30 lipca 2013

Wiccanisko 2013

W dniach 26-28 lipca odbyła się kolejna edycja Wiccaniska.
W tym roku, podobnie jak w latach ubiegłych gościliśmy cały weekend w Osadzie Puszczańskiej w podsochaczewskich Tułowicach
Warsztaty i wykłady podczas Wiccaniska toczyły się dwutorowo: w jednym panelu odbywały się wszystkie zajęcia związane z Wicca Study Group, w drugim - omawialiśmy inne czarownicze tematy, takie jak magiczne właściwości ziół, wpływy Księżyca, Tarot. Wszyscy chętni mogli odbyć ćwiczenia z energią magiczną i szamańską podróż, jak również poćwiczyć emisję głosu czy spróbować sił w wykonywaniu run. Zgodnie z tradycją warsztatów w sobotni wieczór odbył się rytuał, w którym mogli wziąć udział wszyscy uczestnicy zjazdu. Świętowaliśmy wspólnie Lammas - pierwsze zbiory. Spaliliśmy w rytualnym ogniu „wickermana” - kukłę ze smoły, której powierzyliśmy ofiary dziękczynne za poprzedni rok i prośby na kolejny - mam nadzieję, że ofiary te trafią do Bogów. Po rytuale, tak jak w piątkowy wieczór, miało miejsce integracyjne imprezowanie, które w przypadku niektórych uczestników Wiccaniska przeciągały się aż do rana. W niedzielę wykłady trwały do południa, a potem - niestety - przyszedł czas na pożegnania.

Jako organizatorka tego przedsięwzięcia chciałabym serdecznie podziękować wszystkim uczestnikom za to, że pojawili się na tej imprezie, czasem podróżując nawet z najdalszych krańców kraju. Dziękuję, że w ten sposób doceniacie trud włożony w organizację tego przedsięwzięcia. Podziękowania chciałabym też złożyć na ręce pozostałych organizatorów, którzy mi pomagali - całej redakcji Wiccańskiego Kręgu, która mnie wspierała nie tylko dobrym słowem czy obietnicą przywiezienia tego i owego ;) ale też poganianiem, by wszystko było zrobione na czas. Ukłony również dla wszystkich prowadzących warsztaty i wykłady: Agni  za fascynujące przedstawienie Kabały i poprowadzenie warsztatu o magii i energii; Aleksji  za przestawienie magicznych właściwości ziół i ziołowych kadzideł; Arkowi  za zaprezentowanie wiccańskich wierzeń; Drademe  za zabranie uczestników w szamańską podróż; Driadzie  za opowiedzenie historii spotkania Crowleya i Gardnera oraz za spojrzenie na podróż misteryjną w wiccańskiej inicjacji a także za pokazanie, jak zrobić swoje runy; Laszce za przestawienie dlaczego i jaki wpływ ma na nas Księżyc; Margo  za rzucanie mamunią w Bobika, czyli instrukcję obsługi używania swojego głosu; Michiru  za zapoznanie nas lepiej z Tarotem; Premislausowi  za opowieść o Kole Roku i poprowadzenie dyskusji o boskim pierwiastku w nas samych; oraz Pyrrusowi za przedstawienie czym jest Wicca i jaka jest jej historia.
No i oczywiście specjalne podziękowanie dla pozostałych osób, bez których to Wiccanisko nie byłoby nawet w połowie tak udane. Dzięki dla Starego Żeglarza, który przywiózł dla nas zboże, umożliwiając tym samym obecność Wickermana w rytuale. Dziękuję ekipie, która tego fantastycznego słomianego Wickermana dla nas stworzyła. Dziękuję wszystkim, którzy pomogli w realizacji rytuału od strony technicznej, w tym „ekipie kwiatkowej”, która stworzyła piękny bukiet na ołtarz. Dziękuję wszystkim, którzy brali czynny udział w rytuale. Dziękuję również naszym kochanym kierowcom, którzy zechcieli pomóc w niedzielne popołudnie dotrzeć niezmotoryzowanym na pociągi.

Mam nadzieję, że dobrze się bawiliście i że nikt się na Wiccanisku nie nudził. Wszyscy stworzyli wspaniałą atmosferę pełną otwartości, życzliwości i przyjaźni, z czego bardzo się cieszę. Mam nadzieję, że impreza ta zaowocuje większą wiedzą a co za tym idzie większą ilością pytań, ale przede wszystkim nowymi przyjaźniami.

Na razie nie mamy w planach Wiccaniska 2014, póki co szykuje się wstępnie impreza o zupełnie innym charakterze, ale na razie, Kochani Czytelnicy i uczestnicy wiccańskich imprez, musicie dać mi trochę odpocząć. Jeśli pojawią się nowe informacje - będę na pewno pisać.

Gorące pozdrowienia dla uczestników Wiccaniska 2013!

(autorka zdjęcia - Laszka)

16 lipca 2013

Między ubojem a rytuałem

Ubój rytualny jest tematem bardzo ciężkim dla mnie, jak już pisałam o tym ostatnio. Widzę jednak, że mój poprzedni tekst nie wyjaśnił mojego stanowiska wobec tego problemu wystarczająco klarownie, co mam zamiar teraz zrobić.
Proszę tylko szanownych Czytelników, miejcie na uwadze cały czas, że odnoszę się wyłącznie do sytuacji związanej z nieustaloną  w ostatni piątek ustawą i stanu rzeczy w Polsce. 

Żeby móc przeanalizować sytuację w Polsce stricte, trzeba by na czas jakiś rozdzielić ubój od rytuału. Sama procedura pozbawiania zwierzęcia życia, która długo była w użyciu jest moim zdaniem okropna. Zwierzę było wprowadzane do klatki obrotowej, czyli stalowej komory, z której wystawała tylko głowa krowy, a która po zamknięciu, obracała się o 90 stopni tak, by zwierzę wisiało głową w dół. Taka procedura sama w sobie powoduje stres, dyskomfort i urazy. Następnie przecinane są obie tętnice szyjne z tchawicą „po drodze” i zwierzę zaczyna się wykrwawiać. Proces ten trwa kilka minut, efektem czego krowa umiera z wykrwawienia i uduszenia - krew nie dopływa do głowy, więc następuje obumarcie mózgu z braku tlenu. Warunkiem koniecznym jest jednak to, że zwierzę podczas skrwawiania musi być żywe, nie przecina się więc rdzenia kręgowego - głównej wiązki nerwów, więc obumierający mózg wciąż odbiera sygnały z rannego ciała. To prawda, że podczas śmierci w ciele zwierząt i ludzi zachodzą biochemiczne zmiany, takie jak produkcja endorfin czy innych hormonów, które pozwalają na spokojne odejście, wręcz wprawiają w uczucie euforii w momencie śmierci. Tylko na początku zwierzę nie wie, że umrze, czuje jedynie, że jest ranne, organizm podejmuje walkę. Dlatego pojawia się ból (sygnał dla mózgu, że z ciałem jest coś nie tak), adrenalina, hormony i białka stresu.Tak wyglądała procedura stosowana w Polsce, przyjmowało się, że spełnia ona warunki zarówno szechity jak i halal.
W przypadku zwierząt nie przeznaczonych na cele religijne ogłusza się je najpierw tak, żeby straciły przytomność, a następnie oddziela łeb w całości od ciała tak, żeby jak najszybciej przerwać rdzeń kręgowy. 

Tyle o samej śmierci zwierząt… ale rytuał, czy to żydowski, czy muzułmański obejmuje nie tylko technikę uśmiercania zwierzęcia. Uboju rytualnego musi dokonywać w każdym wypadku odpowiednio wyszkolony, Żyd (lub Muzułmanin), bo zwierzę zabite przez osobę z innego ludu nie nadaje się już na jedzenie. Należy stosownie modlić się podczas zadawania ciosu i wykrwawiania się zwierzęcia. Zwierzę niejednokrotnie powinno być specjalnie do takiego uboju przygotowane, wiele wspólnot preferuje kontrolę nad właściwą hodowlą, bowiem w kulturach Wschodu równie ważne co śmierć jest życie takiego zwierzęcia - zwraca się uwagę na to, co zwierzę je, na jego wiek, stan zdrowia, a nawet samopoczucie. Często decyduje się na chów na wolnym wybiegu, lub ekologiczne, bo mniej prawdopodobne jest, że zwierzę żyjące w zgodzie z naturą i otoczone troską swoich właścicieli będzie nieczyste (padnie, zachoruje).
Z kolei na zwierzęta na ubój z ogłuszaniem nikt nie zwraca takiej uwagi, często są chowane w klatkach i w zasadzie Słońca ani trawy nie oglądają w całym swoim życiu.

Tyle w teorii, bo w Polsce raczej rzadko dochodziło w praktyce do sytuacji, w której ubój przez skrwawianie bez ogłuszania był ubojem faktycznie rytualnym. Bez statystyk, które, jak już pisałam, nie były prowadzone w zakresie takiego uboju, nie wiemy czy faktycznie był on przeprowadzany przez odpowiednie osoby, odpowiednio przygotowane, wypowiadające swoje modlitwy z uczuciem i wiarą. Znając jednak podejście do religii i wiary statystycznego Polaka śmiem bardzo wątpić, czy ubojowi „rytualnemu” faktycznie ten rytuał mający swoje prawdziwe i głębokie znaczenie dla niektórych ludzi się odbywał. Zamiłowanie do bylejakości, partyzantki i wiecznych rozwiązań tymczasowych jest w nas głęboko zakorzenione. Gdzie tu więc sens, gdzie logika w przeprowadzaniu uboju, który się rytualnym nazywa, ale właściwie nim nie jest? 

Nie potępiam ani Żydów ani Muzułmanów ( swoją drogą ci ostatni nie robią żadnej strasznej awantury, jak przedstawiciele Żydów - dlaczego… ???) za ich religie, wierzenia, rytuały. Nie rozumiem ich, ale komu jak komu, przedstawicielowi innej mniejszości religijnej trzeba akceptować cudze zwyczaje, nawet te straszne lub dziwne. Nie mogę więc powiedzieć, żebym była jednoznacznie przeciwna takiemu sposobowi zabijania zwierząt na pokarm. Z drugiej strony uważam go za okrutny ze stricte fizycznego i biologicznego punktu widzenia, nie jestem więc za rytualnym ubojem. Jestem natomiast pełna tolerancji i akceptacji dla ludzi, którzy go koniecznie potrzebują i chcą go wykonywać ze wszystkimi prawidłami danej sztuki - czy to będzie szechita czy halal.

To, o czym należy pamiętać analizując sytuację w Polsce to to, że w zeszły piątek… absolutnie nic się nie zmieniło. Nie wszedł w życie ani nie został nawet przegłosowany przez Sejm ŻADEN ZAKAZ rytualnego uboju. Ubój bez ogłuszania został zakazany Ustawą o Ochronie Zwierząt już w 2002 roku! Dopiero 2 lata później minister rolnictwa wprowadził rozporządzanie dotyczące uboju rytualnego, które okazało się niezgodne z Konstytucją, bo rozporządzenie jest dokumentem niższego rzędu niż ustawa, nie może więc w żadnym wypadku stać z nią w sprzeczności. Wyrok Trybunału Konstytucyjnego w tej sprawie jest prawomocny od początku tego roku. Mamy zatem w tej chwili prawo takie samo, jak w latach 2002-2004 i takie samo, jakie obowiązuje od pół roku. Nie wprowadzenie nowej ustawy nie zmienia… nic. 
Dziwne jest więc dla mnie, że z dnia na dzień wszyscy się tak rzucili na tę sprawę.

Jest jednak dla Muzułmanów i Żydów polskich wyjście - zamiast bardzo wątpliwej jakości masowej wyżynki zwierząt trafiających na eksport mogą odpowiedniego uboju dokonywać sami:
"Czy rzeczywiście religijni Żydzi nie mogą w Polsce dokonywać uboju rytualnego na potrzeby własnej wspólnoty? Jeszcze cztery miesiące temu rabin Schudrich (…) pytany przez dziennikarzy, dlaczego łamie prawo, powołał się na ustawę z 1997 r. o stosunku państwa do gmin wyznaniowych żydowskich. Tam, w art. 9 napisano, że "W celu realizacji prawa do sprawowania obrzędów i czynności rytualnych związanych z kultem religijnym, gminy żydowskie dbają o zaopatrzenie w koszerną żywność, o stołówki i łaźnie rytualne oraz o ubój rytualny". (…) Gminy muzułmańskie mają umowę z państwem z 1936 r. bez zapisu, który można by interpretować jako zgodę na ubój rytualny. Ale większość muzułmanów akceptuje ubój z wcześniejszym, tzw. odwracalnym ogłuszeniem. Stosują go polskie ubojnie drobiu z certyfikatem halal.”

Wydaje mi się, że zgoda na masówkę, byle-jakość i eksport oraz próba wymożenia na polskich parlamentarzystach przegłosowania ustawy o uboju rytualnym poruszyła niepotrzebnie górę emocji, uprzedzeń i zadr, bo wystarczyłby religijnym mniejszościom na wszystkie potrzeby rytuał przeprowadzany w znacznie mniejszej skali i ilości sztuk, ale zgodnie ze wszystkimi wymogami i sztuką. Aż się chce zapytać za autorem cytowanego artykułu - może do dobry pomysł, „by zezwolić na ubój bez ogłuszania wyłącznie na potrzeby lokalnych wspólnot wyznaniowych - ale nie na eksport, jak chciał PSL i rzeźnicy. Być może błędem mniejszości żydowskiej i muzułmańskiej było to, że przyłączyli się do żądań rzeźników, zamiast prowadzić własną politykę.” ?

Ze źródeł Wikimedia Commons

W każdym razie ja już po raz ostatni odnoszę się do sprawy rytualnego uboju publicznie. Czy to, co napisałam sprawia, że jestem za czy przeciw takiemu sposobowi ubijania zwierząt? Nie wiem. Zdecydujcie sami i umieście po której stronie zechcecie.


15 lipca 2013

Rzeź i żal

Kiedy na Facebooku poprosiłam o jakieśœ pomysły na nowy artykuł na blogu, zauważyłam, że musicie być bardzo ciekawi mojego stosunku do gorącego ostatnio tematu uboju rytualnego, bo propozycje te pojawiały się raz za razem, jeśli nie wprost, to w pośredni sposób (albo przynajmniej ja je tak odczytałam).

Szczerze mowiąc, chciałam po trosze tego tematu uniknąć i to z kilku powodów, które pracę nad taką sprawą mocno mi utrudniają. Po pierwsze dlatego, że kwestia tej ustawy nabrała bardzo dużo politycznego szumu i czuję się z tym niekomfortowo. Czuję się "rozgrywana", manipulowana przez teksty kolejnych polityków, dla których nagle ubój rytualny stał się żywotnie ważny, mimo że przy wczeœniejszych obradach w tej sprawie sala posiedzeń świeciła pustkami. Stał się żywotnie ważny, bo w ciągu kilku tygodni sprawa została nagłośniona w Internecie na tyle, że pojawił się nagle rząd wyborczych dusz, o które można zawalczyć. A co gorsza - spora część tego rzędu da się na to żywe zainteresowanie sprawą uboju nabrać.
Do tego mogłabym jeszcze dodać, co myślę o którym polityku, ale to bez sensu na tym blogu - nie taki jest jego cel. I nie chcę się ze swoimi politycznymi sympatiami obnosić, bo to powoduje często sprzeczki, kłótnie nawet, kompletnie nie potrzebne. Wybrani przyjaciele je znaja - choć pewnie i oni bardziej się ich domyślają, niż faktycznie o nich wiedzą. A i są znacznie mniej ciekawe, niż sprawy religii.

Ano własnie - religia. To drugi powód, dla którego nie chciałam pisać o ustawie w sprawie uboju rytualnego na blogu - jakby nie patrzeć - religijnym. Uważam, że wplątanie religii żydowskiej w tę całą sprawę to jedno, wielkie nieporozumienie. Nie rozumiem nakazu religijnego, który wymusza dręczenie zwierząt - ale to nie moja rola rozumieć, tylko zaakceptować, że są religie, który taki nakaz mają i ludzi, którzy decydują się w nakazach swojej religii trwać. Nie potrafię jednak zaakceptować mieszania religijnych nakazów do sprawy, która ma z tym na prawdę niewiele wspólnego.
Prawda jest taka, że produkcja mięsa na potrzeby religijne nie tylko Żydów, ale i Muzułmanów w Polsce kiedy była możliwa, wielokrotnie przewyższała potrzeby takich osób w naszym kraju. Zdecydowana większość tej produkcji szła na eksport, do Izraela i krajów arabskich... oraz na rynek lokalny, do naszych supermarketów. Nie ma żadnego dowodu na to, że teraz polscy Żydzi nie będą mieli możliwości jeść mięsa, jak twierdzi Liga Przeciw Zniesławieniu. Mięso takie wciąż można importować z innych krajów lub też - jak donosi prasa - wciąż dozwolone jest, na mocy umowy między państwem a gminami wyznaniowymi, ubijanie zwierząt na cele rytualne na potrzeby własne. Angażowanie w ten spór rzekomego antysemityzmu uważam więc za grę na emocjach, stereotypach... i nerwach.

Nie chodzi też raczej o polskie rozlnictwo i miejsca pracy, skoro nie ma jednoznacznych danych ile rzeźni faktycznie zajmuje się ubojem rytualnym. Ich liczba rośnie w zastraszającym tempie, zależnie z kim się o tym rozmawia - od 19 do 80. Nikt nie ma pojęcia też, ile rzeźni zajmuje się wyłącznie takim ubojem. Przytaczane wizje utraty 4 czy 5 tysięcy miejsc pracy są po prostu wzięte z Księżyca.

O co więc chodzi, jak nie wiadomo o co chodzi? Czy jak zwykle w takich sprawach - o pieniądze? Być może, ale nie jestem takim znawcą ekonomii, by o tym decydować.

Mnie osobiście jest strasznie żal tych zwierząt. Teksty o tym, że krowa, która nie ma przeciętego rdzenia kręgowego, nie czuje cierpienia jest wierutną bzdurą. Że wszystko trwa kilka sekund... pewnie dłużej, ale nawet jeśli - nikt z nas nie chciałby tak umrzeć. Kilka sekund bezkresnej agonii bólu i poczucie, że życie ulatuje z ciebie wraz z tryskającą z twojej szyi krwią, której zapach czujesz... której zapach czują ci, którzy są w kolejce za tobą. Każdy z nas chyba czuje, że to nie jest właściwy sposób odebrania zwierzęciu życia. W końcu nikt z nas nie uśpiłby w ten sposób ukochanego pieska, ulubionego kotka, szczurka nawet. Instynktownie czujemy, że zadanie takiej śmierci zwierzątku jest wynaturzeniem, potępiamy osoby, które robią coś takiego.
Pewnie nie jestem bez winy w tym wszystkim. Pewnie wiele osób uzna, że, skoro mięso jadam (i je lubię) nie powinnam mieć za wiele do powiedzenia. Również bycie zdeklarowaną relatywistką pewnie nie poprawia tutaj mojej sytuacji. Jednak zadawanie cierpienia tak bezkresnego i bezsensownego w świetle tego, że każdy, kto ma taką potrzebę, może ją w świetle prawa zaspokoić - i to na kilka sposobów - to moja granica. Nie ma takiej szali, która mogłaby dla mnie przeważyć takie masowe mordy.

źródło: fakt.pl


Jeszcze kilka słów podsumowania - dziękuję bardzo wszystkim Czytelnikom za ponad 50 komentarzy, za więcej niż 7500 wejść i za 20 obserwujących - dzięki Wam chce się pisać dalej.


11 lipca 2013

Krewni czy znajomi Królika? Wiccańska wspólnota

Wydawałoby się, że już wszystko w tym temacie opisano, powiedziano, pokłócono się, wyjaśniono i opisano na nowo, a ja wciąż mam uczucie pewnego niedosytu. Mam wrażenie, że to dlatego, że żadna z odbytych dyskusji nie odzwierciedla mojego spojrzenia na to wszystko...

Zwykle zaczyna się od zakręcenia na tle nowopoznanej religii. Taki zakręcony człowiek, poszukując drogi do Wicca zaczyna ją poznawać, dowiadywać się szczegółów, poszukiwać nauczyciela. Jeśli już go znajdzie i pomyślnie przejdzie inicjację (a często również wcześniej) staje się nagle członkiem grupy ludzi, w której nie zawsze wie, jak się zachować ani jak ją traktować. Wiele jest kowenów, które w pewnym sensie zostają na tym poziomie. Ludzie spotykają się wyłącznie na rytuałach a krótko po nich - rozchodzą się do swoich domów.
Nie można jednak powiedzieć by byli sobie obcy - całą ideą wiccańskiego rytuału jest przecież praca w grupie, grupowy umysł i wspólne przeżycie misterium. Na pewno muszą więc poznawać się, by móc tworzyć umysł grupowy i przeprowadzać dobre, czyli energetyczne rytuały. Moim zdaniem nie jest to jednak takie samo zapoznawanie się, jak to "na codzień" prowadzące do nawiązywania się przyjaźni, bo w rytuale, pozbawieni masek dnia powszedniego, przepełnieni energią jesteśmy jednak kimś trochę innym i pracujemy sami z sobą a także z sobą nawzajem na zupełnie innym poziomie. Celem takiego modelu może być maksymalne skupienie na rytuale, kiedy się go przeprowadza. Poza tym ludzie nie znający się - a zatem nie przyjaźniący się, ale i nie plotkujący ze sobą - nie kłócą się i nie powodują takich problemów, jak zerwane przyjaźnie, obrażanie się.
W niektórych kowenach zdarza się również, że kandydatom nie wolno spotykać się z innymi wiccanami lub nawet wiccanami ze swojego przyszłego kowenu, nawet jeśli osoby te nie ukrywają swojej tożsamości.

Dużo częściej opisywanym podejściem jest traktowanie wiccan ze swojego kowenu (czasem nawet i linii) jak rodziny. Często mówi się (a raczej pisze w Internecie), że kowen jest magiczną rodziną. Sami wiccanie często mówią o sobie "Bracia i Siostry w Wicca", a inicjacja jest często opisywana jako ponowne narodziny - narodziny w nowej rodzinie. Nie rozszerzanie jednak tego o obszerniejszy opis, wyjaśniający pewne zależności, jest okropnym spłycaniem i prowadzi do nieporozumień.
Wiele osób traktuje określenie "Wicca = rodzina" bardzo dosłownie, stąd nic dziwnego, że wielu wiccan od tego określenia chętnie się odżegnuje. Nie wolno traktować kowenu jako zastępnika rodziny, w której się wychowało, a wydaje się, że wiele osób wyznających ten uproszczony pogląd poszukuje w kowenie i w wiccanach czegoś, czego zabrakło im w domu rodzinnym lub wśród przyjaciół. W kowenie nie ma miejsca dla tych, którzy nigdy nie będą się zgadzać z innymi, bo nie będzie tu wybaczania "do usranej śmierci".
Kowen może być pewnym rodzajem magicznej rodziny, o której trzeba pamiętać, że samemu się ją wybrało. Na zasadzie obustronnej umowy możemy postanowić, że ty będziesz moim dzieckiem, a ja będę twoją mamą - będziemy się szanować, kochać i sobie ufać, będę się tobą opiekować, pokazywać świat, ale musisz być posłuszny i robić o co cię poproszę. Nie zawsze będzie idealnie, ale będziemy się starać. Tymczasem, jeśli "dziecko" będzie knąbrne i nie uszanuje "rodziców", lub odwrotnie - jeśli "rodzic" nie opiekuje się "dzieckiem" taką umowę można po prostu zerwać. Wybraną dla siebie rodzinę można bez przeszkód opuścić... lub z niej wylecieć.
Związek kowenu z jego członkiem, skoro już przy rodzinie jesteśmy, może często przypominać bardziej związek małżeński, niż przysposobienie. W związek taki wstępują osoby dorosłe, odpowiedzialne, posiadające pełnię odpowiednich praw. Jeśli jednak nie mogą siebie znieść - należy się rozstać, bo szkodzi się wówczas sobie nawzajem i osobom w otoczeniu takiej pary.

Z kolei często w liniach, w których panuje "rodzinna" atmosfera członkowie kowenu znają się nie tylko z rytuałów, dzięki czemu, moim zdaniem, uzyskuje się pełniejszy obraz danej osoby. Może, niestety nastąpić przegięcie - chęć pokochania kogoś, kogo się nie lubi, w myśl powyżej opisanego "wybaczania do porzygania", mimo nieustającego braku szacunku. Takie przejścia są bardzo bolesne, ale zdarzają się dużo częściej w grupach, które powstają z niczego, w grupach, które nie mają przykładu z nikąd. Tak bardzo chcą być rodziną, że robią to źle. Ploteczki przeradzają się w plotki, ciągłe przebywanie ze sobą, jak przyjaciółki z jednej ławki, z czasem zaczyna męczyć.

Jednak pod okiem doświadczonych - nie tylko Arcykapłanów, ale również starszych stażem wiccan, mając ich przykład i rady w magicznej rodzinie mogą się z czasem zawiązać nicie przyjaźni, koleżeństwa, szacunku. Nie musimy się zawsze uwielbiać ani wymieniać codziennie ploteczek, ale już wzajemny szacunek wystarcza, by móc się spotykać, rozmawiać, organizować wspólne imprezy i wycieczki... byle nie za często ;)

Czy w ten czy tamten sposób - konflikty są moim zdaniem nie do uniknięcia, bo wiccanie również są tylko ludźmi, bywają wredni i mili, pochłonięcji pasją lub zimni, skupieni w ciszy lub łatwo rozpraszający się. Dodatkowo trudno unikać kontaktów w dobie portali społecznościowych i komórek, więc pewnie plotki i przyjaźnie - pewnego rodzaju rodzinne stosunki nawiążą się tak czy inaczej. Z drugiej strony - sprzęt zawsze można wyłączyć.

Zdjęcie znalezione na http://www.dydan.net/

A wy, drodzy czytelnicy? Stawiacie na Krewnych czy Znajomych? Jak wyobrażacie sobie stosunki w wiccańskim kowenie? I jak - jeśli w ogóle - widzielibyście w nim siebie?

21 lutego 2013

Dlaczego nie czytać książek o Wicca

Generalnie jestem wielką zwolenniczą czytania i to wszystkiego. Piszę, żeby postawić sprawę jasno i żeby w trakcie czytania tej notki nie zamieszało się Wam w głowach.
Czytać można dokument i fikcję, beletrystykę i naukowe opracowania - wszystko poszerza nie tylko ogólnie pojęte horyzonty, ale też naszą wiedzę i naszą wyobraźnię. Coraz częściej jednak świat, który mnie otacza próbuje mnie przekonać, że czytać nie należy, a już na pewno nie książek dotyczących Wicca, więc zabawię się w adwokata diabła i spróbuję i Wam (tylko na chwilkę!) taki pogląd zaszczepić.

Zaczęło się, kiedy niedawno weszłam do magicznego sklepiku i zmartwiałam, zobaczywszy kolejną pozycję stworzoną przez Raven Silverwolf "Nastoletnia Czarownica. Wicca dla nowego pokolenia." To pierwsza i podstawowa wada naszego rynku wydawniczego (który jeśli chodzi o tę tematykę jest w opłakanym stanie) - książki, które mają być zgodnie tytułem czy sugestią wydawcy o Wicca prawie na pewno nie są o niej wcale. Bolączką naszych polskich wydawnictw jest publikowanie tłumaczeń amerykańskich książek, które traktują o bardzo luźnej interpretacji tego, czym jest nieinicjacyjne czarownictwo, zamiast książek o Wicca faktycznie. Na prawdę, trzeba się przekopać przez tony głupot, zanim trafi się na jakąkolwiek w miarę poważną pozycję. Ostatnia książka i dodatek do niej (kupić można razem lub oddzielnie) z instrukcjami do zaklęć miłosnych czy "jak sprawić, by nauczyciel spojrzał łaskawszym okiem" wydaje mi się po prostu szkodliwa, nie tylko dla nastoletnich czarownic, ale dla każdego niedoświadczonego czytelnika. Do tego bardzo często autorzy tych książek, wbrew opisom na okładkach, nie są wiccanami, albo nawet nie znają nikogo, kto wiccaninem jest. Dlatego zanim się zdecydujecie na przeczytanie czy kupno książki, warto zasięgnąć Drugiej Opinii, lub po prostu poradzić się bardziej doświadczonych znajomych.

Inny typ książek, którymi czytelnicy, chcący zdobyć wiedzę o Wicca, się często ekscytują, to książki z Wicca powiązane bardzo luźno i które  mają bardzo niewiele wspólnego z dzisiejszą tradycją. Przykład? Opiewane często "Współczesne czarownictwo" Gardnera. Pełno w nim jakichś strasznych bzdur, między innymi o tym, że Wicca to kult, który przetrwał ze starożytnych, przedchrześcijańskich czasów, a w który mieli być również zaangażowani Templariusze. W czasach Gardnera może były to uzasadnione tezy naukowe, ale cóż... w czasach przed Galileuszem i Kopernikiem płaskość Ziemi też wydawała się tezą uzasadnioną. Podobnie ludzie szaleją na punkcie "Białej Bogini" Gravesa czy "Aradii..." Lelanda i podane tam tezy czy zwyczaje przytaczają później jako wiccańskie. Nic bardziej mylnego! Owszem, pewne fragmenty, wyjątki mogły być inspiracją dla Gardnera czy innych czarownic, które zdecydowały się je później wprowadzić do swojej praktyki, ale nic więcej! Dlatego książki te bardziej zaciemniają obraz Wicca, niż rzeczywiście go pokazują.

No dobrze, a co w takim razie z książkami pisanymi przez współczesnych, inicjowanych i doświadczonych wiccan? Otóż tych nie należy czytać również. Książki te bowiem najczęściej nie zawierają wiedzy, jedynie wskazówki albo (co gorsza dla początkujących w temacie) przemyślenia. Paradoksalnie może to zawęzić czytelnikowi ogląd na Wicca ze wszystkich spojrzeń, jakie mógłby sam wypracować, do wskazanego przez autora. Może rozbudzić pewne oczekiwania lub chęć odczuwania pewnych emocji i doznań, których czytelnik nigdy nie będzie miał - w końcu każdy jest indywidualną jednostką, a doświadczenia w Wicca są bardzo indywidualne, a za to zamknąć go na to, co sam mógłby przeżyć. Może narzucić pewne tryby myślenia, analogie, podczas gdy czytelnik mógłby wypracować swoje, lepiej dla niego działające i bardziej odpowiednie, niż te które wyczytał.

Mam nadzieję, że po przeczytaniu tego wszystkiego nadal pamiętacie, kochani Czytelnicy, że się z Wami droczę, ale chciałam tą notką zwrócić Waszą uwagę na niezwykle istotną rzecz. Lektury dotyczące Wicca należy dobierać ze szczególną uwagą, jeśli człowiek nie chce sobie zamieszać w głowie. I zawsze należy mieć tę głowę otwartą, gotową odsiać plewy, gotową przyjąć nowe pomysły. W każdym momencie możecie z resztą poradzić się osób bardziej od Was doświadczonych w temacie danej książki czy autora. Ja zaś dalej trzymam kciuki za polski rynek wydawniczy, by w końcu zaczęło ukazywać się więcej dobrych, mądrych i przemyślanych książek zamiast wszechobecnej tandety.

I pamiętajcie, Drodzy Czytelnicy, że w Wicca najważniejsze jest doświadczanie i przeżywanie, a tego nie dadzą Wam żadne książki. Nic nie zastąpi kontaktu z żywym wiccaninem, który na bieżąco wyjaśni wątpliwości i przedstawi różne punkty widzenia, a może, kto wie, wskaże drogę do inicjacji i pełnego przeżycia misterium. Nie po książkowemu. Po swojemu.

17 lutego 2013

Po co wiedźmy piszą blogi

Przeczytałam niedawno (choć ma już kilka dobrych tygodni) fantastyczny wpis na blogu Mojmiry pt. "Po co wiedźmy chodzą do wróżki", który bardzo wielu osobom może odświeżyć perspektywę i pozwolić na nowo spojrzeć na czarownice, które umieją się przyznać, że nie są wszechwiedzące, a potrzebują czasem pomocy i zdania osoby "z zewnątrz".
Przez niego zaczęłam się zastanawiać po co wiedźmy piszą blogi. Co oznacza być wiccaninem - blogerem? Czy to do czegoś zobowiązuje? Co to znaczy być blogerem w ogóle?
Żeby to rozstrzygnąć trzeba wrócić do podstaw, czyli do definicji, czym jest blog. "Słownik języka polskiego" PWN podaje, że Blog to "dziennik prowadzony przez internautę na stronach WWW". Proste, prawda? Za proste, zbyt ogólne jak na potrzeby dalszych rozważań, choć pewnie okazałoby się bardziej skomplikowane, gdyby zweryfikować czym jako przedmiot lub forma literacka może być "dziennik". Zasięgnęłam więc (jak każdy chyba internauta) opinii Cioci-Wikipedii w tej sprawie. Oto, jakie informacje (między innymi) można tam zdobyć:

Blog od wielu innych stron internetowych różni się zawartością. Niegdyś weblogi utożsamiano ze stronami osobistymi (czy domowymi). Dziś ten pogląd wydaje się nieuzasadniony, wciąż jednak od innych stron internetowych blogi odróżnia bardziej personalny charakter treści: częściej stosowana jest narracja pierwszoosobowa, a fakty nierzadko przeplatają się z opiniami autora. Ponadto można spotkać się z definicją bloga jako sposobu komunikacji.

 Poza definicjami podanych jest jeszcze wiele kategoryzacji i sposobu podziału blogów, jednak Wikipedia nie podaje podkategorii blogów tematycznych. Wydaje mi się, że to dlatego, że blog - tak jak strona internetowa - może być dosłownie o wszystkim. Co więcej, o ile strony internetowe zwykle są tematyczne, tak blogi wcale nie muszą być, bo stanowią tylko i wyłącznie dziennik autora. Są zapiskami tego, czym bloger chce się podzielić ze światem.

Kim zatem jest wiedźma - bloger? Tym samym zupełnie, co każdy inny bloger. Jak każdy normalny człowiek odczuwa czasem potrzebę dzielenia się swoimi przemyśleniami, najróżniejszymi, a czasem głupotami, też najróżniejszymi. Bo czarownica - jak wspomniany przy innej okazji fizyk kwantowy, hydraulik czy śpiewak operowy jest normalnym człowiekiem, czującym potrzebę komunikacji z innym człowiekiem, nie tylko przez obwieszczanie swoich myśli, ale też przez kontakt z czytelnikiem, przez słuchanie (czytanie) co inni ludzie mają na temat tych myśli do powiedzenia. Poza byciem kapłanem, wiccanie mają zwyczajne, "świeckie" życie, codzienne troski i codzienne sprawy. Wiccanin dużo swojego życia poświęca dla Wicca, a jednak nie musi być to jedyna sprawa, w której się wypowiada.

Bo jeśli tak jest, jeśli nie ma się potrzeby powiedzenia opinii w innej niż Wicca sprawie, jeśli nie chce się znać opinii czytelników na temat swoich opinii, jeśli nie poszukuje się kontaktu z drugim człowiekiem, to się go odpycha, to łatwo się wtedy nadąć i napuszyć i stracić kontakt z rzeczywistością.

6 lutego 2013

Spotkania, spotkania...

Kochani Czytelnicy - mam dla Was kilka informacji o przeróżnych spotkaniach, które się odbyły lub odbywać będą.

Zacznę od spotkania, które miało miejsce w Poznaniu, 2-giego lutego.
Muszę przyznać, że jestem trochę zawiedziona, bo na naszym Imbolcowym spotkaniu pojawiła się... jedna osoba. Czekaliśmy na pętli Garbary, aż ktoś się pojawił, a że, mimo wcześniejszych zapowiedzi, padało, popędziliśmy na Stary Rynek, żeby sprawdzić, czy nikt tam o 11:00 nie będzie czekał. Nie czekał.
Mimo to południe udało się, poszliśmy na gorącą herbatę, która nas trochę rozgrzała po czekaniu na zimnie, a potem wróciliśmy do domów, zahaczając po drodze o sklepik "CUD", którego mój towarzysz wcześniej nie znał.
Było całkiem miło, ale nie będę ukrywać, że trochę mi przykro, bo wymyśliłam, wydaje mi się, coś fajnego. Pewnie tego pomysłu i tak by się nie dało zrealizować ze względu na iście imbolcową pogodę (czyli śnieg z deszczem), ale mimo pogody stawiłam się w obu umówionych miejscach i marzłam. Będę więc trwać myślami przy spotkaniu marcowym, które odbędzie się 16 lub 17 marca i, na które mam nadzieję, przyjdzie więcej osób.
Poza tym proszę pamiętać, że między jednym a drugim spotkaniem ja nie wyparowuję, więc można próbować mnie porwać na kawę po pracy ;) Kontakt jak zwykle - mailowy.

Informacja numer dwa - odnośnie 23-go lutego. Jeśli nic nie stanie na przeszkodzie będę w Warszawie na spotkaniu, na którym między innymi będzie Agni. Mam nadzieję, że jeśli pojawią się jakieś pytania związane z Wicca, będę mogła pomóc jej w udzielaniu na nie odpowiedzi.

Kolejna sprawa Wiccanisko 2013
To już się luty zrobił, więc czas najwyższy czas podjąć decyzję: czy organizujemy Wiccanisko w tym roku?
Możliwy termin to 26-28 lipca, miejsce najprawdopodobniej położone mniej-więcej w centralnej Polsce (jeszcze nie wyznaczone), cena nie powinna przekroczyć za 250 zł za 2 noclegi z pełnym wyżywieniem, ogniskami, uwzględnia też ewentualne nieprzewidziane wydatki. Wstępne zgłoszenia zbieramy na forum Wiccańskiego Kręgu, natomiast uprzedzamy, że organizacja Wiccaniska zależy TYLKO I WYŁĄCZNIE od liczy chętnych!
Niezdecydowanym polecam lekturę relacji z poprzednich edycji na stronie Wiccańskiego Kręgu oraz na blogu tutaj i tutaj .

I ostatnie zaproszenie - na Czesko-Morawską Konferencję Czarownic, odbywającą się niedaleko za polską granicą.  Jest organizowana między innymi przez Jakuba, który pozostaje w kontakcie ze znanymi mi czarownicami, między innymi Agni i Mike’iem, ale też Vivianne i Chrisem Crowley, którzy poprowadzą na BMWC warsztat „Phoenix Rising”, czyli Powstanie Feniksa. Zachęcam do zapoznania się ze stroną - dostępne języki to angielki i czeski. http://www.bmwc.org/ Natomiast osobiście bardzo żałuję, bo jest to jedyne spotkanie z całej dzisiejszej listy, na którym mnie nie będzie.

Na razie to tyle, ale będę informować o kolejnych wydarzeniach!
Pozdrawiam i wszystkim Czytelnikom ślę ciepłe, wiosenne, imbolcowe pozdrowienia, pełne Słońca, ciepła ognia, mimo tych wszystkich śniegów i mrozów wciąż walczących o utrzymanie silnej pozycji za naszymi oknami.

29 stycznia 2013

Na językach

Kwestia znajomości języków obcych staje się coraz bardziej oczywista. W zasadzie w wielu środowiskach, miejscach, okolicznościach staje się koniecznością, a korzystanie z Internetu bez znajomości podstaw angielskiego wydaje się niemal niemożliwe (może nie wykluczone, ale mocno ograniczone). Między ludźmi młodymi, wykształconymi, posługującymi się komputerami znajomość angielskiego, a najczęściej jeszcze innego, dodatkowego języka, powoli zaczyna stawać się normą. Czasem aż sama żałuję, że nie przykładałam się bardziej do niemieckiego, bo właściwie w moim środowisku i branży język angielski trudno już nazwać „obcym”.

Skąd takie rozważania pojawiły się na Czarowniczym blogu? Stąd, że jestem właśnie po cudownie relaksującym psychicznie i fizycznie, a jednak bardzo wymagającym intelektualnie weekendzie, a wiem, że czeka mnie jeszcze dużo więcej pracy, związanej z językami właśnie. Tłumaczenie z języka angielskiego na polski tekstów pisanych poezją i prozą, archaizowanych w różnym stopniu, różnie rytmizowanych i rymowanych, nad którym głowiłam się jako jedna z kilku osób, jest zadaniem bardzo ciężkim. Jak to mawiają złośliwi - przekład jest jak kobieta: albo piękny albo wierny, choć tak by się chciało mieć i jedno i drugie. A każdy z tekstów musi być piękny i wierny z osobna i jako całość, jaką tworzą. 
 (Nie wspominając o tym, że korekta interpunkcyjna tej całości zapewne mnie przypadnie w udziale.)

Po co to, skoro posługuję się językiem angielskim na tyle płynnie, by polskiego nie używać? By nawet te archaizmy w prozie i poezji rozumieć? Dla tych, co przyjdą po nas, chciałoby się rzec. Już za moimi plecami stoją moi przyszli uczniowie, którzy nie będą angielskiego znać, bo choć „I am from Poland” czy „My name is…” rozpowszechniło się szeroko, to, jakby nie spojrzeć, niektóre teksty są trudne, a wciąż wiele osób po angielsku mówi słabo. Albo wcale. W zasadzie w wielu środowiskach, miejscach, okolicznościach znajomość języków obcych staje się koniecznością. Ale nie wszystkich. I nie ma (na szczęście!) w naszym kraju przymusu, aby się porozumiewać w innym niż polski języku.
A po moich uczniach przyjdą ich uczniowie, i kolejni adepci Wicca po nich. Po to jest ten wysiłek. Aby nie musieć odtrącać żadnej osoby, która mogła by być wspaniałym wiccaninem, lecz nie zna angielskiego. Lub też by nie zmuszać nikogo, by uczył się wypowiadać słowa, których sensu nie rozumie i nie czuje. Po to jest ten mój, ale i innych osób, wysiłek, aby ulżyć zbędnego wysiłku innym, by obniżać troszkę bariery, które bez naszej pomocy staną się nie do przeskoczenia.

Moi przyszli Uczniowie i Uczniowie moich Uczniów i Wy wszyscy, którzy przyjdziecie po nich!
Ten wysiłek włożony w tłumaczenie „Księgi Cieni” - to dla Was!


16 stycznia 2013

Prozelityzm? Byle grzecznie!

"Grzeczność nie jest nauką łatwą ani małą" – pisał niegdyś Adam Mickiewicz, a okazuje się, że sprawa jest tak bardzo aktualna, zwłaszcza w kontaktach między ludźmi, którzy są sobie obcy lub prawie obcy.
Pisząc w internecie bloga, udzielając się na forach czy współtworząc stroną internetową czasem muszę swojego maila podawać, co jest zrozumiałe, nawet publicznie. (Na szczęście sprawy czasu wolnego i służbowe trzymam osobno.) Mimo to wciąż zadziwia mnie agresja, z jaką zwracają się do mnie niektórzy przedstawiciele niektórych wyznań chrześcijańskich. Wielu z nas w Polsce Chrześcijaństwo kojarzy się, niejako automatycznie, z katolicyzmem, lecz, możecie mi wierzyć, w tym wypadku jest jednak inaczej bowiem – jak lubię podkreślać – ze strony katolików nigdy nie spotkała mnie żadna przykrość.
Wiem również, że za każdego nawróconego chrześcijanie mają dodatkowe „punkty” u swego Boga, jest to poczytywane za wskazane i słuszne upominać błądzących i nawracać grzeszników. Dla mnie – jak również lubię podkreślać – rozmowy z ludźmi takiego wyznania są niezwykle kształcące, pobudzają do refleksji i, nie ukrywam, bardzo je lubię, jeśli odbywają się kulturalnie. Jednak agresywny prozelityzm – nawracanie na swoją wiarę, czasem mimo stanowczych oporów nawracanego, jest zwyczajnie przykry.

Ostatnio taka właśnie przykra niespodzianka czekała na mnie w mailu od zupełnie obcej osoby. Owa osoba przysłała mi oklepany dość, przyznaję, cytat z „Objawienia Jana”, i filmik na YT dotyczący nawrócenia byłego okultysty. Przykro mi się zrobiło, ponieważ miałam wrażenie, że osoba ta albo grozi mi spaleniem w siarce – wszak Biblię można różnie interpretować, albo obraża moją inteligencję sądząc, że po jednym filmiku tak nagle zawrócę z mojej wybranej, wymedytowanej, wypracowanej i wystudiowanej ścieżki. Pomijając już fakt, że filmów na YT nie mogę za bardzo oglądać, zważywszy na prędkość transferu darmowego WiFi w centrach handlowych, gdzie zażywam Internetu ;)
Natomiast grzecznie poprosiłam w odpowiedzi, aby takich maili do mnie nie wysyłać, bo, choć rozumiem, że to z troski, to ja osób obcych nie nagabuję.
Odpowiedź była wielce zaskakująca, bo osoba (nadal bez płci i imienia) wysłała mi w odpowiedzi link do kolejnego filmu - „Byłem gangsterem”. Ogarnęła mnie konsternacja niesamowita – czy osoba ta uważa, że mam przeszłość kryminalną? Czy też to mogło być wyznanie z jej strony? W takim zastanowieniu doczekałam maila trzeciego, z którego można było przynajmniej wywnioskować, że do czynienia mam z mężczyzną, o imieniu jednak wciąż nieznanym. Pan ten, lecąc bezpośrednio na „ty” wytknął mi fakt, że mój mail jest publicznie znany (no jak bym nie wiedziała!) i że jakiś właściciel mojego tchnienia dał życie za mnie i co ja na to. Na szczęście moja korespondencja z Panem Tajemniczym dobiegła końca – na razie.

Niestety dla tego Pana przy kolejnych próbach jego maile wylądują w spamie, między reklamami materaców a „zachęta do praca przez Internet, duży zarobki”. Nie dlatego, żebym coś miała, przeciwko dyskusjom, rozmowom, rozważaniom, nawet (a może zwłaszcza) inicjowanym przez inne osoby. Ale grzeczność wymaga przedstawić się, odnosić się do rozmówcy tak, jak chcielibyśmy, by on się odnosił do nas, nie lekceważyć go. Mam nieodparte wrażenie i pewne poszlaki, że dla owego Pana nie byłam wcale partnerem w dyskusji, ale kolejnym bluźniercą do nawrócenia „na taśmie”. Żadnych konkretów (równie dobrze Pan ten mógł być wyznawcą Latającego Potwora Spaghetti), żadnej uprzejmości, żadnego szacunku.

Pamiętajcie o tym, kochani Czytelnicy, pisząc do mnie, do redakcji gazety czy strony internetowej, czy do kogokolwiek innego – wymiana maili, listów, to też pewien rodzaj rozmowy, w którym obowiązuje savoir-vivre, zwłaszcza, jeśli dotyczy tak subtelnego tematu jak wiara i wyznanie. Jeśli chcecie taką rozmowę zacząć – róbcie to z głową!

Pozdrawiam!

2 stycznia 2013

Stare i Nowe

Witam w Nowym 2013 Roku, Kochani Czytelnicy!

Wszystkim Wam pragnę złożyć serdeczne życzenia uśmiechu na wszystkie 365 jego dni, pomyślnej realizacji planów i spełnienia marzeń w nadchodzących miesiącach.

 Nowy Rok to też dobra okazja, żeby spojrzeć za siebie i pomyśleć o tym, co wydarzyło się w ciągu poprzednich tygodni, pozwolę sobie więc na małe podsumowanie.

Blog został otwarty w styczniu, można więc rzec, że właściwie już mija pierwsza jego rocznica. Od tego momentu pojawiały się wpisy, w sumie , w zasadzie, jak to na blogach bywa, o różnej tematyce, jednak starałam się generalnie trzymać tematów wiccańskich. Mam nadzieję, że w miarę się to udaje, chociaż moje możliwości pisania na blogu znacznie zmalały.

Wspominałam Wam, że nie mam w mieszkaniu Internetu, teraz już od 3 miesięcy? Na pewno nie raz, bo urągam na to strasznie - do dobrego człowiek szybko się przyzwyczaja i choć parę lat temu bieganie do kafejki internetowej wydawało się normalne dziś jest dziwactwem, do którego jestem zmuszona. Wszystko w związku z przeprowadzką, do której byłam zmuszona i wynajmuję teraz pokój w mieszkaniu, w którym, choć jest niemal w samym centrum miasta, nie ma do Internetu dostępu a kablówka na położenie światłowodu i puszczenie sygnału potrzebuje więcej niż kwartał. No trudno.

W życiu zawodowym za to - same plusy. Mam normalną, stałą, ośmiogodzinną pracę. Nie w zawodzie co prawda, bo trudno jeszcze o pracę dla biotechnologów, ale w komputrach zawsze dobrze mi szło, to i w komputrach z pełnym zadowoleniem ze swojej sytuacji siedzę. I każdemu takiej pracy i takich szefów życzę.

Wracając zaś do bloga - przepraszam, że znów się nam wkradają kolejne "podsumowania", ale sami rozumiecie... Pięć tysięcy kliknięć to nie przelewki...
Dziękuję wszystkim za czytanie i odwiedziny, zachęcam do dalszego śledzenia Czarowniczego Bloga!