29 stycznia 2013

Na językach

Kwestia znajomości języków obcych staje się coraz bardziej oczywista. W zasadzie w wielu środowiskach, miejscach, okolicznościach staje się koniecznością, a korzystanie z Internetu bez znajomości podstaw angielskiego wydaje się niemal niemożliwe (może nie wykluczone, ale mocno ograniczone). Między ludźmi młodymi, wykształconymi, posługującymi się komputerami znajomość angielskiego, a najczęściej jeszcze innego, dodatkowego języka, powoli zaczyna stawać się normą. Czasem aż sama żałuję, że nie przykładałam się bardziej do niemieckiego, bo właściwie w moim środowisku i branży język angielski trudno już nazwać „obcym”.

Skąd takie rozważania pojawiły się na Czarowniczym blogu? Stąd, że jestem właśnie po cudownie relaksującym psychicznie i fizycznie, a jednak bardzo wymagającym intelektualnie weekendzie, a wiem, że czeka mnie jeszcze dużo więcej pracy, związanej z językami właśnie. Tłumaczenie z języka angielskiego na polski tekstów pisanych poezją i prozą, archaizowanych w różnym stopniu, różnie rytmizowanych i rymowanych, nad którym głowiłam się jako jedna z kilku osób, jest zadaniem bardzo ciężkim. Jak to mawiają złośliwi - przekład jest jak kobieta: albo piękny albo wierny, choć tak by się chciało mieć i jedno i drugie. A każdy z tekstów musi być piękny i wierny z osobna i jako całość, jaką tworzą. 
 (Nie wspominając o tym, że korekta interpunkcyjna tej całości zapewne mnie przypadnie w udziale.)

Po co to, skoro posługuję się językiem angielskim na tyle płynnie, by polskiego nie używać? By nawet te archaizmy w prozie i poezji rozumieć? Dla tych, co przyjdą po nas, chciałoby się rzec. Już za moimi plecami stoją moi przyszli uczniowie, którzy nie będą angielskiego znać, bo choć „I am from Poland” czy „My name is…” rozpowszechniło się szeroko, to, jakby nie spojrzeć, niektóre teksty są trudne, a wciąż wiele osób po angielsku mówi słabo. Albo wcale. W zasadzie w wielu środowiskach, miejscach, okolicznościach znajomość języków obcych staje się koniecznością. Ale nie wszystkich. I nie ma (na szczęście!) w naszym kraju przymusu, aby się porozumiewać w innym niż polski języku.
A po moich uczniach przyjdą ich uczniowie, i kolejni adepci Wicca po nich. Po to jest ten wysiłek. Aby nie musieć odtrącać żadnej osoby, która mogła by być wspaniałym wiccaninem, lecz nie zna angielskiego. Lub też by nie zmuszać nikogo, by uczył się wypowiadać słowa, których sensu nie rozumie i nie czuje. Po to jest ten mój, ale i innych osób, wysiłek, aby ulżyć zbędnego wysiłku innym, by obniżać troszkę bariery, które bez naszej pomocy staną się nie do przeskoczenia.

Moi przyszli Uczniowie i Uczniowie moich Uczniów i Wy wszyscy, którzy przyjdziecie po nich!
Ten wysiłek włożony w tłumaczenie „Księgi Cieni” - to dla Was!


3 komentarze:

  1. Tłumaczenie tego wymaga wiele wysiłku - jestem pod wrażeniem, że może nie tyle, że Wam się chce (bo w wiccańskiej praktyce nie powinno mieć miejsce słowo "nie chce mi się"), ale że nie idziecie na łatwiznę, nie odpuszczacie i mogę się tylko domyślać jak trudne jest przetłumaczenie takiej starej poezji, więc jak wiele pracy w to wkładacie. Powodzenia w dalszym tłumaczeniu Księgi. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kto powiedział, że tłumaczenie poezji musi być albo wierne albo piękne? Nasze jest i wierne i piękne. ;)
    Agni

    OdpowiedzUsuń
  3. Wspaniała robota Sheilo!

    I troszkę Ci ...zazdroszczę ;)
    - bo cała ta robota, na każdym etapie, zależy od Ciebie, od Was :)
    Jak ostatnio musiałam staczać z pseudo-grafikiem nieomal walkę o to, że kropka a dwukropek to nie to samo (tak, naprawdę koleś mi w oczy "spytał": a jaka to różnica!) i inne rzeczy, wg mnie podstawowe, to marzę o tym, by to, za co dopowiadam zrobić samej. Nic gorszego jak psuj :/
    Miłego tłumaczenia :D

    OdpowiedzUsuń