28 sierpnia 2014

Droga czarownicy - część 5 - Zwątpienie



Generalnie aż do początku 2010 roku wszystko układa mi się praktycznie idealnie.

Oddycham głębiej po pewnej, naturalnej jednak, duszności domu rodzinnego - bo ciężko się mieszka w 2 pokojach 3 dorosłym osobom o różnych gustach i temperamentach. Poznaję kogoś specjalnego, kto akceptuje mnie z dobrodziejstwem inwentarza (również religijnym). Mam czas na swoją praktykę. Do kowenu dołączają stopniowo kolejni adepci (więc nasza kowenowa praktyka opiera się w tym momencie głównie o inicjacje), osoby, które uważam za przyjaciół i mam nadzieję, że nasz kowen mimo oczywistych turbulencji, daleko zajdzie. Turbulencje wszak są naturalne a w związkach międzyludzkich nie o to chodzi, żeby się nie spierać, ale by umieć się godzić.

W zasadzie trudno więc określić dlaczego, ale nagle wszystko w kowenie zaczęło się sypać. Sama nie wiem, co było w tym wszystkim najgorsze. To, że mieszkaliśmy od siebie daleko i nie można było sobie wszystkiego wygarnąć normalnie, a potem iść na piwo. A może arogancja i niesubordynacja wobec naszych arcykapłanów. Być może to, że ludzie pałali złością i jakimiś urazami do siebie nawzajem, a może to, że za każdym razem, kiedy włączałam komputer, zbierało mi się na płacz.

Wtedy oczywistym się stało, że wiccanie nie zawsze są tak wspaniali, że życie w kowenie to nie jest sielanka, jak to się na początku wydawało. Że mili, oddający szacunek Bogom i Naturze ludzie mają dni, kiedy nie potrafią tego szacunku okazać drugiemu człowiekowi. Nie piję oczywiście tylko do swojego otoczenia, bo wielokrotnie ze zgrozą odkrywałam, że sama wcale jestem nie lepsza. Ale jest to taki moment, w którym człowiek zaczyna wątpić.

Zwątpienie takie jest wszechogarniające i przenika do kości. Nie wiesz już, gdzie jest twoje miejsce, po co znalazłeś się akurat tutaj, co dalej ze sobą zrobić i, oczywiście, po jaką cholerę ci to wszystko było. Zupełnie nie możesz wtedy przywołać uczucia szczęścia, które otaczało twoje serce ciepłą, świetlistą mgiełką jeszcze pół roku temu. Zastanawiasz się, gdzie jest twoje miejsce, bo przecież już nie w tym miejscu, w którym jesteś teraz.
Czujesz też żal. Żal do wszystkich i wszystkiego, co jest zamieszane w tę sprawę. Do innych osób w kowenie, za kolejne sprzeczki, za kolejne problemy i za samo to, że tkwią w tym samym bałaganie. A kiedy odchodzą - za to, że cię opuścili. Do arcykapłanów, którzy przecież ten syf powinni ogarnąć. A skąd mam wiedzieć jak? W końcu to oni od tego są, żeby trzymać porządek, więc powinni to wiedzieć. Do samego siebie, że się w to wplątało i nie umie się wyjść. I trochę nie chce się wyjść, bo właśnie w tej atmosferze kłótni, paradoksalnie, spełnia się wieloletnie marzenie pracy w kowenie. Masz czego chciałaś. Do Bogów nawet. W końcu to oni do Wicca mnie przywiedli. To oni mieli się mną opiekować. To Bogowie powinni swoim dzieciom wskazywać dobrą drogę. A tu droga przez chaszcze i znikąd pomocy.

W końcu zadano mi pytanie - kompletnie z zewnątrz i przez osobę z całym tym bajzlem nie związaną. Oczywiście - przecież w końcu takie pytanie musiało w końcu paść na głos, a sama sobie go nie zadałam. "Skoro źle się dzieje i nie czujesz się tak komfortowo jak miałaś się czuć, to po co to robisz?" I wtedy dotarło do mnie, że nie potrafię tego logicznie wytłumaczyć, ale tak na prawdę, w głębi, cały czas tego chcę. Cały czas chcę być w Wicca, chcę być w kowenie, chcę pracować magicznie i rytualnie, chcę mieć kontakt z moimi Bogami. Że tak na prawdę gdzieś w głębi cały czas wiem i czuję, jak to powinno wyglądać. I że cały czas w głębi ufam - ufam Bogom i sobie, że znajdzie się ta właściwa droga. Że w końcu się wszystko ułoży. Znalazłam w sobie siłę, żeby zostać.

I jak się okazało, zrobiłam dobrze, bo kiedy opadł kurz, wszystko zaczęło się uspokajać. Wyrównywać. A ja byłam szczęśliwa, że mimo burz, znów pokazało się słońce. Najpierw tylko malutki promyczek, ale potem było już lepiej. Cieszę się, że nigdy nie zrezygnowałam, że zostałam wierna swojej miłości do Bogów i do Wicca i że nie odpuściłam sobie. Pozostałam tam, gdzie powinnam być, a tamte przykre wydarzenia stały się częścią mnie i stworzyły mnie, jaką jestem teraz.

To nie oznacza oczywiście, że nigdy, przenigdy już nie zwątpiłam, że nie wzięłam głębszego oddechu, że nie zastanawiałam się, czy na pewno idę dobrą drogą. Zwątpienie ogarnia mnie, jak i, podejrzewam, wielu innych, raz za razem, raz większe a raz większe. Jednak podczas tamtych wydarzeń oswoiłam demona zwątpienia. Wiem, że on będzie mi zawsze towarzyszył i raz na jakiś czas wyglądał zza węgła. Ale to dobrze. Człowiek niewątpiący to fanatyk, to człowiek, który nigdy się nad swoją drogą nie zastanawiał, bo tylko zastanowienie przynosi zwątpienie. W końcu - to człowiek, który by raz się załamał, a zszedłby ze swojej drogi. A sztuką jest ją kontynuować mimo przeciwności i wracać na nią.

Ja swoją drogę kontynuowałam i wróciłam na nią, mimo załamania i myśli, że już się nie da. Krok przed skokiem w przepaść los mnie powstrzymał i kazał iść na most. Jestem dziś wdzięczna, że jednak się nie poddałam.

Między innymi dzięki temu, mogę to teraz napisać.

Ilustracja pochodzi z serwisu Pozytywne.com
CDN...