28 sierpnia 2014

Droga czarownicy - część 5 - Zwątpienie



Generalnie aż do początku 2010 roku wszystko układa mi się praktycznie idealnie.

Oddycham głębiej po pewnej, naturalnej jednak, duszności domu rodzinnego - bo ciężko się mieszka w 2 pokojach 3 dorosłym osobom o różnych gustach i temperamentach. Poznaję kogoś specjalnego, kto akceptuje mnie z dobrodziejstwem inwentarza (również religijnym). Mam czas na swoją praktykę. Do kowenu dołączają stopniowo kolejni adepci (więc nasza kowenowa praktyka opiera się w tym momencie głównie o inicjacje), osoby, które uważam za przyjaciół i mam nadzieję, że nasz kowen mimo oczywistych turbulencji, daleko zajdzie. Turbulencje wszak są naturalne a w związkach międzyludzkich nie o to chodzi, żeby się nie spierać, ale by umieć się godzić.

W zasadzie trudno więc określić dlaczego, ale nagle wszystko w kowenie zaczęło się sypać. Sama nie wiem, co było w tym wszystkim najgorsze. To, że mieszkaliśmy od siebie daleko i nie można było sobie wszystkiego wygarnąć normalnie, a potem iść na piwo. A może arogancja i niesubordynacja wobec naszych arcykapłanów. Być może to, że ludzie pałali złością i jakimiś urazami do siebie nawzajem, a może to, że za każdym razem, kiedy włączałam komputer, zbierało mi się na płacz.

Wtedy oczywistym się stało, że wiccanie nie zawsze są tak wspaniali, że życie w kowenie to nie jest sielanka, jak to się na początku wydawało. Że mili, oddający szacunek Bogom i Naturze ludzie mają dni, kiedy nie potrafią tego szacunku okazać drugiemu człowiekowi. Nie piję oczywiście tylko do swojego otoczenia, bo wielokrotnie ze zgrozą odkrywałam, że sama wcale jestem nie lepsza. Ale jest to taki moment, w którym człowiek zaczyna wątpić.

Zwątpienie takie jest wszechogarniające i przenika do kości. Nie wiesz już, gdzie jest twoje miejsce, po co znalazłeś się akurat tutaj, co dalej ze sobą zrobić i, oczywiście, po jaką cholerę ci to wszystko było. Zupełnie nie możesz wtedy przywołać uczucia szczęścia, które otaczało twoje serce ciepłą, świetlistą mgiełką jeszcze pół roku temu. Zastanawiasz się, gdzie jest twoje miejsce, bo przecież już nie w tym miejscu, w którym jesteś teraz.
Czujesz też żal. Żal do wszystkich i wszystkiego, co jest zamieszane w tę sprawę. Do innych osób w kowenie, za kolejne sprzeczki, za kolejne problemy i za samo to, że tkwią w tym samym bałaganie. A kiedy odchodzą - za to, że cię opuścili. Do arcykapłanów, którzy przecież ten syf powinni ogarnąć. A skąd mam wiedzieć jak? W końcu to oni od tego są, żeby trzymać porządek, więc powinni to wiedzieć. Do samego siebie, że się w to wplątało i nie umie się wyjść. I trochę nie chce się wyjść, bo właśnie w tej atmosferze kłótni, paradoksalnie, spełnia się wieloletnie marzenie pracy w kowenie. Masz czego chciałaś. Do Bogów nawet. W końcu to oni do Wicca mnie przywiedli. To oni mieli się mną opiekować. To Bogowie powinni swoim dzieciom wskazywać dobrą drogę. A tu droga przez chaszcze i znikąd pomocy.

W końcu zadano mi pytanie - kompletnie z zewnątrz i przez osobę z całym tym bajzlem nie związaną. Oczywiście - przecież w końcu takie pytanie musiało w końcu paść na głos, a sama sobie go nie zadałam. "Skoro źle się dzieje i nie czujesz się tak komfortowo jak miałaś się czuć, to po co to robisz?" I wtedy dotarło do mnie, że nie potrafię tego logicznie wytłumaczyć, ale tak na prawdę, w głębi, cały czas tego chcę. Cały czas chcę być w Wicca, chcę być w kowenie, chcę pracować magicznie i rytualnie, chcę mieć kontakt z moimi Bogami. Że tak na prawdę gdzieś w głębi cały czas wiem i czuję, jak to powinno wyglądać. I że cały czas w głębi ufam - ufam Bogom i sobie, że znajdzie się ta właściwa droga. Że w końcu się wszystko ułoży. Znalazłam w sobie siłę, żeby zostać.

I jak się okazało, zrobiłam dobrze, bo kiedy opadł kurz, wszystko zaczęło się uspokajać. Wyrównywać. A ja byłam szczęśliwa, że mimo burz, znów pokazało się słońce. Najpierw tylko malutki promyczek, ale potem było już lepiej. Cieszę się, że nigdy nie zrezygnowałam, że zostałam wierna swojej miłości do Bogów i do Wicca i że nie odpuściłam sobie. Pozostałam tam, gdzie powinnam być, a tamte przykre wydarzenia stały się częścią mnie i stworzyły mnie, jaką jestem teraz.

To nie oznacza oczywiście, że nigdy, przenigdy już nie zwątpiłam, że nie wzięłam głębszego oddechu, że nie zastanawiałam się, czy na pewno idę dobrą drogą. Zwątpienie ogarnia mnie, jak i, podejrzewam, wielu innych, raz za razem, raz większe a raz większe. Jednak podczas tamtych wydarzeń oswoiłam demona zwątpienia. Wiem, że on będzie mi zawsze towarzyszył i raz na jakiś czas wyglądał zza węgła. Ale to dobrze. Człowiek niewątpiący to fanatyk, to człowiek, który nigdy się nad swoją drogą nie zastanawiał, bo tylko zastanowienie przynosi zwątpienie. W końcu - to człowiek, który by raz się załamał, a zszedłby ze swojej drogi. A sztuką jest ją kontynuować mimo przeciwności i wracać na nią.

Ja swoją drogę kontynuowałam i wróciłam na nią, mimo załamania i myśli, że już się nie da. Krok przed skokiem w przepaść los mnie powstrzymał i kazał iść na most. Jestem dziś wdzięczna, że jednak się nie poddałam.

Między innymi dzięki temu, mogę to teraz napisać.

Ilustracja pochodzi z serwisu Pozytywne.com
CDN...

26 sierpnia 2014

Konferencja Duchowa Alchemia - relacja

W dniach 23-24 sierpnia odbyła się w Krakowie konferencja pod tytułem "Duchowa Alchemia - Zaślubiny alchemiczne we współczesnych tradycjach magicznych". Organizatorami tego przedsięwzięcia były osoby tworzące zespół redakcyjny strony Wiccański Krąg, wspomagani przez przedstawicieli Międzynarodowej Federacji Pogańskiej.

Spotkanie nieoficjalnie zaczęło się jednak już wieczór wcześniej, w piątek, 21 sierpnia. Zebraliśmy się w pubie Absynt przy ulicy Miodowej 28, aby zacząć się poznawać i zaprzyjaźniać. Tego samego wieczora Morgana - koordynatorka Międzynarodowej Federacji Pogańskiej, opowiedziała nam o polskim wydaniu swojej książki "Poza miotłą", wspominając historię jej powstania.
W sobotę rano zebraliśmy się w Hotelu Royal, dosłownie w cieniu Wzgórza Wawelskiego, by po rejestracji uczestników wysłuchać prelekcji o Alfabecie Pragnień i zakończyć go krótkim pathworkingiem. Następnie wysłuchaliśmy wykładów na temat Wicca jako Alchemii Duchowej i o podstawach systemu Enochii, by później móc wziąć udział w rytuałach. W pierwszym z nich powołaliśmy do życia Feniksa, który będzie odtąd patronował odrodzeniu magii w Polsce i całej Europie Centralnej. Drugim był rytuał otwarcia Bram Płomieni, z użyciem języka aniołów i enochiańskich kluczy. Wieczorem udaliśmy się zaś na afterparty, znów do pubu Absynt, jako że wielu uczestników wręcz pokochało to miejsce od pierwszego wejrzenia.
Drugi dzień konferencji otworzył wykład o podobieństwach Tarota i Alchemii. Przed lunchem wysłuchaliśmy również prelekcji o odrodzeniu neopogańskim z historycznego i socjologicznego punktu widzenia, a także o wiccańskiej i czarowniczej nomenklaturze. Popołudnie zaczęliśmy od omówienia, czym jest Amrita - Eliksir Nieśmiertelności i jak historia o jego poszukiwaniu powtarza się w historii od wieków w różnych kulturach. Na zakończenie całej konferencji odbył się kolejny rytuał - tym razem był to ryt oparty o Liber Samekh, a także raz jeszcze naładowaliśmy energią naszego Feniksa.

Jako współorganizatorka tego przedsięwzięcia chciałabym serdecznie podziękować wszystkim uczestnikom za to, że pojawili się na tej imprezie, czasem podróżując do Krakowa nie tylko z kraju, ale nawet z najdalszych krańców kontynentu. Byli z nami przedstawiciele Anglii, Austrii, Białorusi, Czech, Holandii, Niemiec, Norwegii, Rosji, Słowacji, Szkocji i Szwecji. Cieszę się, że wzięliście udział w konferencji i pomogliście swoją mocą stworzyć naszego wspólnego Feniksa.
Dziękuję również innym organizatorom i tłumaczom- Agni, Arkowi, Marzenie, Mojmirze, a także Luizie, której pomoc okazała się potrzebna w ostatniej chwili.
Wielkie, WIELKIE podziękowania dla prelegentów - Krzysztofowi Azarewiczowi, Vivianne i Chrisowi Crowley, Driadzie, która dzielnie zastąpiła Seana Cundy (niestety, pilne sprawy nie pozwoliły mu być z nami), Jean Fowler, Melissie i Rufusowi Harrington, a także dla ekip przygotowujących rytuały. Dziękuję za obecność Morganie i Luizie, koordynatorkom PFI - międzynarodowej i krajowej.
Dodatkowe podziękowania kieruję do pani Moniki, szefowej Absyntu, a także całej ekipy pubu - za to, że zechcieli nas przyjąć, za profesjonalną obsługę i że nie bali się naszych śpiewów.

W sumie pojawiło się ponad 80 osób. Pierwszy raz udało się nam zrobić taką konferencję, dwujęzyczną, w tak zacnym, międzynarodowym gronie, wydarzenie, które miało taki rozmiar i taką skalę. Super było znów zobaczyć starych znajomych i nawiązać nowe przyjaźnie. Przykro mi, że nie udało mi się porozmawiać z większą liczbą osób. A z tą, z którą udało mi się spędzić trochę czasu - okazało się, że niestety, o wiele za krótko!
Wydaje się, że cała impreza była bardzo udana, bo jak dotąd docierają do mnie tylko pozytywne opinie (i mam nadzieję, że szczere), ale jesteśmy otwarci na wszystkie uwagi. Bardzo proszę drogich uczestników konferencji - jeśli możecie, napiszcie kilka słów o tym co wam się podobało, a co nie, na przykład na adres mailowy Wiccańskiego Kręgu. Mamy bowiem nadzieję - ja, redakcja, ale i wielu uczestników, że nie było to ostatnie takie wydarzenie i że przed nami wiele podobnych imprez.

Następne duże wydarzenie w planach, to Wiccanisko 2015. Ale może ktoś zorganizuje jakieś mniejsze spotkanie, na którym będę się mogła wreszcie spełnić jako ktoś, kto go nie organizuje? ;)

Serdeczne pozdrowienia dla wszystkich Uczestników konferencji Duchowa Alchemia!

Feniks stworzony przez uczestników konferencji,
który został patronem odrodzenia Magii i Alchemii w Polsce i Europie Centralnej.
Autor zdjęcia - Igor Chodań

19 sierpnia 2014

Galopkiem

Kochani Czytelnicy!

Ostatnio moje dni przebiegają koło mnie i przeze mnie pełnym galopkiem, co mnie trochę niepokoi.
Miałam nadzieję, że będę mogła jeszcze w tym tygodniu napisać coś dla Was. Myślałam, że uda mi się ukończyć kolejną część pamiętnika, ale, choć jest już w przygotowaniu, sprawia mi pewne trudności. Nie ukrywam, że notka ta jest dla mnie w pewien sposób trudna, zwłaszcza, że coraz ciężej jest mi pisać na ten temat, bo coraz bardziej zbliżam się do obecnych wydarzeń, a wiadomo, że pamiętnik jest taką formą, która musi się trochę "odleżeć".
Poza tym cały długi weekend spędzałam w błogosławionym stanie pozainternetowym, z daleka od komputerów i każdemu radzę zrobić sobie taką przerwę raz na jakiś czas.
W tym tygodniu zaś nie udaje mi się poświęcić tyle czasu na blog, ile udawało mi się wygospodarować w ostatnim czasie, bo zostało jeszcze kilka ostatnich chwil przed Konferencją "Duchowa Alchemia", którą pomagam przygotowywać, więc jeszcze jest kilka rzeczy do zrobienia. Na ostatnią chwilę - jak zwykle.
Gdyby ktoś jeszcze był zainteresowany pojawieniem się na konferencji, zdecydował się w ostatniej chwili, proszę o kontakt mailowy na sheilax@wp.pl maksymalnie do piątku do godziny 11:00.

Poza konferencją - zaplanowałam kolejne spotkanie WKD na południe, 30 sierpnia - w sobotę, dokładnie tydzień po konferencji. Jak poprzednio - spotykamy się pod Rotundą, a potem ruszamy do Między Słowami przy Chmielnej. Mam nadzieję, że uda nam się porozmawiać trochę o wizualizacji - czym ona jest i dlaczego jest ważna w magii. Poza tym, jak zwykle, odpowiem na wszystkie wiccańskie pytania, jakie się pojawią.
Osoby zainteresowane bardzo proszę o wcześniejszy kontakt, żebym wiedziała, ile nas mniej-więcej będzie.
Serdecznie zapraszam! :)

Mam nadzieję, że jeszcze uda mi się opublikować jakiś wpis przed konferencją, chociaż nie obiecuję. Na pewno po weekendzie pojawi się jakaś krótka relacja z wydarzeń w Krakowie.
Zerkajcie do mnie raz po raz, żeby być na bieżąco.

Pozdrawiam!

12 sierpnia 2014

"Nauczyciel", albo "spotkanie - zrób to sam"

Jako przedstawicielka tradycyjnego, inicjacyjnego nurtu Wicca nie ukrywam radości, że wieloletnie tłuczenie wiccańskiej społeczności do głów internautów informacji, że by być wiccaninem, należy być inicjowanym, a do tego potrzebni są arcykapłani, w końcu odnosi skutek. Pojawiają się tu i ówdzie osoby zainteresowane Wicca, które pytają o nauczycieli, bo chcą się rozwijać nie koniecznie tylko w oparciu o literaturę fachową i tą mniej fachową, ale też dzięki kontaktom z drugim człowiekiem. Coraz więcej ludzi też, nie chce się już tylko zadowolić kontaktem w rzeczywistości wirtualnej, ale i musi zaspokoić naturalną potrzebę spotkania się na żywo, może nawet odprawiania wspólnie świątecznych rytuałów.
Często jednak pojawia się problem, kiedy okazuje się, że mieszkamy w małej miejscowości, odległej od miasta, w której odbywają się interesujące nas spotkania. Zaczynamy wtedy szukać innych możliwości.
Jako osoba, która w swoim życiu sama trochę naszukała się tego typu spotkań, a z drugiej strony - która sporo spotkań i warsztatów zorganizowała, pomyślałam, że podpowiem Wam, jak można sobie w tej sprawie pomóc.


Zanim jednak przejdziemy do tematu, sprawdź, czy przypadkiem do tej pory nie szukałeś spotkań źle.

Spotkania blisko Koziej Wólki.
Używam nazwy tej miejscowości przysłowiowo, więc mam nadzieję, że żaden mieszkaniec tego uroczego miejsca się na mnie nie obrazi. Często jednak pojawiają się w Internecie ogłoszenia o poszukiwaniu spotkań i/lub arcykapłanów blisko małej miejscowości, która, jestem pewna, jest piękna, ważna i znana w swojej okolicy, ale komuś z drugiego końca Polski może zupełnie nic nie mówić, że już nie mówiąc o tym, że Obornik, Gorzowów, Grodzisków i kilku innych jeszcze miejscowości, nie tych zupełnie malutkich, jest w kraju po kilka sztuk. Jeśli szukasz spotkań najbliższych dla swojego miejsca zamieszkania, podaj w informacji miasto powiatowe. Albo i wojewódzkie, na wszelki wypadek.

Szukam nauczyciela, zainteresowany niech zadzwoni.
Nigdy nie szukamy nauczyciela podając swoje dane, nie czekamy, aż się odezwie na maila. W Wicca zawsze uczeń szuka osoby, która zechce go inicjować, nie odwrotnie i to uczeń o nauczyciela musi zabiegać, pytać, pisać do niej/niego, a nie odwrotnie. No i nigdy nie podajemy swojego numeru telefonu w Internecie, to zwyczajnie niebezpieczne! A i takie wypadki widziałam.

Spotkania są za daleko, a ja nie mam czasu/pieniędzy/samochodu...
Przepraszam, że to napiszę, ale takie teksty zwyczajnie mnie wkurzają. Trzeba sobie czasem poukładać priorytety i jeśli Ci na prawdę na czymś zależy, to i za granicę będzie się samolotem latało kilka razy do roku, tak jak to niektórzy robili, żeby się wykształcić. Najłatwiej jest powiedzieć, że daleko i że drogo, ale czasem warto się zastanowić, czy jednak nie da się zorganizować przejazdu na jedno czy dwa spotkania. Zwłaszcza, że teraz już jest o wiele łatwiej, niż jeszcze kilka lat temu. Pojawiły się nowe połączenia, busy, strony dla autostopowiczów i transport staniał, więc są możliwości niedrogiego przemieszczania się. Nie trzeba też już jeździć za granicę, bo pojawili się wiccańscy arcykapłani w naszym kraju. Ci arcykapłani, którzy sami musieli często podróżować bardzo daleko, żeby zdobyć doświadczenie.


Jak w takim razie dobrze rozpocząć szukanie pogańskich spotkań bądź nauczyciela w Wicca?

Daj sobie czas na szukanie.
Nie od razu Kraków zbudowano, a i Ukryte Dzieci Bogini nie zawsze są skore, żeby organizowane przez siebie spotkania szeroko reklamować. Jak zwykle obowiązuje tu zasada - co wiccanin, to obyczaj. Sprawdzaj informacje na kilku, nawet kilkunastu stronach, zapisz się na fora, monitoruj informacje o bieżących pogańskich wydarzeniach. W ciągu roku wiele się dzieje - są spotkania regionalne, ale są i warsztaty, wyjazdy weekendowe, konferencje. Sprawdź dokładnie, czy trafisz na tę imprezę, która Cię interesuje - są spotkania ogólnopogańskie, są dla sympatyków Wicca, ale wśród których samych wiccan niestety nie ma, a są i takie organizowane przez arcykapłanów.

Dopytaj.
Nie bój się pytać o spotkania - ale rób to z głową. Napisanie w jednym miejscu o Koziej Wólce, jak już pisałam wyżej, nie zda egzanimu. Zapytaj w kilku miejscach, na grupach facebookowych i forach, nie bój się napisać maila, jeśli znajdziesz gdzieś jakieś dane kontaktowe. Nawet, jeśli mieszkasz daleko, warto dopytać, bo może ktoś wskaże ci spotkania, o których informacji nie znalazłeś wcześniej. Jeśli pytasz o spotkania w swojej okolicy, powtarzam ponownie - podaj nazwę dużego miasta. I mean it... really... na prawdę dużego. Niestety, wciąż nie ma nas w Polsce zbyt wiele. I ponownie - upewnij się, że jesteś zrozumiany, o jaki typ spotkania ci chodzi - ogólnopogańska towarzyska nasiadówa czy możliwość poznania arcykapłana w Wicca.

Nie bój się zaryzykować.
Na prawdę warto chociaż raz się poświęcić i wybrać się na spotkanie. Nie musisz przecież jechać nigdzie tak zupełnie w ciemno - możesz najpierw nawiązać kontakt z ludźmi ze spotkań przez Internet. Dać sobie czas na decyzję, czy na pewno chcesz się z nimi zadawać. Jeśli jesteś zdecydowany już, że chcesz znaleźć kowen i arcykapłanów - weź udział w spotkaniach organizowanych przez różne osoby i różne grupy, to da Ci rozeznanie kto jest kim, jaki jest, jak się dogadujecie. To niezwykle ważne, jeśli szuka się nauczyciela.



Zrób sobie spotkanie!

Gdy wszystko zawiedzie - zorganizuj spotkanie sam! To na prawdę nie takie trudne. Procedurę zacznij od sprawdzenia zainteresowania. Napisz w Internecie, ponownie - najlepiej w kilku miejscach, że masz taki plan i kto byłby zainteresowany, tak chociaż wstępnie, żeby pojawić się na spotkaniu w twojej okolicy. Pamiętaj, że w im większym mieście zaplanujesz swoją imprezę, tym większa szansa, że zgłosi się więcej zainteresowanych.

Kiedy będziesz już mieć grupę zainteresowanych ludzi, wybierz czas i miejsce. I tu mam garść podpowiedzi - wybierz jakieś szeroko znane miejsce spotkań "w ciemno" - Stary Rynek, charakterystyczny pomnik, nietypowy budynek, najlepiej w centrum miasta. Tak najłatwiej dojechać, zwłaszcza z innej miejscowości. Dobrze też od razu podać propozycję jakiejś kawiarni czy knajpki wszystkim zainteresowanym, żeby ewentualni spóźnialscy mogli dotrzeć. Podaj też z góry wybraną datę i godzinę. Jeśli mają zjechać na spotkanie ludzie spoza danej miejscowości - doradzam weekend. Zaplanuj czas spotkania ok 3-4 tygodnie wcześniej, ale kiedy termin będzie się zbliżał - przypomnij o nim uczestnikom spotkania.
Nie próbuj jednak umawiać się tak, żeby wszystkim pasowało - nie ma sensu. Niestety, to nie możliwe dogodzić wszystkim i jeśli mają się spotkać więcej niż 3 osoby, może to być duży problem. Lepiej podać czas i miejsce spotkania z góry i ufać, że wiele osób będzie mogło się do nich dostosować. Jeśli nie pasuje - może następnym razem się uda.
Nie zrażaj się, jeśli nikt nie przyjdzie, bo i tak może się, niestety, zdażyć. Ludzie często deklarują, że przyjdą, a potem okazuje się, że coś wypada na ostatnią chwilkę, nawet jeśli to tylko data spotkania wypada z głowy. I tak bywa, że przychodzą dwie osoby, jedna, a czasem nikt się nie pojawia. To nic! Spróbuj jeszcze raz, proponując nowy termin.

No dobrze, spotkaliście się kilka razy, ale nie ma wśród Was wiccan, kontaktem z którymi jesteście zainteresowani - co zrobić? Dzisiaj jest tyle różnych możliwości rozwiązań, że na prawdę to nie stoi na przeszkodzie. Możecie spróbować wybrać się całą grupą na spotkanie do innego miasta, a nawet spróbować umówić się tak z wybranym przed siebie wiccaninem (może nawet arcykapłanem?), żeby znalazł czas tylko dla waszej gromadki. Takie rzeczy da się dogadać, a dużo łatwiej wybrać się na wycieczkę całą grupą osób zamiast samemu. Tu uwaga na wszelkiego rodzaju zjazdy weekendowe! Na pewno jest to innego typu impreza, niż popołudnie w kawiarni, ale może się bardziej opłacać pojechanie na drugi koniec kraju na kilka dni i na spotkanie z większą ilością osób, niż tylko na spotkanie przy kawie.

Poza tym nie ma takich odległości, których nie mogłaby pokonać nowoczesna technologia. Może spotkanie mogłoby się odbyć za pomocą Skype, lub innego komunikatora? Może udałoby się namówić arcykapłana czy arcykapłankę, żeby usiedli z Wami przy kawie, ale wirtualnie? Dzisiaj widok laptopa w kawiarni nikogo nie dziwi i chyba nie byłby to problem, żeby zapytać, czy danego dnia ktoś znajdzie dla Was odrobinę czasu i ochoty, żeby usiąść przy kompie i porozmawiać chwilę, omówić jakiś temat albo odpowiedzieć na parę pytań.

Jeśli jednak mobilność grupy jest mocno ograniczona z jakiegoś powodu, a chcielibyście poznać arcykapłanów na żywo, można sięgnąć po broń ostateczną - po prostu taką osobę zaprosić. Zapytać grzecznie, czy może i czy by zechciał/a przyjechać w jakąś sobotę, umówić się wcześniej z tą osobą. Grzeczność wobec nauczyciela nakazywałaby pozwolić jej/jemu zaproponować termin. W dobrym tonie jest też zaproponowanie pokrycia kosztów przejazdu i jakiegoś prostego posiłku. Pamiętajcie, że w Wicca to adept musi się wykazać zainteresowaniem i jeśli już nie może sam się pofatygować do arcykapłana, to wypada jakoś temu zadośćuczynić. Poza tym arcykapłani też ludzie. Często bywają dosyć zajęci, bo prowadzą swoje koweny, mają swoją praktykę, nierzadko organizują spotkania w swoich miastach i pozostają w kontakcie ze swoim macierzystym kowenem - to wymaga, niestety, nakładów czasu i pieniędzy. A na pewno będzie łatwiej kilkuosobowej grupie złożyć się na bilety dla jednego czy dwojga ludzi, jeśli już bierzemy pod uwagę koszta.

I na koniec - jeśli celem waszego polowania na spotkania bądź ich organizacji jest poznanie arcykapłanów, którzy będą mogli was inicjować w Wicca pamiętajcie, żeby być grzecznymi i uprzejmymi, i w miarę możliwości postarać się dostosować do ich możliwości, a nie próbować naginać ich planów do swoich.
Pamiętajcie też, że jeśli macie jakąkolwiek wątpliwość, co do ludzi, z którymi się widujecie, czy na pewno są kapłanami lub arcykapłanami w Wicca - macie prawo do Drugiej Opinii!

Powodzenia w poszukiwaniu czarownic!

Ilustracja pochodzi z bloga cronehenge.blogspot.com

8 sierpnia 2014

Droga czarownicy - część 4 - Wielki Rok

Wiedziałam, że w Stęszewku pojawią się wiccańscy Arcykapłani i Arcykapłanki - osoby, które mogą nauczać, inicjować i prowadzić koweny, ale bynajmniej nie planowałam związywać się w taki sposób z żadnym z nich. Oczywiście, jak pisałam poprzednio, już od wielu miesięcy czułam się, jakbym kręciła się w kółko, na okrągło zdobywała i przetwarzała te same informacje. Z drugiej strony nie chciałam się na nic decydować. Jeszcze nie. Chociaż już byłam pełnoletnia od jakiegoś czasu, to bardzo dużo zmieniało się u mnie prywatnie i rodzinnie, a z niezależnością było tak sobie. Nawet wtedy śmiać mi się chciało z 17-letniej mnie, która wierzyła, że inicjacja w Wicca spłynie na nią, niczym światło z nieba, gdy tylko skończy osiemnastkę! A co dopiero teraz...

Miałam jednak świadomość tego, że wiccanie pozostają często z sobą w kontakcie, że znają się nawzajem, nawet jeśli razem nie praktykują - w końcu jakoś sobie tę linię inicjacyjną przekazują. Myślałam, że być może ktoś mi wskaże kierunek. Może ktoś ma jakichś znajomych w Berlinie? Mój niemiecki co prawda nigdy nie był dobry, a i teraz jest bardzo skostniały, ale czego się nie robi, by spełnić marzenia? Siądę i będę zakuwać. Maile ze słownikiem pisać. Słówka powtarzać. Szlifować gramatykę. W końcu nie będzie aż tak źle, żeby nie móc się porozumieć. A biorąc pod uwagę geografię, Berlin byłby nawet całkiem przyzwoitym kierunkiem - blisko z Poznania, więc i czasowo i (chyba - nie podróżuję za granicę, więc nie jestem pewna) finansowo nie będzie bardzo źle...
No i zupełnie nie wzięłam pod uwagę zakochania od pierwszego wejrzenia.

Pewnie, jestem już dużą dziewczynką - w maju 2008 mam już 21 lat (sic!), więc w bajki nie wierzę. Przynajmniej nie w takie o księciu na białym koniu, który uratuje księżniczkę z wieży i będą żyli długo i szczęśliwie. Myślałam, że nigdy nie spotka mnie takie uczucie, że patrzę na kogoś i wiem. A jednak patrzę na Agni i Mike'a Keelingów, wstydzę się jeszcze z nimi rozmawiać, ale biorę udział w rytuale, który przygotowali dla uczestników konferencji i jest to coś... no trudno mi opisać to słowami, bo jeszcze się tak nie czułam. Po prostu patrzę na nich i wiem. Berlin i inne opcje znikają w mgnieniu oka.

Spotkałam wiele osób i poznałam wielu nowych przyjaciół tamtej wiosny (z wieloma przyjaźnię się do dziś), ale to chyba naturalne, że akurat to spotkanie najbardziej utkwiło mi w pamięci, nawet jeśli zabrakło mi śmiałości, żeby wtedy w ogóle jakoś zagadać. Pamiętam przede wszystkim ten otwarty rytuał, kilka wymienionych zdań i wielką bitwę z myślami po powrocie do domu. Zamknęłam się nieco w sobie i zastanawiałam się wciąż i wciąż i w kółko, czy aby na pewno jestem pewna, co chcę zrobić i teraz już mogę z pewnością stwierdzić, że nie wiedziałam. Właściwie nie wiem, co wtedy sobie myślałam, chyba generalnie mało wtedy myślałam, bardziej czułam. Nie miałam pojęcia, dokąd mnie to zaprowadzi, jak będę praktykować w odległej Anglii i w zasadzie jak to będzie wyglądało dalej, już po mojej inicjacji. Wiedziałam tyle tylko, że chcę być inicjowana i że spotkałam odpowiednich ludzi.

Ta bitwa z myślami, zanim zdołałam w ogóle podjąć jakieś kroki w jakimś kierunku, trwała dobre trzy miesiące, zanim się odezwałam internetowo z prośbą o pomoc i wskazanie drogi. Droga jest prosta - muszę poprosić o inicjację przyszłego inicjatora. I - jakkolwiek sama często powtarzam, że absolutnie nie wolno prosić o inicjację mailem, bo to nie wypada, bo to zbyt poważna sprawa i że trzeba poznać dobrze arcykapłanów i kowen - to to właśnie robię. Popełniam największe w swoim życiu faux-pas.
Po krótkiej wymianie maili, przy której jestem tak zestresowana i podekscytowana jednocześnie, że drżę jak napięta struna a napisanie jednego akapitu zajmuje mi około godziny, dostaję formalne potwierdzenie.
Zostanę inicjowana w Wicca.

Wielokrotnie o tym mówiłam, ale jeszcze raz to napiszę.
Jestem moim inicjatorom niezwykle wdzięczna za wszystko, co dla mnie zrobili, ale szczególnie za to, że w ogóle zechcieli mnie przyjąć. Dzisiaj wiem, jak straszną gafę popełniłam, zwłaszcza w stosunku do ludzi, którzy mnie praktycznie nie znali. Dzisiaj już wiem, że ja absolutnie nie zgodziłabym się przyjąć osoby praktycznie obcej, zwłaszcza takiej, która zgłasza się do mnie mailowo. Wiem, jakim aktem zaufania to musiało być i starałam się go nie zawieść, chociaż pewnie nie zawsze mi się to udawało.
Dziękuję

Jednak wiadomo, że zanim do inicjacji dojdzie, trzeba się do niej przygotować. Staram się więc utrzymywać kontakt z moimi nauczycielami na tyle, na ile jest to możliwe, wypełniać uczciwie ich prośby i polecenia. Szybko wiadomo, że prawdopodobnie będziemy mieli polski kowen - na szkolenie dochodzi stopniowo kilka innych osób i wszystko wydaje się zmierzać w dobrym, rozwojowym kierunku.
Dużo dzieje się też w moim życiu pozamagicznym. Nie rozwodząc się nad tym zbytnio, zmienia się ono dość dynamicznie, a ja sama jestem po prostu nieznośna. No cóż... widać taki etap też musiał mieć miejsce.

W maju 2009 roku ma miejsce kolejna konferencja PFI PL w Stęszewku. Wrażenia ponownie pozostają po niej niesamowite, jednak wiadomo, że nie aż tak gwałtowne, jak za pierwszym razem. W każdym razie jakoś czuję się pewniej i nie tak nieśmiało jak wcześniej.

W wakacje po zdaniu licencjatu a przed rozpoczęciem dwuletnich studiów magisterskich wyprowadzam się z domu rodzinnego do Poznania. Wciąż mam jeszcze kilka tygodni, które w dużej mierze spędzam w samotności, na medytacji i wypoczynku.

W końcu następuje Ten Dzień - dzień spełnienia kilku lat marzeń i ciężkiej pracy. Dzień Inicjacji w Wicca. Może i mogłabym coś o nim napisać, ale chcę go zatrzymać dla siebie. Największy i najbardziej emocjonujący dzień mojego całego życia.
Najważniejszy wieczór, jaki kiedykolwiek się dla mnie wydarzył.

21 sierpnia 2009 roku

Archiwum prywatne

6 sierpnia 2014

Koło Roku - mit, czy nie?

Kiedy pisałam poprzednią notkę, o "(nie)wiccańskich mitach", wyraziłam się z pewną surowością o niektórych tworach literackich, na które można natknąć się w Internecie albo w niektórych "wiccańskich" książkach, często rodem z Ameryki. Padło jednak, całkiem słusznie, pytanie: "a co z mitem Koła Roku?" Zaczęłam się wtedy zastanawiać, czy swojego stanowiska nie powinnam nieco złagodzić.
Po krótkiej refleksji stwierdziłam, że nie złagodzę go.
Ale za to wyklaruję.

Widzicie, kiedy chce się przedstawić swoją opinię o danym zagadnieniu, czy też na jego temat dyskutować, trzeba się upewnić, że wszyscy będą wiedzieli, o co nam chodzi. Dlatego w poprzednim artykule pojawił się link do definicji mitu wg Wikipedii. Teraz, żeby oprzeć się na innych jeszcze źródłach, sprawdziłam i inne definicje: na stronie Słownika Języka Polskiego PWN, Encyklopedii PWN, a także na portalach Starożytność.info i witrynie Antyk będącej częścią serwisu Kulturalna Polska. Generalnie wszystkie te definicje, poza tym, że mit to opowieść o ludziach, bogach i herosach, zawierają informację, że mit oryginalnie ma funkcję poznawczą, czyli że próbuje wyjaśniać zajścia niewytłumaczalne dla ludzi, a także że wiąże się z mentalnością zbiorową społeczności odwołującej się do tego mitu. Załóżmy więc, że mit powinien mieć te wspomniane cechy - jest to zgodne z naszą najlepszą wiedzą, potwierdzoną w kilku źródłach.
Jak w takim razie Koło Roku ma się do naszej definicji?

Koło Roku, będące historią o Słonecznym Bogu i Bogini Ziemi, ich relacjach i tego, jak się to wszystko kręci wokół pór roku niewątpliwie spełnia nasz pierwszy warunek mitu - jest opowieścią o bogach i tego, jak ich obecność lub jej brak, wpływa na przyrodę a przez to - na ludzi. Co do tego nie ma chyba wątpliwości.

Trzeci warunek roboczej definicji mówił o mentalności zbiorowej całej społeczności. Myślę, że w dużej mierze może tak być, choć pewnie jak zwykle znaleźliby się wiccanie stanowiący wyjątek. Z pewnością Koło Roku spełnia ten warunek lepiej, niż omawiane przeze mnie poprzednio, jak je roboczo nazwałam, "mity wtórne", tworzone najczęściej przez eklektyków.

No ale wciąż pozostaje nam nieszczęsna funkcja poznawcza mitu. I tu niestety, nie da się powiedzieć, że Koło Roku spełnia tę rolę, a więc że wypełnia definicję mitu. Chyba nie ma pośród nas osób, które uwierzyłyby w to, że zima zmienia się w wiosnę, ponieważ rodzi się uosobione Słońce.
No i co z tym fantem zrobić?

Moim zdaniem mit Koła Roku wciąż mitem jako takim nie jest - nie spełnia definicji. Jest to nadal bardzo ważna dla wielu wiccan opowieść, mająca wiele wersji i wiele interpretacji, lecz mająca wymiar bardziej symboliczny, alegoryczny, niż poznawczy, czy religiotwórczy. Tak z literackiego punktu widzenia chyba najbliżej jest do przypowieści. Jest to historia, która ma swoją warstwę dosłowną, praktycznie fabularną. Swoją drogą mogłaby to być wciągająca powieść, gdyby ktoś z odpowiednim talentem ją spisał. Poza tym przypowieść ta ma też warstwę symboliczną. Nie ma ona za zadania opisywać i wyjaśniać świata dosłownie, ale językiem symboli, alegorii i metafor przekazywać głębszą prawdę - że Bogowie istnieją, działają poprzez naturę nas otaczającą i poprzez nas samych, że możemy to działanie odczuć.

Wiem, że przyjął się taki skrót myślowy, taka nazwa, ale im bardziej się nad tym zastanawiam, tym mniej odpowiada mi nazywanie Koła Roku mitem. Spełniając ważną część definicji mitu, ale odseparowując się zupełnie od innej jej części, jest, moim zdaniem, tworem tak wyjątkowym, że nie mieści się w żadnej kategorii.
Dla mnie Koło Roku jest tak unikalną opowieścią, z jednej strony powstałą właściwie niedawno, a z drugiej strony dotykającą swoim sednem Bogów, że zasługuje, by stać się odrębnym gatunkiem, kategorią samą w sobie.
   
Ilustracja pochodzi z witryny Spiraltreegrove.com

4 sierpnia 2014

(Nie)wiccańska mitologia

Kolejny temat na zamówienie i muszę przyznać, że bardzo ciężki orzech do zgryzienia, bo pracowałam nad tematem czas jakiś z pomocą Internetu i długo zastanawiałam się, od jakiej strony temat ów zacząć.
Dokładne pytanie, jakie padło w tym temacie, to takie, czy istnieje więcej mitów związanych z Wicca, podobnych do mitologii opisanej przez Lelanda w "Aradii". Odpowiedź jest bardzo złożona, ale tak w skrócie brzmi "i tak, i nie". Bo owszem, istnieje wiele różnych, mniej lub bardziej podobnych do użytego w przykładzie mitów, w ogromnej większości będących mitami o stworzeniu świata i Bogów. Pytaniem, na które dużo trudniej odpowiedzieć, to: "Na ile są one związane z Wicca?"

Cofnijmy się na chwilę do definicji mitu. Mówi nam ona, między innymi, że mit powinien mieć dla ludzi z danego kręgu powinien mieć funkcję poznawczą - wyjaśniać zjawiska niewytłumaczalne. W starożytnych mitologiach były to właśnie takie procesy i zjawiska, jak powstanie świata, bicie piorunów, zmiany pór roku. Ludzie używając mitów, opowieści o Bogach, wyjaśniali sobie jak działa świat, nie mając równocześnie innych informacji o nim. Dzisiaj jednak wiemy już, lub możemy z dużym prawdopodobieństwem przypuszczać, jak takie procesy i zjawiska się dzieją. Nie potrzebujemy mitów, by wyjaśnić Wielki Wybuch, ruch elektronów w atmosferze czy nachylenia osi Ziemi w stosunku do płaszczyzny jej orbity - my to wiemy. Nie pełnią już też tak silnej, jak w starożytnych cywilizacjach funkcji światopoglądowej czy religijnej - przynajmniej nie w Wicca. Pewne elementy rytuałów czy światopoglądu mogą pochodzić z takiego czy innego mitu, ale wiccański rytuał ma pewną strukturę nie opartą na żadnym konkretnym micie. Z kolei światopogląd współczesnych ludzi, również wiccan, kształtowany jest przez wiele różnych czynników, mity mogą być jednym z nich, ale nie muszą.

W omawianym tutaj przypadku, problem z mitami jest generalnie taki, że są one odpowiednikiem Świętych Ksiąg, obecnych w niektórych religiach (a niektórzy owe Święte Księgi nazywają właśnie mitologiami). Wicca, jak już wiemy, nie opiera się ani na przekazie opowieści, ani nie jest religią księgi - powracam tutaj do tak wałkowanej przeze mnie ortopraksji. Tak więc światopogląd, wiara i rozumienie religii i świata wynika z rytuału, jego rozumienia i interpretacji, a nie odwrotnie.

Czy więc można uznać, że istnieje coś takiego, jak "wiccańska mitologia"? Moim zdaniem nie bardzo. Jednak wpisując w Google sformułowanie "mit wicca" uzyskamy mnóstwo wyników. Zwróćmy wtedy uwagę na to, co czytamy. W większości będą to najprawdopodobniej albo mity przytoczone z "Aradii" Lelanda, albo mity napisane przez wiccan eklektycznych, tudzież przedstawicieli ścieżek pokrewnych (np. Starhawk, Raven Silverwolf), swego rodzaju nowostworzone mity. Nie chcę się wypowiadać z pozycji naukowego autorytetu i nie znam dokładnych religioznawczych określeń, sama natomiast nazwałabym je "mitami wtórnymi".
Nie pełnią podstawowych funkcji mitów - poznawczej, światopoglądowej ani religijnej. Są raczej tworami literackimi, które powstały nie z potrzeby tłumaczenia świata lecz odwrotnie - z potrzeby posiadania mitologii. Z potrzeby opisywania tego świata raczej przez język symboli i alegorii, niż naukowo. Możliwe, że nawet posunęłabym się do stwierdzenia, że utwory takie wynikają, być może, z pewnego kompleksu, że religia, będąca młodym tworem, nowością utworzonym w świecie współczesnej nauki, nie ma starożytnych tekstów mitologicznych i dawnych przekazów...? Pozostawię to do rozważenia czytelnikom.

Wracając do pytania, które stało się przyczynkiem do wszystkich tych rozważań - Czy jest więcej mitów podobnych do mitu o Aradii przedstawionego przez Lelanda? Owszem, jest ich nawet całkiem sporo i wcale nie tak trudno je znaleźć.
Czy są to mity związane z Wicca? Moim zdaniem nie bardzo...
A Wy jak myślicie?

Ilustracja pochodzi z serwisu Kawerna