nad kolejnymi przedsięwzięciami, mimo braku łatwego dostępu do Internetu (będącego dla mnie podstawowym narzędziem w wiccańskiej dłubaninie dla Was). Prawdę mówiąc, to po prostu naprawdę moje magiczne miejsce. Miejsce, w którym, choć tak wcześniej nie myślałam, w sumie się wszystko zaczęło.

Wszystkie zdjęcia we wpisie są mojego autorstwa

Medytacja morskiego brzegu

Będąc na plaży czuję się niemal najbliżej żywiołów, jak się da. Tak było od wielu lat, chociaż kiedyś nie potrafiłam tego zidentyfikować, nazwać. Kiedy poznałam koncepcję czterech żywiołów, ich znaczenie i symbolikę - nagle wszystko zaczęło mieć sens, wyskoczyło na miejsce. Dziś nadal kocham medytować na plaży, zbliżam się do żywiołów, które rozpościerają swoją moc w naturze. Osiągam błogą równowagę dotykając każdego z nich na równi.
Siadam na Ziemi, na złotym piasku. Odchylam się do tyłu i wczepiam weń palce, zakopuję się w nim dłońmi, by czuć jego fizyczną stabilność.
Nogi wyciągam do przodu przed siebie tak daleko, jak mogę. Tak, by opływała je Woda, fale turkusowego morza. Czuję dzięki spokój temu spokój, ukojenie.


Zamykam oczy i moje ciało pochłania Ogień, żar palącego słońca. Ciepłe promienie przyjemnie rozgrzewający skórę, niosąc poczucie bezpieczeństwa i siły.
Odchylam głowę, by spojrzeć w błękit czystego nieba, po którym z wolna przesuwają się białe chmury. Czuję Powietrze, delikatną morską bryzę, wyciszającą ciało i umysł. Słyszę, jak wiatr niesie szum fal, tworzący odprężającą, niemal medytacyjną muzykę natury.


Moje magiczne miejsce na Ziemi

Od zawsze nadmorski brzeg, to właśnie miejsce zderzenia żywiołów, jest dla mnie miejscem magicznym, ale na Helu czuć to szczególnie. Taki skrawek lądu, targany żarem słońca i wichurami burz, między morzem a morzem, wydaje mi się być szczególną ostoją Bogów. Czuję ich obecność blisko, słyszę w szumie fal, widzę w blasku księżyca odbitym w wodach zatoki. Magia tutaj po prostu do mnie śpiewa, i chociaż zwykle straszny że mnie mieszczuch, co sobie nawet chwalę, to równie nie niepokojona i anonimowa czuję się tutaj.
Chociaż czasem bywa inaczej. Czasem blisko brzegu już traci się grunt, znajome wczoraj dno, dziś jest pełne zdradliwych uskoków i kamieni. Czasem gwałtowny prąd wciąga wgłąb nieznanego z cofającą się falą. Czasem burza może zaskoczyć morze. Wszystko to bardzo uczy pokory wobec bezlitosnej dla głupców wody, wobec potęgi sił natury, wobec mocy Bogów.

Ulubiony przystanek na trasie 

A jednak. Nie tylko każdy dzień, każda podróż i każde miejsce przypominają mi o mojej drodse i, jakby na to nie spojrzeć, powołaniu to każdy przyjazd tutaj po dziesięciokroć upewnia mnie, że jestem na właściwej ścieżce, że otaczają mnie właściwi ludzie, że po prostu dobrze mi z Wicca i moimi Bogami.
To tutaj utwierdziałam się w przekonaniu, że chcę wstąpić na tę drogę.
Tutaj pisałam swoje pierwsze teksty (na litość  jakie one były beznadziejne!).
To tutaj takżeppodjęłam decyzję o inicjacji, a nawet do jakiego kowenu, z jakimi ludźmi chcę moją ścieżką kroczyć.

Co z tego wynika?

Medytujcie. Szukajcie swoich ulubionych  świętych miejsc. Takich, do których chętnie się wraca. Takich, w których czujecie harmonię i spokój.
I pamiętajcie, że najważniejszego życiowe decyzje najlepiej podejmować że spokojem, będąc wypoczętym i zrelaksowanym - wtedy nie można się mylić!

7 lipca 2018

Miło było do czasu, czyli eklektycznie na Paranormaliach



Kiedy zakładałam dział recenzji na blogu Czarowniczym, miały się tutaj ukazywać nie tylko opinie o książkach, ale także materiałach z internetu. I to z kilku powodów. Strony internetowe są znacznie łatwiej dostępne, niż książki i są za darmo, co suma summarum składa się na większy zasięg - więcej osób z różnych grup demograficznych dotrze do internetowych materiałów. A mało co ma dzisiaj taki zasięg, jak YouTube.
Zapraszam więc serdecznie na moją recenzję wiccańskich materiałów z kanału Paranormalia. 

Ad meritum, non ad personam

Zanim zaczniecie komentować, chwalić, obrażać się czy jakkolwiek odnosić napiszę Wam tak:
Nie znam Natalii wystarczająco dobrze  by móc ocenić ją, jej zdolności czy wiedzę. Przejrzałam jej live'y (zapisy z odpowiadania na żywo na pytania widzów) i sprawia wrażenie przemiłej i pełnej ciepła osoby, nie wspominając, że jest bardzo piękną kobietą. Sama też mówi o swoim kanale, że filmy kieruje do kompletnych laików, formułując je tak, aby nawet osoby postronne zrozumiały przedstawiane treści. Same wyreżyserowane filmy wydają mi się dość płaskie, nieporuszające niczego głębiej, ale zakładam, że taka jest koncepcja - trochę o religiach, o magii, dywinacji, że szczyptą Harry'ego Pottera, co przyciągnie potencjalnych widzów. Schwarz mydło i powidło. 


Rozumiecie jednak, że widząc film o Wicca  czy słysząc, że autorka omawia w filmach wiccańskie Sabaty moje ciekawskie spojrzenie nie mogło się już odwrócić.
Dlatego oceniam WYŁĄCZNIE film o Wicca, materiały o Sabatach (dotychczas 4 z nich) i posiłkując się opiniami o Wicca samej autorki z live'ów. Nie mam zamiaru oceniać innych jej kompetencji ani filmów, bo nie wiem, czy dobrze rozumiem konwencję no i nie na wszystkim muszę się znać. Nie oceniam też samej vlogerki, bo, jak pisałam  nie znam jej, choć wrażenie sprawia bardzo pozytywne. Przyglądamy się TYLKO wiccańskim materiałom z punktu widzenia tradycyjnej  inicjacyjnej wicca. 

Technikalia 

Zanim omówimy warstwę merytoryczną, zacznijmy od warstwy filmowej, technicznej. Filmy są zmontowane ładnie, jasno i czytelnie, ale też bez eksperymentów. Jeśli nie widzimy autorki mówiącej do kamery, słyszymy jej głos spoza kadru, gdy w obrazie przewijają się fragmenty innych ujęć, innych filmów lub znanych grafik z sieci, chętnie z resztą udostępnianych na Facebooku. Te grafiki są najbardziej chyba oklepanym wizualnie elementem filmów na kanale, bo widziałam je wielokrotnie w różnych okolicznościach. Rozumiem natomiast, że w ramach różnego rodzaju "dozwolonego użycia" wybór jest ograniczony, a czasem niektórzy twórcy lekko go naciagają, żeby mieć ładny obrazek i absolutnie nikt w sieci święty nie jest. Mam też wrażenie, że w niektórych fragmentach głos "z offu" jest glosniejszy, niż ten z ujęcia na zbliżenie, ale to się bardzo często zdarza nawet profesjonalistom. Przy filmach reżyserowanych, w przeciwieństwie do tych nagrywanych na żywo, mam tylko wrażenie, że zamiast opowiadać swobodnie, autorka czyta tekst mechanicznie i z pewną manierą, która mnie trochę irytowała. Było to słyszalne zwłaszcza w starszych filmach  w nowszych jest dużo lepiej więc wielki plus za rozwój i postępy na kanale  Generalnie widoczny jest skok jakościowy w reżyserii i montażu.

Świętowanie Sabatów 


Ocenę merytoryczną zacznę od zdecydowanie lżej inspirowaną wicca serią o Sabatach. Mam wrażenie  że spora część tych filmów powstała pod wpływem książeczek z wydawnictwa Illuminatio. Seria o wiccańskich świętach nie zachwyca, ale i nie wywołuje zażenowania - jest bardzo "standardowa". Autorka mówi w nich o pochodzeniu święta (w tym świąt Ostara i Litha, więc mamy tu eklektyczne podejście - i takie jest w porządku), dalej mamy część "tabelkową" - jakich podczas danego dnia używać kolorów, kamieni i ziół, a na koniec dostajemy pewne propozycje celebracji czy zaklęć. Całość prezentuje się całkiem sympatycznie. Uwagę przykuwa jedynie wzmianka w filmie o Samhain o "rygorystycznej tradycji", wg której każda osoba z wioski musiała wynieść święty ogień na skraj pól i wzdłuż drogi - brzmi bardzo kategorycznie choć nie mamy informacji ani o miejscu, ani czasach obowiązywania takiego zwyczaju. W ogóle zastanowiłabym się, czy Samhain to Sabat ognia, ale to już bardziej kwestia osobistych interpretacji.

Wicca - religia czarownic

Przechodzimy teraz do meritum, czyli analizy filmu pt. "WICCA, czyli w co wierzą CZAROWNICE". Jeszcze dla zainteresowania dalszą lekturą dodaję screen spisu treści i lecimy! 


Zwróćcie, proszę, uwagę  że film został dodany na kanał ponad rok temu. Od tego czasu opisywana w filmie sytuacja dotycząca kowenów lub osób udzielających wiccańskiego szkolenia mogła się mocno zmienić.

Początki i historia 

Na początku mamy informację o wiedźmach, sprawujących swój kult w ukryciu, aż nastał czas Gardnera. Co, jak wiadomo, niekoniecznie jest prawdą. Ale mniejsza. 
Dalej klasycznie - inicjacja w New Forest, założenie Bricket Wood, inspiracja towarzystwami magicznymi i Crowleyem... I klops,w którym autorka twierdzi, że pierwszą książką wydaną przez Gardnera były "Prawa wiccańskie" napisane wspólnie z arcykapłanką. Co? Niby kiedy? Owszem, Gardner napisał coś takiego, jak Prawa, ale to było później i raczej na złość Doreen Valiente, niż ze współudziałem jakiejkolwiek kapłanki.

Później mamy wspomnienie Alexa Sandersa, z podkreśleniem jego ekscentryzmu i "celebryckiego" stylu życia. Autorka stawia tezę, że to on rozsławił Wicca na cały świat. Może szkoda, że mimo wszystko snie dopowiedziano o nim więcej niż to, że był showmanem, ale tu ewidentnie się czepiam. 

Odmiany w worku

W kolejnej części omawiane są odłamy wicca - z całym dobrodziejstwem stereotypowych błędów. Podczas opisu wicca gardneriańskiej widać w tle fragment filmu z rytuału, który przeprowadził kowen macierzysty moich arcykapłanów dla brytyjskiej telewizji. Taka tam ciekawostka ;) 

Dalej pada informacja o aleksandrianach, że są bardziej nowocześni a nagość nie jest obowiązkowa. Też tak mi się kiedyś wydawało... ale to zdecydowanie nieprawda. No i wicca aleksandriańsko-gardneriańska... jak wielokrotnie wspominałam, nie jest jednorodną tradycją i obecnie bardzo wiele kowenów w Europie ma "mieszane" pochodzenie. Myślę, że wyróżnianie tego nurtu jako osobnego, to raczej domena Amerykanów (choć mogę się mylić).

A dalej... Dalej mam problem, bo film skręca na tory, na których bardzo nie chciałam, by się znalazł. Bardzo amerykańskie tory. Takie "wrzućmy wszystko do jednego worka" tory. Dorzucamy więc do tradycyjnych wiccan odmiany eklektyczne: dianiczną, celtycką, eklektyczną (tą indywidualną, która występuje tu osobno, obok tradycji i kowenów eklektycznych), saksońską i... "solidary wicca" (? - Przejęzyczenie, mam nadzieję), której wyznawcy, według vlogerki, byli inicjowani w którejś z tradycji, lecz zdecydowali się na indywidualną praktykę. Nie znałam dotąd takiej definicji "solitary witch", bo inicjowani wiccanie są wiccanami, nawet jeśli nie praktykują chwilowo z kowenem, a czarownice nieinicjowane - mogą, m. in. uprawiać samotny eklektyzm, choć nie muszą. 

Bogowie i kalendarz - błyszczą 

W części kolejnej poruszana jest kwestia Bogów - Bogini i Boga o tysiącu a zarazem o dwóch imionach. Pani Księżyca o 3 twarzach oraz Rogatym Władcy przedstawianego jako jelenia i Panu Słońca. Informacje merytorycznie jak najbardziej w porządku. Zgadzam się również z twierdzeniem, że, choć imiona Bóstw poznaje się po inicjacji, to również osoby nieinicjowane w tradycyjnym kowenie mogą mieć kontakt z Boginią i Bogiem Wicca na swój sposób.

W porządku jest też część dotycząca Sabatów, choć nie podoba mi się używanie eklektycznych nazw takich jak Litha czy (o matko, znowu) Mabon, które, jeśli dobrze słyszałam, autorka wypowiada "mabun" z akcentem na drugą sylabę i nie mam pojęcia dlaczego tak. Myślałam, że to przejęzyczenie, ale w tą forma konsekwentnie wraca. Poza tym sama zawartość tej części jest bardzo dobra. Może warto tylko dodać, że podział na Większe i Mniejsze Sabaty jest już dziś lekko archaiczny, ale nadal przez wielu utrzymywany. Uwaga o tym, że Esbaty są świętami, podczas których często używa się magii, też jak najbardziej słuszna.
Generalnie te dwie części uważam za zdecydowanie najlepsze w filmie. 

Zasady - bez kontekstu

Kolejna część mówi o zasadach, jakie obowiązują wiccan. Ale tutaj robi się jakiś misz-masz. Jest oczywiście Wiccańska Porada: "Jeśli nie krzywdzisz nikogo, czyń podług swej woli". Ale zaraz później pada informacja o Pouczeniu Bogini, które ma brzmieć: "Nie splam swoich największych ideałów i zawsze ku nim dąż. I niechaj więc zagości w tobie piękno, siła, moc, współczucie, honor, pokorą, wesele i cześć". Są to dwa niepowiązane ze sobą zdania z tekstu zwanego "Pouczeniem Bogini", ale są wyrwane z kontekstu. Nie mam też pojęcia czemu wybrano akurat te dwa i czemu tak je przetłumaczono. Żadna z tych "zasad" obowiązujących wiccan nie zostaje w filmie wyjaśniona, więc nie znamy na przykład interpretacji Porady według autorki, choć to mogłoby być ciekawe.

Kolejną przedstawianą zasadą jest Prawo Trójpowrotu - i tu już komentarz jest, na szczęście obyło się też bez tłumaczenia go z pomocą "dobra i zła". Dalej jest zaś "13 celów czarownicy", które tutaj zyskują nazwę "kodeksu". Mam, jak wiele osób wie, olbrzymi problem z tymi wskazaniami i pewnie napisze kiedyś na ten temat szerszy artykuł, bo stary wpis nie oddaje dokładnie moich myśli na ten temat. 

Księgi, koweny, komplikacje 

Część o Księdze Cieni jest... ech... trochę zagmatwana i myślę, że dla niektórych osób z zewnątrz może być nie do końca zrozumiała. Fajnie, że pojawią się informacja o tradycyjnej Księdze Cieni, przekazywanej w kowenach, bo po odmianach wicca z filmu nie liczyłam na to. 

Pojawia się w końcu część dotycząca kowenu. Poza encyklopedyczną definicją pojawia się informacja, że kowen jest magiczną rodziną pełną miłości i zrozumienia. Cóż... tak by było idealnie, ale może nie zawsze się udać. Tym niemniej wszyscy chcielibyśmy, aby tak było w każdym kowenie, więc policzymy to filmowi na plus. Całość kończy się (nie do końca prawdziwą informacją), że istnieje jeden kowen w Warszawie i drugi - we Wrocławiu. W opisie filmu informacja ta została sprostowana, chociaż i to sprostowanie wymaga kolejnego sprostowania. Z drugiej strony, rozmawianie w takim kontekście o kowenach, to nieustanny ciąg sprostowań, bo sytuacja dynamicznie się zmienia.

W podsumowaniu autorka deklaruje, że jest jej najbliżej do tradycyjnej, gardneriańskiej ścieżki lub też, być może dianicznej. Nie sposób się jednak nie odnieść do komentarza dotyczącego wiccańskich kowenów zwłaszcza w Polsce, który znalazł się w relacji na żywo kilka tygodni temu. 

No i co to się porobiło... 

No i po prostu jest mi przykro. Znaczy trochę mi lepiej, kiedy myślę, że takie opinie padły w kontekście reklamy ("Można niby zacząć od kowenu, ale uważam, że mój kanał to najlepsze miejsce dla początkujących"), która jest dźwignią handlu. Jednak mówienie, że kowenu się potrzebuje tylko po to, żeby ktoś się nami opiekował i że to głupie - jest po prostu nieprawdą. Jednak nie będę się nad tym rozwodzić, bo zakładam, że moi Czytelnicy wiedzą ile i jak ważnych funkcji ma kowen (chyba, że nie - to temat na inny artykuł). Nie jest też prawdą, że do wszystkiego można dojść samemu. To znaczy w skali makro, dojście do Bóstwa, Absolutu na szczycie, do Oświecenia możliwe jest każdą ścieżką. Ale raczej nie dojdzie się samemu do wiccańskich misteriów. Prędzej sobie ktoś krzywdę zrobi.

A potem usłyszałam, że polscy wiccanie mają "straszną spinę". Nie wiem, czego to miało dotyczyć. Zakładam, że tego, co zawsze, czyli oddzielania tradycyjnej wicca od eklektycznego czarostwa. I jak na codzień jestem wyluzowaną osobą, tak, owszem, spinam się, kiedy ktoś mi pokazuje kalosze i upiera się, że to sandałki. Ja wiem, że jedno i drugie  to buty, ale jeśli upiera się, by ich nie rozróżniać, to się spinam. W każdym razie zaraz padł argument, że "uważają się za niewiadomo kogo", za "Bogów" i że prawie wszystkie koweny są jak sekty. Nie wiem, z czego pogląd taki wynika. Może autorka poznała takich wiccan albo taki kowen - jest to możliwe, bowiem struktura kowenu, niestety, umożliwia takie sytuacje. Ale żeby mówić, że polskie koweny są sektą i jak już, to lepiej szukać za granicą... ale i tak - ona nic nie mówi, żeby nie było na nią, jak ktoś zostanie omotany i pieniądze straci... 

Komentować nie będę, ale czuję złość i smutek i przykro mi zwyczajnie...
Mam nadzieję, że takie opinie to tylko skutek zawiedzenia się kontaktem z jakimś pojedynczym, sekciarskim kowenem, albo kapłanami kreującymi się na guru. Życzę, żeby się to nikomu w przyszłości nie przydarzyło.
A jeśli ktoś naprawdę uważa, że mam "straszną spinę", to zapraszam do Warszawy. Pierwszą kolejkę ja stawiam ;) 

Podsumowując 2,5/6

Oczywiście, jeśli chodzi tylko o wiccańskie treści, a nie cały kanał! Materiał jest w dużej mierze poprawny, choć bardzo eklektyczny. Dobry na taki absolutny start i rozruch z pewnymi błędami, które się potem skoryguje, ewentualnie do pokazania komuś, czym się interesujemy. Laikowi łatwiej będzie obejrzeć 16 minut filmiku na YouTube niż przeczytać książkę. Jednak z tego poziomu startowego szybko się wychodzi, a materiał kanału przestaje wystarczać i trzeba zacząć zgłębiać na własną rękę. Dołączając do tego wyżej wspomniane błędy - osobom zainteresowanym tradycyjną wicca generalnie nie polecam.

21 czerwca 2018

29 stycznia 2018

Na łonie salonu


Postanowiłam napisać ten artykuł kiedy okazało się, że moje tłumaczenie na Facebooku zdecydowanie nie zmieści się w jednym poście. Chodzi oczywiście o tłumaczenie wszystkich zawiłości organizowania rytuałów w lesie. Wspomniałam w poprzednim wpisie, że organizowanie rytuałów wiccańskich na świeżym powietrzu nie jest najlepszym pomysłem... i wywołałam spore kontrowersje. No to już się ze wszystkiego tłumaczę.
[...]sądziłam że wymaga to aż takiej organizacji. Bardziej wyobrażałam sobie sabat w lesie/na polanie gdzie zbierają się czarownice i świętują całą noc przy ognisku. [...] nie spodziewałam się że w Warszawie nie ma żadnego dużego lasu, który dałby odpowiednie schronienie.
- napisała Katarzyna - Kali. Szczerze mówiąc - nie dziwię się. Też sama kiedyś bym się nie spodziewała. Myślałam, że na tak dużym obszarze zawsze coś się jakoś znajdzie. Rzućmy więc okiem na topografię.


Jak łatwo zauważyć, najbardziej zazielenionym terenem w Warszawie wydają się być... parki. Łazienki Królewskie czy Pola Mokotowskie to nie są dobre miejsca na rytuał. Są oczywiście laski na skrajach miasta, ale albo dojazd tam środkami masowego transportu jest co najmniej trudny (no bo albo cywilizacja, albo dzicz, zdecydujmy się), albo... i tak są to parki. Taki Las Kabacki czy poznańska (z moich dawnych okolic) Dębina to lasy jedynie z nazwy i mogą je udawać jedynie przed kimś, kto chyba nigdy w lesie nie był. Znacznie bliżej im do parków.

Dojazd, dochodzenie, donoszenie...

Wiem, że miejsca bezludne, albo prawie bezludne daje się znaleźć. Wiem, bo byłam kilkukrotnie gościem na rytuałach innych pogańskich grup. Jeden odbywał się nad rzeką w miejscu faktycznie odludnym, nad rzeką, ale trudno było się do niego dostać - w takim sensie, że podejście było mało wygodne. Z trudem wyobrażałam sobie, jak mogłabym donieść na taki rytuał wszystkie niezbędne narzędzia. To znaczy ok, narzędzia nie są niezbędne i można się obyć bez nich lub zaimprowizować je na miejscu. Jednak po coś one są, prawda? Często przywiązujemy się do nich i dzięki temu łatwiej nam wejść w odpowiedni nastrój i stan umysłu. Długo by jeszcze pisać, ale skupmy się na tym, że jeśli możemy sobie na to pozwolić, to lepiej je mieć, niż nie mieć. Niestety, dużo większy problem byłby, by z tymi narzędziami z rzeczonego rytuału wrócić. Powrót był jeszcze mniej wygodny, bo rzeka nieco wezbrała w ciągu kilku godzin. Dlaczego ja, młoda koza wspominam o takim drobiazgu? Bo wicca jest międzypokoleniowa.


Ja wiem, że w Polsce jeszcze tego nie widać, ale z czasem nawet czarownice się starzeją. Często praktykowałam i nadal praktykuję z ludźmi o pokolenie a nawet dwa pokolenia starszymi od siebie. Jestem też pewna, że więcej niż jedna osoba, z tych, z którymi dzieliłam krąg mogłyby być i moją prababką! W takiej sytuacji komfort dojechania, przejścia, odbycia rytuału w warunkach po prostu wygodnych jest nieoceniony. Zwłaszcza kiedy nestorzy chcą już spać, a młodzież - bawić się do rana. Do tego na dworze w taki Imbolc na przykład może być zimno. Stanowczo za zimno na wiccański rytuał.

Natrętne łaziki

No bo pamiętacie, że wiccańskie rytuały powinny odbywać się skyclad - na golasa. OD BIEDY w szatach rytualnych, przeznaczonych do tego celu. Jest wiele argumentów za takim rozwiązaniem, w tym jedno, najbardziej proste. Tak jest najwygodniej, bo to działa. Komfort w działaniu nago a nie w szacie (nie wspominając o kurtce) w rytuale wiccańskim jest kluczowy. Nie bez powodu ta tradycja utrzymuje się od Gardnera do dzisiaj. To po prostu działa. Gdyby nie działało, to byśmy to wyrzucili z naszej praktyki. Do tego nasze misteria są okryte tajemnicą. Nikt nie powinien więc nas widzieć ani słyszeć. Zderzenie z przypadkowymi wędkarzami, zbieraczami jagódek czy pijaczkami mogłoby zakończyć się tłumaczeniem  "My z klubu buddystów... tfu! Nudystów!" - jak zauważyła Nefre

Te panie mogą się czuć bezpiecznie - są w prywatnym ogrodzie... a poza tym - mają kostiumy od łokci do kolan!
Kadr z filmu "Kult" (The Wicker Man, 1973 r.)
Tutaj zaczęło się główkowanie...
A co ze strażą? może można by było postawić "na czatach" ze dwie osoby, które będą patrolować okolicę? Na tyle blisko by nikt nie mógł się przedrzeć i na tyle daleko by nic nie widzieć?
- pyta dalej Kali. Pomysł jest wart zastanowienia... ale już po chwili zaczynam widzieć w tym dziury. Jeśli tymi wartownikami mieliby być członkowie kowenu - odpada, bo tracą rytuał. Jeśli miałyby to być, jeśli dobrze zrozumiałam pomysł Kali, osoby spoza kowenu, to widzę tutaj kolejne problemy. Musiałyby to być osoby bardzo zaufane, żeby dopuścić je do wiedzy gdzie kowen dokładnie się spotyka i po co. I musiałyby ciągle krążyć, bo, jak rozumiem, jeśli rytuał jest w leśnej głuszy, to 2-3 wartowników "stacjonarnych" może nie wystarczyć, żeby widzieć teren ze wszystkich stron. No i trzeba się liczyć, że mogą przypadkiem, lub "przypadkiem" pomylić ścieżkę i jednak zbliżyć się do rytuału za bardzo. W ten sposób zamiast postronnego gapia, mamy swojego gapia. Różnica może i jest, ale nie wielka. Co prawda wiedźmy wiccańskie mają sposoby na chronienie swoich sekretów (co prawda podglądaczowi może się przy tym spalić mózg, oczy wyjść z orbit, a uszy zwiędnąć, ale ciiii...), ale skoro można unikać takiego ryzyka, to po co się na nie narażać?

Za gorąco, za zimno...

Kolejna sprawa o której wspomniałam, to pogoda. Nasz umiarkowany klimat nie za bardzo chce pod tym względem współpracować. Zbliża się Imbolc, a temperatura, którą mamy nocami na dworze nie zachęca do nagich eskapad. Pamiętajcie, że ostatnimi laty zimy i tak są wyjątkowo ciepłe, ale co by było, gdyby temperatura sięgnęła minus trzydziestu? A przecież i takie zimy mieliśmy niedawno. Ba, ostatnio przed pomysłem zrobienia beltane'owego grilla powstrzymał moją Rodzinkę grad, a wszyscy pewnie nadal ze wstrętem wzdrygają się na wspomnienie roku, kiedy jeszcze 2 tygodnie przed majówką wesoło naiwaniała śnieżyca. Pomijam już tutaj fakt, że przecież rozpadać się może w dowolnym momencie.

Ładnie tu... ale rytuału to ja tu nie chcę mieć, brrr!
Z resztą nie tylko zła aura nam grozi. Jak już kiedyś pisałam, Natura jest wredna i groźna, i nie zawaha się, żeby utrudnić nam życie. Dlatego nasyła na nas również wszelkiego gatunki potwory latające i pełzające. Meszki, komary, mrówki, kleszcze, a nawet węże w niektórych okolicach. Lasy są też często mieszkaniem dla pajączków i ja wiem, że pajączki w naszych rejonach groźne nie są. Groźna za to może być arachnofobia, która wielu z nas towarzyszy w różnym stopniu. I jasne - można się wypryskać wszelkimi specyfikami, jednak w odpowiednim stężeniu komarów na metr powietrza to niewiele daje. Osoby, które siedzą na Wyspach za Małą Wodą pewnie już zdążyły zapomnieć, jak to jest (do dobrego człowiek szybko się przyzwyczaja), a jednak to bardzo uciążliwe. Wielu ludziom sama myśl o tym, że mogą zostać pokąsani przez meszki i komary, a kleszcze wbiją się im w skórę może być na tyle niekomfortowa, że utrudni skupienie na rytuale. Do tego wiele osób nie tyle boi się samych ukąszeń, co chorób roznoszonych za ich pośrednictwem i alergii na jad - a to już mogą być sprawy niebezpieczne. I jasne, że przy każdym wyjściu na dwór narażamy się na bycie dziabniętym, ale w mieście, zwłaszcza jak ktoś nie ma ogródka, jest na to znacznie mniejsza szansa niż w dziczy.
One wcale nie pląsają! One odganiają owady!
"Wiosna" - Frédéric Soulacroix

Niech będzie po staremu

A jeśli to wszystko Was nie przekonuje, to niechaj przykładem będzie... tradycja.
Jeśli poszukacie w internecie zdjęć kowenów czy znanych czarownic (np. Alexa Sandersa, on to się lubił fotografować...) to zobaczycie, że praktycznie wszystkie zdjęcia są inscenizowane w pomieszczeniach. Oczywiście, nie są to zdjęcia prawdziwych rytuałów, ale dają pewne pojęcie i mogą, moim zdaniem, być dobrym przykładem. Istnieją wywiady z pierwszymi wiccanami, którzy mówią o urządzaniu na czas rytuałów świątynie w swoich salonach. W reszcie - nawet Dziadek Gerald, mimo, że miał większość udziałów w klubie nudystów i tak wybudował na jego terenie "Chatkę czarownic" w której odbywały się rytuały kowenu Bricket Wood.

Zdjęcie "Chatki czarownic" - miejsca spotkań kowenu Bricket Wood z 2006 r.

Oczywiście - da się. Oczywiście, że się da zorganizować prawdziwy, pełnoprawny rytuał wiccański w publicznym lesie. Nawet w takim uczestniczyłam pewnego lata, ale to nie był najlepszy rytuał, w którym uczestniczyłam. Ze względów bezpieczeństwa byliśmy w szatach - moja jest czarna i dość gruba, więc się w niej roztapiałam, a i tak pożarły mnie komary. Cieszę się, że mam takie doświadczenie, ale nie do końca tak powinny odbywać się rytuały. To wymagało bardzo dużego zaangażowania i wysiłku, i pewnie gdyby nie mój kilkuletni już wtedy staż, co chwila bym się rozpraszała.

Na swoim najlepiej

Ja wiem, że to taka ładna wizja. Czarownice tańczące wokół ogniska i w ten sposób świętujące swoje Sabaty... problem w tym, że nie do końca prawdziwa. Takie rytuały są możliwe do zorganizowania - ale to trudne. Przeszkody i niedoskonałości takiego podejścia piętrzą się szybciej, niż się rozwiązują. A jako że czarownice są praktyczne, jeśli nie mamy swojego kawałka lasu, ani odgrodzonego płotem ogrodu, to praktyczniej jest jednak zorganizować rytuał w pomieszczeniu. Sucho, ciepło, wszystkie narzędzia pod ręką a mordercze stwory - na zewnątrz. I mamy komfort intymności - tutaj na pewno nikt nas nie będzie podglądał.

"Nimfy tańczące w rytm fletni Pana" - Joseph Tomanek
PS. I oczywiście zapraszam na Fanpage Bloga Czarowniczego na Facebooku!