25 marca 2015

Równonoc zaćmiona

Minął czas Równonocy, Dzień przegonił swoją długością Noc.
Bogini ponownie spotkała się z Bogiem.
Nowe życie się poczyna, życie wzrasta, odradza się.

Ta Równonoc była wyjątkowa pod wieloma względami. Wiele obumarło, odrodziło się na nowo.
Księżyc przysłonił Słońce, niebo, choć zasnute chmurami, to pociemniało, przedpołudnie zmieniło się w zmierzch. Popołudnie zaś stało się niemal jak letni dzień, słoneczne i gorące, zwiastun nadchodzących ciepłych dni.

Jest coś pięknego, mistycznego i tajemniczego, kiedy Księżyc spotyka się ze Słońcem. To zupełnie jakby Bogini całowała Boga. Zwłaszcza w taki dzień, jak ten, kiedy młody i silny Rogaty Pan Lasów, po wielu dniach gonitwy, zdobywa w końcu względy Młodej Bogini. Panna staje się Matką i, choć ziarno zostało zasiane, to Bóg na razie jeszcze odchodzi. Powraca w dzicz.
Po zaćmieniu Słońce i Księżyc ponownie rozchodzą się na długi czas.

Wraz z przyjściem wiosny nastąpiło nowe. Nowe życie, nowy etap, nowa podróż. Rozpostarło się wiele nowych możliwości nauki. Pewnie będzie ona czasem ciężka, ale zawsze satysfakcjonująca i wydająca owoce, jeśli tylko się do niej podejdzie odpowiedzialnie i wytrwale. Coś tam już o tym wiem.

Wiele było przy tym stresu, ale wszystko powiodło się i wyszło na prawdę bardzo dobrze.
I choć Wiosna, zaraz po swoim pojawieniu się, nastraszyła trochę Warszawę mrozem i śniegiem, to wygląda na to, że zostanie z nami na dłużej.
Tak, jak zmiany po zaćmieniu i rytuałach, które zostaną z nami, mam nadzieję na wiele lat.


PS. Więcej wiosennych zdjęć na facebookowej stronie Czarowniczego Bloga!

15 marca 2015

Prowadzenie w pojedynkę

Jakiś czas temu zastanawiałam się nad napisaniem tego artykułu, ale długo nie mogłam się na to zdecydować. A że temat żywo mnie interesuje, do tego przez długi czas był obecny w dyskusjach osób zainteresowanych Wicca, uznałam, że najwyższy czas się nim zająć.
Co, jeśli osoba prowadząca kowen nie ma partnera?

Przyczyn może być wiele. Partnerstwo w arcykapłaństwie to bardzo specyficzna więź. Czasem mówi się, że dobrze, gdy partnerzy są małżeństwem albo kochankami, ale myślę, że to pewne spłaszczenie tematu. Chodzi o pewien rodzaj przyciągania, zrozumienia, pewnej atrakcyjności, ale to dopiero początek. Więź ta jest na tyle skomplikowana, że nie sposób jej opisać słowami na blogu, bo to tylko by ją umniejszało. Jest oparta na pewnym dopasowaniu, iskrze, zaufaniu i miłości, ale również na pewnej energii między partnerami i jej odpowiedniej dynamice, na magnetyzmie, na tym połączeniu, którego nie da się opisać słowami.

Jak widać, sprawa ta jest bardzo złożona i znalezienie partnera, z którym będzie się prowadzić kowen nie jest takie proste. Oczywiście, wiele elementów w takiej relacji (jak w każdej innej z resztą) można i trzeba dopracowywać, "docierać się". Jednak zawsze trzeba od czegoś zacząć. Czasem jednak nie ma od czego, bo albo nie dogadujemy się z nikim na tyle dobrze, albo ktoś z kim czujemy, że moglibyśmy prowadzić kowen nie ma odpowiedniego stopnia albo po prostu brakuje osób odpowiedniej płci, bo i tak się zdarza.
W takiej sytuacji, będąc pod ścianą, dana osoba musi prowadzić kowen sama.
Samodzielnie, ale nie samotnie.

Jeśli kowen prowadzi arcykapłanka - ona sama może inicjować tylko mężczyzn.
Jeśli kowen prowadzi sam arcykapłan - może inicjować tylko kobiety.
Co prawda w "starożytności", na początku istnienia Wicca zdarzały się różne precedensy, ale dziś większość wiccan tradycyjnych nie uznaje odstępstw od zasady inicjacji przez inną płeć. Do tego podczas rytuału inicjatorowi powinna również partnerować osoba na odpowiednim stopniu, co sprawia, że wszystko komplikuje się jeszcze bardziej.
Mimo to większość pracy przy prowadzeniu kowenu z powodzeniem może wykonać jedna osoba. Jest to oczywiście pracochłonne, czasem trudne, jeśli nie ma się wsparcia partnera, ale o ile inicjacja musi być "na krzyż", nie ma już takiego wymagania w przypadku prowadzenia treningu przedinicjacyjnego czy organizacji rytuałów. A to oznacza, że czasem trzeba znaleźć nie tyle partnera, co inicjatora dla swoich uczniów.

Temat pożyczania kapłanek czy kapłanów jest raczej mało znany w Polsce, ale to dość popularna sprawa w Wielkiej Brytanii. W środowisku, gdzie kowenów jest sporo i utrzymują ze sobą kontakt można zawsze sobie poradzić dzięki wsparciu najbliższej Rodziny i poprosić bliskiego arcykapłana/arcykapłankę o pomoc. Jest to sytuacja specyficzna, bo inicjator przyjmuje na siebie odpowiedzialność za inicjowanego i nawiązuje z nim magiczną więź, chociaż prawdopodobnie nie będą razem pracować w kowenie. Musi być w tym wypadku dużo zaufania i odpowiedzialności za siebie samych i siebie nawzajem, bo tworzy się tutaj specyficzny "trójkąt". Dlatego warto, i z tego co wiem - zazwyczaj tak się dzieje, żeby był to nasz własny inicjator lub inna osoba z naszego macierzystego kowenu, przyjaciel z którym dobrze się znamy. Osoby, które są z nami blisko, z którymi praktykowaliśmy najlepiej znają nasze możliwości i wady.

Cała sytuacja przypomina trochę "pożyczanie" kapłanów i kapłanek na rytuały (chociaż do dość brzydko brzmi... wolę "odwiedzanie się"). W zasadzie mogą się nawet zdarzyć takie koweny, które będą w całości złożone z jednej płci, kiedy drugą płeć będą na swoje rytuały tylko zapraszać. Może brzmi to śmiesznie, ale takie sytuacje, choć bardzo sporadyczne, to są znane.

Generalnie bycie samodzielnym arcykapłanem, prowadzącym kowen samodzielnie to dość ciężkie zajęcie, wierzcie mi. Natomiast wiem, że nie jestem osamotniona.
Dzięki temu, że moja Rodzina jest zgrana i chętnie się zapraszamy (niezależnie od płci), wiem, że mam ich wsparcie.

Ilustracja pochodzi z zasobów Wikimedia Commons
PS. Zaglądajcie na Blog Czarownicy na Facebooku!

12 marca 2015

Jezus - Bóg Słońca, Bóg Ofiary

Obiecałam kochanym czytelnikom, że będzie o Jezusie, więc w końcu się za to wzięłam.
Myślę, że wpis ten będzie interesujący nie tylko dla wiccan czy osób Wicca zainteresowanych, ale także dla wszystkich pozostałych czytelników Bloga Czarowniczego.

Od razu zaznaczę jednak jedną bardzo ważną rzecz. Absolutnie nie będzie tu porównywania kto kogo kopiuje, skąd pochodzą dane pomysły czy idee, gdzie powstały jako pierwsze. Nie będzie dochodzeń kto komu ukradł święta. Chodzi jedynie o pokazanie pewnych podobieństw i różnic, ponieważ uważam, że to szalenie ciekawe, jak pewne idee, mimo niezgodności zdań w wielu kwestiach, są uniwersalne.

Powiązanie Jezusa z wieloma pogańskimi bóstwami widać jaskrawo w obchodach jego urodzin. W końcu powszechną wiedzą jest, że narodziny Jezusa miały miejsce wiosną, ale świętuje się je w okolicach Przesilenia Zimowego. Dawno już ludzie zauważyli, że od tego momentu dni stają się coraz dłuższe, a Słońca jest coraz więcej, co w końcu położy kres zimie. Jest to dzień, który przynosi nadzieję na przyszłość, dzień, w którym rodzi się Dzieko Obietnica.
Jezus nie jest tu odmienny od Mitry, Horusa, ani Rogatego Boga Wicca. Myślę, że to nawet nie ma do końca znaczenia, jakie imię i twarz nadajemy temu Bogu. W Zimowe Przesilenie rodzi się Światło, Słońce i nadzieja. Ten Bóg, choć jeszcze mały i słaby, w końcu stanie się naszym opiekunem, obrońcą, zbawicielem.

Ciekawą korelację między Jezusem, a Bogiem Wicca widać w Imbolc. W Chrześcijaństwie w tym czasie obchodzi się Matki Boskiej Gromnicznej, lub też Uroczystość Objawienia. Podobnie jak Rogaty Bóg wyniesiony jest po raz pierwszy w ten dzień z Podziemi, tak Jezus po raz pierwszy wniesiony jest do świątyni. I prawdopodobnie również pierwszy raz na otwarty świat, ponieważ na tyle, ile wiemy, do tego czasu Maryja była w połogu, a Żydówkom nie wolno wtedy opuszczać domu. W Biblii pada nawet zdanie, że wszystko działo się "kiedy upłynęły dni oczyszczenia Maryi". To pewnie temat na inny, szeroki wpis, ale można tu również zauważyć podobieństwo Bogiń. Matka Boga oczyszcza się w Imbolc, wraca do swojego dziewictwa, jest gotowa by ponownie zajść w ciążę.
Jezus i Rogaty Bóg nabiera zaś sił i staje się coraz silniejszy, staje się "światłem na oświecenie" (że
pogan - to pominiemy ;) )

O dalszych wydarzeniach z życia Jezusa wiemy niewiele. Jezus został, przez wieki tłumaczeń tekstów i przekształcającej się tradycji, w zasadzie zupełnie pozbawiony seksualności. Nie znajdujemy w jego historii znanej nam dziś takich historii, jak miłość do kobiety, pożądanie, spłodzenie potomstwa. Równonoc Wiosenna to zaledwie zwiastun jego własnych narodzin.

Dużo ciekawsza jest pod względem naszych porównań jest męczeńska śmierć Jezusa i jego zmartwychwstanie już w innej roli - nie męczennika, a Pana i Boga. Jezus staje się Bogiem-ofiarą, tak jak Rogaty Bóg, Pan Zbiorów oddaje swoje życie, by nasycić ludzi. Sam zgłasza się, świadom swojego przyszłego losu, aby tę ofiarę wypełnić. Zdaje sobie sprawę, że idzie na śmierć. Pozwala przelać swoją krew, aby w ten sposób zaopiekować się ludzkością. Krew spływa na Ziemię, a Słońce zachodzi. Obietnica narodzona w środku zimy wypełnia się. Ostateczny akt poświęcenia.
http://wallpaperus.org/wallpapers/04/14/magic-alchemy-1750x1786-wallpaper-779076.jpg
Obraz autorstwa Henricusa Khunratha
Olbrzymia rozdzielczość, w obrazku link do oryginału
W chrześcijańskiej interpretacji Kabały sefirą szczególnie związaną z Jezusem jest Tiferet, szóstą sefirą na Drzewie Życia, związaną właśnie ze Słońcem. Tiferet, która znajduje się w połowie środkowego filara, jest jakby wpół drogi między Keter - Bogiem, a Malkut - Ziemią, czyli naszym światem materialnym, światem ludzi. Jest to również określana mianem sefiry "Cudów", "Duchowości", "Harmonii". Jednak najbardziej ważne dla nas w naszych rozważaniach jest inne jej znaczenie "Poświęcenie", "Samoofiara". Syn Boży, Boska energia z Keter, manifestuje się w Człowieku, Słońcu, które nie należy ani do jednego, ani do drugiego świata, a zarazem łączy je oba.
Jest to wielkie poświęcenie Boga, by stać się człowiekiem, Tiferet jest bowiem najwyższą emanacją Boga, która może przyjąć zrozumiałą dla ludzi formę. Zaś gdy Jezus jako człowiek oddaje najwyższą ofiarę, rozpoznajemy w nim Boga, który porzuca życie, ciało i formę, by swoją mocą wybiec do Keter.
Podobną interpretację stosuje się z resztą do wielu innych ofiarnych Bogów, między innymi Ozyrysa.
Myślę, że ofiara Boga Wicca, Rogatego Pana Życia i Śmierci również wpisuje się w tę ideę, uniwersalny koncept Boga, który wychodzi do ludzi, dla których wie, że poświęci wszystko.

Jezus jest dla pogan szalenie ciekawą postacią, niezależnie od tego, kto był pierwszy i kto co od kogo skopiował. Ostateczna ofiara Boga Słońca, naszego opiekuna i wybawiciela, jest stara jak nas świat, jak nasza cywilizacja. Od Starożytności po dziś ta sama idea pasjonuje i zachwyca wielu ludzi na całym świecie. Myślę, że warto poznawać Jezusa - tego biblijnego, mitologicznego, kulturowego, tiferetycznego. Może być dla nas na prawdę fascynujący, nawet, jeśli nie będzie Chrystusem.
http://img265.imageshack.us/img265/1849/rose1gi0.jpg
Jezus między Keter i Malkut, Boskością i ludzkością.
PS. Po więcej treści zaglądaj na Blog Czarowniczy na Facebooku!

7 marca 2015

Droga musi być kręta

Raz na jakiś czas, na wiccańskich grupach facebookowych i forach następuje dziwny wysyp ludzi, którzy by coś chcieli, ale, choć nie wiedzą dokładnie czego by chcieli, to koniecznie na srebrnej tacy.Wskazywać paluchem nie będę, bo to nie ładnie, jednak widać wśród wielu osób w naszym pięknym kraju i w naszej społeczności, postawę roszczeniową. Innymi słowy podejście, w którym coś, co ja chcę mieć powinno mnie się należeć - niezależnie od tego, czy zdrowy rozsądek sens i logika świadczą za, czy przeciw temu.

Najjaskrawszym przejawem takiej postawy roszczeniowej w przypadku osób chcących zajmować się magią (chyba, bo to nie było dla mnie takie jasne), była osoba, która na forum tematycznym oświadczyła, że szuka "odpowiedzi na trudne pytania". Tylko i aż tyle. W zasadzie można było tylko życzyć jej powodzenia, bo niczego więcej się nie dowiedzieliśmy, mimo pytań o jakie pytania i o jaką tradycję magiczną chodzi. To było swego rodzaju kuriozum i chyba już granica, w jakiej można się posunąć w swoim lenistwie, nowa forma "szukam nauczyciela, niech się do mnie odezwie na GG". Tym niemniej wciąż wiele osób oczekuje, że ktoś się będzie naginać do nich.

Zastanawiam się, czy nie jest to przyzwyczajenie po Kościele Katolickim. Ich świątynie są praktycznie wszędzie, a większość kapłanów (a na pewno ci, których znamy z przekazów medialnych) zrobi wszystko, żeby przyciągnąć do siebie zagubione owieczki. W dodatku, choć zmienia się to od wielu lat, wierni i wielu kapłanów pozwala sobie na bylejakość. "Mierny, bierny, ale wierny". Można być wiernym, Kościół przyjdzie do ciebie, a ty sam nie będziesz musiał się za bardzo starać. Albo przyjąć reguły... ale nie wszystkie. To nie fair i sama uważam, że jak już być wiccaninem, katolikiem, muzułmaninem, to na serio, a nie częściowo, ale taka postawa kusi i dotyczy na prawdę wielu Polaków.

Może stąd pojawia się w niektórych osobach pragnienie, żeby wszystko było proste, że będzie można dopasować religię do siebie. Ze zdumieniem odkrywam za każdym razem, że są osoby, które uważają, że przyjazd z Łodzi do Warszawy na spotkanie to za daleko. No, blisko nie jest, a jak już kiedyś pisałam, inni mają o wiele trudniej. Czekają, aż arcykapłan zjawi się w ich mieście, na ich progu. Albo aż ktoś im powie, że koweny są demokratyczne i może i będzie trzeba słuchać arcykapłanów... ale nie do końca. Zupełnie innym tematem jest skyclad, gdzie jak najbardziej rozumiem próby uczepienia się myśli, że są koweny praktykujące w szatach (sama tak kiedyś miałam). Jednak spotkałam się i z sugestiami od osób, ponoć zainteresowanych Wicca, które próbowały mi wmówić, że robimy to źle. Że Wicca należy zmienić, by arcykapłanów nominować w wyborach i rycić w ciuchach. Niemal z pretensją, że przecież my zniechęcamy ludzi, a należałoby ich zachęcać.

Wicca natomiast ludzi nie zachęca i nie ma zamiaru tego kiedykolwiek robić. Nie dostosowuje się do ludzi, nie gania za owieczkami. Jest wiele różnych kowenów, Wicca ma wiele różnych odcieni, wiele zwyczajów. Jednak zawsze to zainteresowany musi podjąć kroki, starać się, wykazać się, pojechać na spotkanie, wykonywać polecenia i słuchać wskazówek. To zainteresowany dopasowuje się do grupy, nie odwrotnie - i nie dotyczy to tylko Wicca, ale praktycznie każdej zamkniętej organizacji, zakonu, klubu. Wicca jednak bardzo słabo toleruje brak zaangażowania i bylejakość, więc jeśli chcecie czegoś łatwego, co do was samo przyjdzie, to nie będzie to ścieżka dla was.

Jednak jeśli nie poddajecie się zbyt łatwo, lubicie wyzwania, potraficie się zaangażować i dawać z siebie, Wicca może być czymś, co da wam wiele satysfakcji.
Zwłaszcza, że po inicjacji jest tylko trudniej ;)


 

PS. Po nowe wpisy, fotografie i polecane linki, klikaj w Blog Czarowniczy na Facebooku!

3 marca 2015

Wiosna, ach, to Ty!

Mamy już marzec. Wczoraj w Warszawie przeszła Burza, taka przez wielkie B, z grzmotem i błyskawicą i ulewą, co kazało mi się zastanowić, czy to aby już nie jest początek wiosny, przynajmniej w pogodzie. Zwłaszcza, że ostatnio widać w końcu na niebie trochę niebieskiego (mimo ciągłej mieszanki, jak w garncu)
Jednak na całego powitamy wiosnę dopiero po Równonocy, kiedy w końcu Dzień stanie się dłuższy niż Noc. Kiedyś, przez szereg lat samotne czarownice i niezrzeszeni poganie obchodzili to święto głównie w izolacji. Nie jest łatwo zainicjować świętowanie w grupie, podobnie, jak trudno się czasem do grupy przyłączyć - bo jak taką znaleźć!

Na szczęście czasy samotności i izolacji minęły i nic dzisiaj nie stoi na przeszkodzie, by nadejście wiosny stało się nie tylko wielkim świętem, ale i wielką imprezą. Takie imprezy będą miały miejsce między innymi w Warszawie, choć na pewno nie tylko - poszukajcie informacji o imprezach w swoim mieście w Internecie i na Facebooku.

Wśród Warszawskich imprez serdecznie polecam  Stołeczny Marsz Powitania Wiosny organizowany przez środowiska rodzimowiercze. To bardzo sympatyczne, rodzinne wydarzenie, wielki spacer od Syrenki (tej na Starym Rynku) do Syrenki (nad Wisłą) z wielką Marzanną. Byłam w zeszłym roku i było bardzo fajnie, więc szczerze zachęcam do wzięcia udziału. Uczestnicy marszu zbiorą się od 11:00 na Rynku Starego Miasta 21 marca, potem ruszą wyprawić kukłę zimy w jej ostatnią podróż.

Niestety, w tym roku na Marszu Powitania Wiosny mnie nie będzie - samą Równonoc spędzam za granicą. Tydzień później jednak organizuję Rytuał Równonocy Wiosennej. Odbędzie się on w sobotę, 28 marca, późnym popołudniem. Po więcej szczegółów zaglądajcie na forum Wiccańskiego Kręgu - serdecznie zapraszam do przyłączenia się do grupy organizacyjnej, bo są jeszcze role do przygarnięcia. Tym niemniej już teraz zanosi się na bardzo fajny rytuał i sympatyczną imprezę, więc mam nadzieję, że chętnych nie zabraknie i będzie ich jeszcze więcej, niż teraz jest. W trakcie rytuału również pożegnamy Marzannę - symbol zimy, a następnie zasadzimy ziarna i naładujemy je naszą mocą, aby stały się symbolami naszych intencji i celów, które chcemy zrealizować tej wiosny.

A skoro już przy ciekawych wydarzeniach jesteśmy - choć to już będzie lato...
Zapraszam serdecznie na Wiccanisko 2015! W tym roku opiekę nad Wiccaniskiem przejęła Mojmira, ale nic nie ulega zmianie pod tym względem, że impreza zapowiada się - jak zwykle z resztą - świetnie. Oprócz Wiccaniska odbędą się też Luminaty - warszataty czarownicze, ale dla osób zainteresowanych Wicca (zwłaszcza początkujących!) najciekawszy będzie wiccaniskowy weekend, podczas którego będziecie mogli zapoznać się z kursem Wicca Study Group, który obejmuje podstawy Wicca, takie jak czym jest inicjacja, Koło Roku, jak wiccanie rozumieją magię i jakie są wiccańskie wierzenia.
Trzeba się pospieszyć, bo nie ma już wiele miejsc!

Serdecznie zachęcam wszystkich, żeby brali udział w różnych pogańskich i czarowniczych wydarzeniach, poznawali nowych znajomych i angażowali się w naszą społeczność. Nawet, jeśli jakimś cudem nie nawiążecie przyjaźni na lata (co mało prawdopodobne), nie  będziecie już musieli świętować samotnie.


PS. Aby śledzić nowe notki na bieżąco polub Blog Czarowniczy na Facebooku!

24 lutego 2015

Akcja "Erekcja" - skyclad na bis

Poradziłam się moich facebookowych znajomych o jakieś fajne, kontrowersyjne tematy. Nie wiem czemu kontrowersyjne - mam jakoś ochotę podyskutować sobie na wiosnę i pobawić się różnymi ideami. Jak widać generalnie, jeśli chodzi o kontrowersje, religia i seks są nie do pobicia, bo pierwsze pomysły, jakie się pojawiły, to "Jezus" i "erekcja".

Na erekcjach znam się średnio, znaczy na tyle, na ile mogę. Będąc biologiem mam garść niezbędnej wiedzy, a jeśli chodzi o doświadczenia... cóż, po prostu większość moich doświadczeń w tym temacie pochodzi z drugiej, że się tak wyrażę, ręki. W każdym razie z moich rozmów z niektórymi wiccańskimi kapłanami i facetami, którzy chcieliby kiedyś nimi zostać, erekcje wydają się być zupełnie oddzielną częścią wielkiego problemu skycladu. Częścią, powiedzmy sobie szczerze, która jakoś szczególnie mnie nie podniecała do tej pory.

Na początku mnie temat zadziwił. Znaczy ile o tym skycladzie można... że to nie tak... że nikt na to nie patrzy... że tego się nie czuje... nie zwraca uwagi... i tak w ogóle wszystko inne, co było już opowiadane z tysiąc razy. Okazało się jednak, że posiadanie penisa wynosi hipotetyczny problem zupełnie na inny poziom. Panowie bowiem, kiedy tak jak panie, rozważając myśl o inicjacji oswoją się już z tym, że ktoś będzie ich oglądał i godzą się ze swoim ciałem przynajmniej na tyle, zadają sobie jeszcze jedno pytanie: "co się stanie, jak stanie?"

Odpowiedź jest bardzo prosta - nic się nie stanie. Oglądanie ciał w pozach i przy czynnościach zgoła nieseksualnych (a czasem i w ogóle nieseksownych) zazwyczaj nie jest jakimś przyczynkiem do podniety. Gdyby tak było, podobne problemy by się pojawiały na plaży. No chyba, że te majtki na prawdę robią aż taką różnicę. W każdym razie, jak byłam w wielu różnych rytuałach, o różnym nastroju i w różnych okolicznościach, tak się jeszcze nie zdarzyło, żeby ktoś się zaprezentował na baczność.

Chodzą oczywiście legendy o tym, że kapłanki cieszą się wielce, kiedy takie wydarzenie ma miejsce, podobno są nawet okazyjne pieśni, opiewające owo wydarzenie, ale nie dane mi było ich usłyszeć. Natomiast na pewno nikt dziwić się takiej reakcji ciała nie będzie, bo ciało jest tylko tym - ciałem. I jest piękne, niezależnie od tego, czy jesteśmy grubi czy chudzi, wysocy czy niscy, uspokojeni czy podnieceni. Piękno ciała zasługuje na nic mniej, niż szacunek i radość właśnie.
A panowie nie powinni się bynajmniej erekcją w rytuale przejmować.
Wszak fallus we wzwodzie jest znanym symbolem Rogatego Boga, jego boskiej siły, energii i mocy.

Merkury z Kadyceuszem, obuty w skrzydlate sandały. W pełni swoich boskich sił.
Ilustracja pochodzi z Wikimedia Commons
PS. Przypominam o możliwości polubienia Bloga Czarowniczego na Facebooku!

14 lutego 2015

Święto Miłości... ?

Dzisiaj są Walentynki, więc wypadałoby się jakoś do nich odnieść.
Pewnie niektórzy oczekiwaliby, że powiem, że jako prawdziwa Polka, kochająca naszą piękną tradycję, powinnam publicznie, na Facebooku, forum i Bogowie wiedzą gdzie umieścić informację, że dla mnie prawdziwym świętem miłości jest nasza wspaniała, Słowiańska Kupała.
Inni z kolei pomyślę, że wiccanka, to powinna wspomnieć o Beltane, tradycyjnym dniu miłości, seksu i zaślubin, nawet jeśli tylko na rok i dzień.

Ani mi się śniło... Mam wrażenie, że od kilku lat Walentynki powoli uciekają od wielkiej dyskusji na ich temat, podobny do samhainowej dyniohisterii. Po prostu zaczynają się wbijać w tło naszej kultury, a raczej popkultury, więc nie za bardzo jest o co się z końmi kopać. Jasne, że są tony kiczu, różowych i czerwonych serduszek (w tym roku, zgodnie z obowiązującą modą, zastąpione bardzo dużą liczbą odcieni szarości - ach, ta popkultura!) i więcej zakochanych par, snujących się z kwiatkami i melancholijnymi minami po mieście.
Muszą też oczywiście być hejterzy - ci samotni i ci w parach, bo przecież żadne zjawisko, które ktoś lubi, nie może pozostać nieskomentowane negatywnie przez kogoś innego.

Walentynki są jednak szczególne w tym sensie, że są Dniem Zakochanych, swego rodzaju Świętem Miłości. Jak już ustaliliśmy jednym z wielu, ale to nie powód, by ich nie obchodzić, przynajmniej na swój ulubiony sposób. Bo czy mogą być Walentynki świętem Miłości mniej lub bardziej prawdziwym od innych? To tak, jak sama Miłość byłaby mniej lub bardziej prawdziwa. Wiadomo, najlepiej jest, gdy każdy dzień zamieniamy w Święty Miłości, jednak przyznajmy, że trochę to lubimy - te kwiaty, kina i serduszka. Tak jest trochę łatwiej, kiedy mamy szczególny Dzień, Symbol, coś, co czego wszyscy mogą się odnieść.

Jeśli więc Święto Miłości nie może być codziennie, dajmy sobie szansę, by obchodzić je jak najczęściej. W Walentynki i w Beltane i w Kupałę i w Dzień Niepodległości i we własne urodziny. Może dzięki temu poczujemy trochę więcej Miłości do Świata, do siebie nawzajem i do siebie samych.


PS. Jeśli kochacie Czarowniczy Blog, okażcie swoje serce na Facebooku ;)


8 lutego 2015

Wyciąg z legend i pobożnych życzeń

Dziś bierzemy na tapetę jedną w bardziej popularnych książek o czarostwie wydanych po polsku w latach dwutysięcznych. Czas ten przynosił wielkie nadzieje, że w końcu pojawi się coś porządnego, coś bardziej rzetelnego, niż Cunningham czy Puziewicz. I tak wiele osób złaknionych wiedzy i lektury, rzuciło się na Czarostwo - tajemna tradycja Ravena Grimassiego w tłumaczeniu Olgi Stefańskiej, wydanych w 2007 roku nakładem Caridwen. 

  

Zanim przejdę do samej treści - tradycyjnie słów kilka o polskim wydaniu. Okładka wg mnie nie jest ładna. Nie jest też brzydka - jest zupełnie przeciętna i posklejana luźno z różnych elementów kojarzonych z czarostwem. Okropne są za to ilustracje, bardziej niż cokolwiek przypominające kolorowanki, ale nie znam oryginału, więc trudno mi się do tego odnieść w kontekście polskiego wydania.
Na tylej okładce mamy informację sugerującą, że ta książka może być o Wicca, chociaż nauczeni doświadczeniem nie będziemy zbyt optymistyczni... Tłumaczenie jest poprawne, chociaż pojawia się parę krzaczków, które mnie osobiście denerwują, jak np. wiosenne i jesienne "zrównanie". Moja pierwsza myśl - "czego z czym?" Nie rozumiem niechęci do używania dobrze znanych równonocy, bądź pięknie brzmiących z łaciny ekwinokcjów.

Przechodząc do treści... tu mam wiele zastrzeżeń, prawdę mówiąc. Grimassi sam, jeszcze we wstępie pisze: "Fakt, że nasza wiedza o celtyckich wierzeniach pogańskich jest fragmentaryczna i rozproszona, sprawiał, że trudno było traktować współczesną rekonstrukcję, jako godny zaufania model, na którym można pracować. Było to frustrujące, ponieważ podobieństwa i wspólne elementy między starym i nowym czarostwem zdecydowanie przemawiały za autentycznością korzeni w głębokiej przeszłości."
Czyli sam przyznaje, że pisze książkę pod tezę, którą uzupełnia swoimi przypuszczeniami i, jak to nazwał, "badaniami". Ciekawe podejście. Dalej możemy się dowiedzieć, że Europa, zdaniem autora, dzieli się na 2 kręgi kulturowe. Południowy, czyli "egejsko-śródziemnomorski" i Północny, czyli... Wielką Brytanię. Trochę to utrudnia czytanie, bo kilkukrotnie, kiedy była mowa o Europie Północnej miałam przed oczami Wikingów, a nie Celtów.

Oczywiście, jak w każdej książce o czarostwie napisanej w Stanach, mamy przydługą historię czarownictwa, jako religii z epoki kamienia, która przetrwała aż do dziś. W pewnym momencie pojawiło się oczywiście chrześcijaństwo, ale "Starożytne czarownice wolały wiejskie okolice, gdzie wciąż czczono bóstwa pól i lasów, słońca i księżyca", nie przyjęły zaś oficjalnej religii tych, którzy dzierżyli władzę. "Czarownice zawsze należały do starszego i odmiennego porządku i taki stan rzeczy utrzymuje się do dziś" - czyli, jak pisałam niedawno, wiedźma znów jest istotą, która, niemalże, mieszka w dziupli. Dodatkowo w tym rozdziale dowiemy się też, że "Wicca to rdzeń, od którego pochodzi słowo witch". Nie, to nie jest prawda.

W drugim rozdziale mamy opis różnych elementów, na które składa się "Tradycja misteryjna". Cokolwiek to znaczy, bo autor, jakkolwiek ciągle pisze o tym, że do misteriów nie da się dotrzeć umysłem, że trzeba je samemu przeżyć, że to bardzo ważne i zachowa nas w łączności z przodkami... to właściwie nie pisze, co to te misteria, czemu to służy i skąd się wzięło. Cały rozdział jest zapełniony różną mieszanką mitów, historii, powieści, legend i baśni, chyba właśnie w celu uzupełnienia wspomnianych we wstępie dziur.

Kolejne dwa rozdziały opowiadają odpowiednio o Bogu i Bogini. One również składają się z ekscentrycznej mieszanki różnych źródeł, gdybań i wniosków autora. Interesujące w nich jest to, że mimo wszystko kolejne podrozdziały pokazują różne twarze Boga i Bogini, które rozpoznajemy w Wicca. Stąd mamy podrozdziały o Dziecku Obietnicy, Bogu Podziemi, Rogatym Bogu, Panu Słońca i Zabitym Bogu Zbiorów. Przy tej okazji warto wspomnieć o przytoczonej legendzie o Rytualnej Śmierci Herkulesa według Gravesa. Trudno traktować książki Roberta Gravesa, jako źródło historyczne, ale Grimassi podchodzi do tego śmiertelnie poważnie, opisując szczegółowo i na kilku stronach tę historię, której mnie nie udało się znaleźć nigdzie indziej. Może Wam się poszczęści.
Dodatkowo dowiadujemy się, jaką wiedzę medyczną mieli starożytni poganie: "By zapewnić odrodzenie Zamordowanego Boga w linii krwi, z której się pierwotnie wywodził, stworzono specjalne  rytuały. Przygotowywano specjalne panny, które miały go narodzić. Były to zwykle dziewice, które sztucznie zapładniano, aby nie można było wskazać ludzkiego ojca." Nie wiadomo dokładnie, w jakich czasach wg autora miało by to mieć miejsce, bo nie podał konkretów, ale jeszcze za czasów, kiedy w Europie składano ludzi z własnego plemienia w ofierze bogom. Bardzo dawno.
Sztucznie zapłodnione dziewice... Serio... ?

W rozdziale poświęconym Bogini mamy w zasadzie odpowiednik tego, co w poprzednim. Mamy więc historie o Wielkiej Bogini, Matce Ziemi, Bogini Rozstajów i Bogini Księżyca. W tym ostatnim poza Panną, Matką i Staruchą poznajemy tu też Czarodziejkę, która jest "zmysłowa i powabna", czyli aspekt Bogini związany z nowiem. Ciekawostką jest również to, że wg autora nów trwa aż trzy noce.
Generalnie w obu tych rozdziałach jest dużo ściem, związków, które w rzeczywistości nie istnieją i odwoływania się do podejrzanych źródeł, ale warto zwrócić uwagę na archetypy, o których pisze Grimassi. Może nie koniecznie się sugerować jego opinią, ale poszukać własnych, bardziej rzetelnych źródeł.

Rozdział piąty jest o "Zgłębianiu wewnętrznych misteriów". Przypominam, że nadal autor nie powiedział nam, co to misteria i po co to komu. Podobnie jak w rozdziale drugim pisze o różnych mitach, o kamiennych kręgach i reinkarnacji. Dostajemy tutaj kolejne lekcje metafizycznej biologii: "Na poziomie metafizycznym istnieje eteryczny składnik związany z naszym DNA (...) Zawiera się w energii, która układa DNA w spójny wzór i utrzymuje go bez zmian." Mejozo i mutageny strzeżcie się! Oto energia eteryczna będzie wam przeciwdziałać!
Więcej - możemy się też dowiedzieć, że: "jeżeli zachodzi zapłodnienie, to energia łona przywiązuje duszę do wymiaru fizycznego. W rezultacie dusza zostaje sprowadzona do fizycznej substancji jaja (...) Kiedy rodzi się niemowlę, zaczyna się siedmiodniowy okres, podczas którego dusza stopniowo stapia się i integruje z ciałem fizycznym..."
Przepraszam, ale nie wiem po prostu, jak to skomentować. Zwłaszcza, że o tym przywiązywaniu dusz do DNA Grimassi wydaje się pisać dość autorytarnie i całkiem na serio.

Rozdziały szósty i siódmy poświęcone są mitologii Koła Roku. Interpretacje, jakie są tam przedstawione są kompletnie "nie moje", dziwne i skomplikowane, ale nie będę się tego czepiać, bo w niektórych liniach wiccańskich są podobnie skomplikowane wersje tego mitu. Natomiast w dalszym ciągu jest to miks różnych opowieści i to tak zakręcony, że w wersji Grimassiego nie dostajemy jednego Koła Roku z ośmioma Sabatami. Każdy Sabat jest oddzielną historią. Z osobnymi Bogami, o różnych cechach, różnych przydomkach, a niektórych przypadkach - mieszaniną z różnych panteonów. To dość nieortodoksyjne podejście, bardzo łagodnie to ujmując.

Rozdział ósmy omawia "Okultystyczne zasady". Pojawia się tu wiele ciekawych teorii, wykładanych tonem autorytatywnym, niezależnie od tego, czy mają sens, czy nie. Niektóre zawierają bardzo ciekawe spojrzenie. Inne to kompletny bełkot, który, mimo czytania jednego fragmentu tekstu kilka razy, nie chce jakoś nabrać sensu i logiki. Warto pochylić się nad niektórymi zagadnieniami z tego rozdziału, by następnie czym prędzej znaleźć lepsze źródła, na przykład odnośnie zasady "Jak na górze, tak na dole". Grimassi bowiem nie tłumaczy bowiem w żaden sposób, że jest to element nauk hermetycznych, a zarazem fragment tekstu spisanego na Szmaragdowej Tablicy - bo i po co. Wystarczy wspomnieć, że to taka "zasada tajemnej tradycji".  Robi to z resztą nie pierwszy raz, bo wcześniej pojawiło się "przez nasienie i kiełek, pień i liść, pąk i kwiat" w wydaniu "zdanie pojawiające się w rytuałach", zamiast być cytatem z Aleistera Crowleya; jak również nie ostatni, bo w drugim dodatku Bafomet autostrwa Elipfasa Leviego (jak spostrzegawczy wiedzą, podpisany nawet na ilustracji) jest "klasyczną postacią z mistycznych nauk". Teraz już rozumiecie, czemu warto mieć lepsze źródła?

Rozdział dziewiąty zawiera opisy niektórych czarowniczych praktyk. Grimassi wspomina o odziewaniu się w niebo, o kręgu, o ołtarzu i magicznych narzędziach. Jest to jedyny rozdział, który, można by rzec, ma funkcję praktyczną, ale w niektórych momentach jest trudny do przyswojenie, co należy robić z jakiego powodu, jaki ma to mieć skutek i jaki ma związek z tymi misteriami (o których cały czas wiemy równie niewiele). Za to opisy, jak zestrajać się z pentagramem i narzędziami magicznymi wydają się nieco prymitywne, a nieco śmieszne tak, że nawet początkującemu czytelnikowi muszą wydać się absurdalne, nie widzę innej możliwości: "III-EEE-OOO-AAA (tempo to ciągłe la-la-LA-la (...) Akcent przypada na trzecią sylabę, a matrę powtarza się trzy razy)."
Swoją drogą zastanawiam się, czy ktoś na serio tego próbował.

Rozdział dziesiąty to krótkie streszczenie całej książki, które ma pomóc w zrozumieniu jej treści. Potem mamy trzy dodatki. Pierwszym jest tabelka odpowiadających sobie bóstw celtyckich i egejsko-śródziemnomorskich. Taka prawie że jeden do jednego. No nie... to chyba jednak nie jest aż tak proste. Drugi, wspomniany już dodatek, mówi o Bafomecie. Na pół strony, więc dużo za mało, i należało by to zrobić albo porządnie, albo pominąć. Ostatni dodatek to "Widok z kolegiów i kotłów", czyli o różnej interpretacji źródeł przez czarownice i akademików. W założeniu, bo w rzeczywistości jest to próba udowodnienia, że Grimassi i Silverwolf znają się na historii czarostwa lepiej, niż profesor Hutton. Może ma to jakiś związek z tym, że Triumph of the Moon ukazała się w USA kilka lat wcześniej niż Czarostwo... i autor tej drugiej bardzo chciał się odnieść do pracy historyka. Wyszło to gorzej niż źle, bo w stylu "jeśli badania historyczne nie zgadzają się z opinią Grimassiego, to tym gorzej dla badań". Mówią o tym dowody w postaci starożytnych powieści, w szczególności Metamorfoz i zeznań z procesów czarownic.

Cała książka jest dość trudna w odbiorze dla kogoś, kto wie, że analogia nie równa się homologii, czyli że fakt, iż coś jest podobne, jeszcze nie znaczy, że pokrewne. Grimassi próbuje się podpierać jakimiś źródłami, przy czym w większości są to książki popularnonaukowe, źródła wątpliwej autentyczności, jak Graves i Leland, zeznaniami z procesów czarownic i własnymi interpretacjami starożytnych tekstów. Do tego pisze dość chaotycznie z jednej i autorytatywnie z drugiej strony, jak sam napisał, uzupełniając dziury czym mu pasowało. Całość wygląda mniej więcej tak:
"Przeciętnemu człowiekowi może wydawać się, iż piernik nie ma nic wspólnego z wiatrakiem. Gdy jednak przyjrzymy się misteriom tradycji czarostwa, zobaczymy, jak bardzo oczywisty to związek. W tajemnej tradycji czarostwa wiatraki są bowiem młynami, które mielą ziarno (pochodzące od Pana Plonów i Matki Ziemi) na mąkę. Z mąki i miodu (tu związek z Władcą Lasów) wyrabiało się w starożytności słodkie ciasto, które dziś spożywamy w kształcie pierników. Dodatkowo należy zauważyć, że tradycyjne pierniki mogą również mieć kształt wiatraków."

Podsumowując 2/6
Czas podsumowywać, a ja nadal nie wiem, o czym właściwie jest ta książka. O Wicca autor wspomina dwa razy, o Stregherii - raz. Cały czas za to nawija, jak w powyższym przykładzie o "tajemnej tradycji czarostwa". Tak, jakby istniała jedna, spójna tradycja, jedno czarostwo i jeden przekaz, a to bynajmniej nie tak działa. Sprawia to więc, że trudno ją interpretować w kontekście jakiejkolwiek konkretnej ścieżki. Może warto podchwycić z tej książki jedną, czy dwie idee, ale naprawdę lepiej jest znaleźć konkretne i rzetelne źródła dotyczące konkretnej ścieżki. Osobom zainteresowanym Wicca nie polecam. Autor pisze, w mojej opinii, "pod tezę", a i tak kiepsko ją argumentuje. Jeśli macie pod ręką inną lekturę - wybierzcie ją.

6 lutego 2015

Opowieść o strasznych wiccanach

Po lekturze artykułu-wywiadu: "Opowieść o strasznych Polakach" i facebookowej dyskusji na jego temat zebrało mi się całkiem sporo pomysłów i przemyśleń, które postanowiłam jakoś sobie ułożyć.

Moje pierwsze wrażenie po przeczytaniu tekstu i po dyskusji było takie - no oczywiście, że Polacy to naród marudny i narzekający! Rety, nawet, jeśli chce się coś zmienić, to wszyscy są burkliwi i narzekają, że nie ma zaufania, a ludzie to świnie... Ja, oczywiście, taka nie jestem, ale...
A potem się złapałam za głowę. I zauważyłam, że wielu uczestników dyskusji na FB ma ten sam powód do złapania się za głowę, co ja! Bo w końcu nikt z nas, dyskutantów to generalnie nie jest stereotypowym, marudnym, roszczeniowym Polakiem, który nie uśmiechnie się, nie pomoże... ale bardzo chętnie marudzimy za to na innych. "No tak, nasi rodacy, to..."

Zanim się odniosę do roszczeniowości (o której będę jeszcze pisać w innym
wpisie, kiedy mnie najdzie zły humor - należy się :P ), to chciałabym jeszcze najpierw wspomnieć o okołowiccańskiej Polskości w tym właśnie brzydkim, szarym, stereotypowym wymiarze. Bowiem wszyscy niewiccanie wiedzą, że wiccanie zadzierają nosa, bo mają te swoje tajemnice i inicjacje i na golasa latają. Wszyscy wiccanie nagadują na siebie nawzajem, jak nie w kowenie - to na inne linie. W dodatku zrzędzą na zainteresowanych, że leniwi i roszczeniowi. A ludzie z innych ścieżek, to...
I tak dalej, i tak dalej... a ta paskudna generalizacja, która jest oczywiście nieprawdziwa i niepotrzebna nikomu, rozwija się, rozlewa na kolejne grupki i grupy.

Myślę zatem, że generalnie lubimy się nawzajem oskarżać, poniżać i nie ufać sobie. Nie jednak poszczególnym osobom, ale grupom, którym przypisujemy cechy dużo bardziej negatywne, niż naszym poszczególnym znajomym. Jakie jest na to lekarstwo? Od-generalnić się.  Przestać myśleć o poszczególnych grupach w taki albo inny sposób, a skupiać się na ludziach. Poznać te osoby, i utrzymywać dalej kontakt z tymi, z którymi chcemy go mieć, a o reszcie... nie, nie narzekać, ale po prostu odsunąć i zapomnieć. I już.

W tym wypadku dobrym jest patrzenie tylko na siebie. Po prostu - bądźmy zadowoleni sami z siebie, naszego życia i naszych znajomych i przyjaciół. Uśmiechajmy się często i patrzmy z nadzieją w przyszłość. Marzmy o wielkich rzeczach i spełniajmy te marzenia. Olejmy tych, co marudzą i zajmijmy się swoimi planami. Wtedy wszystkim nam będzie się żyło lżej i milej.
I nawet ci okropni Polacy, wiccanie czy nie, wydadzą się bardziej sympatyczni


PS. Jeśli podobają się Wam wpisy, polubcie Blog Czarowniczy na Facebooku !

31 stycznia 2015

Wiosny mi się chce!

Właśnie przeglądam długoterminową prognozę pogody - na kolejne dwa tygodnie. W zasadzie nie wiem po co, może jest jeszcze we mnie jakaś nadzieja, że szybko się poprawi. Ale nie. Wszystko wskazuje, że kolejne dwa tygodnie będą pełne tego, czego poprzednie dwa. Deszczu, śniegu, mrozu, roztopów, pluchy, chmur... pogoda oszalała i zamiast zimy serwuje nam listopad. Albo przedwiośnie - kto tam ją wie?
I generalnie mam wrażenie, że wszyscy są już nią zmęczeni. Moi bliscy i przyjaciele są apatyczni, moi współpracownicy - rozdrażnieni, ludzie w markecie snują się alejkami jeszcze wolniej niż zwykle, a przechodnie wiecznie wyglądają na zmęczonych. A wiosny w ogóle na horyzoncie - ani widu, ani słychu. Ale czy na pewno?

Imbolc jest chyba najbardziej podstępnym świętem w naszym klimacie. Często nazywa się go pierwszym wiosennym Sabatem, choć początek lutego to najczęściej środek zimy, nierzadko czas największych mrozów. Mimo to nie da się udawać, że nie widać już, jak wiele więcej światła i dnia mamy, nawet jeśli poza kopułą chmur. Wiele osób zaczyna też czuć coś, co sami określają "zapachem wiosny", nawet jeśli panuje śnieżyca. Wiele z nich, co wynika z moich rozmów z nimi, nie potrafi sobie tego nawet wytłumaczyć - moja znajoma obawiała się kiedyś, że wyśmieję jej przeczucie "poczucia wiosny" w ciemny, zimny wieczór.

Wczoraj zza chmur wyjrzał w końcu, po raz pierwszy od kilku dni, kawałek nieba. Błękit jest jeszcze blady, nie to, co intensywny turkus lipcowych upałów, ale powoli, powolutku, czuć już, że wiosna nadchodzi. Jak Bogini, która wynosi z podziemi swojego Syna. Z małym dzieckiem w ramionach się przecież nie biegnie. Zwłaszcza, że Matka sama jest zmęczona, układa się już właściwie do swojego odnawiającego, regenerującego snu. Powinniśmy dać im trochę czasu, jednak kiedy jesteśmy tak spragnieni światła i ciepła, że zazwyczaj o tej porze roku robimy się trochę egoistyczni.

I mnie też już się chce Wiosny! Już dość tej pluchy, zimna i szarości. Może dlatego Imbolc jest Sabatem trochę już wiosennym - bo my chcemy, żeby takim był. Wcale nie oznacza nadejścia wiosny, jeszcze za wcześnie. Ale na pewno w jakiś sposób ją zwiastuje, toruje jej drogę.
No i przede wszystkim, przynosi jej zapach. Nadzieję, na jej szybki powrót.


PS. Jeśli podobał Ci się wpis, polub Czarowniczy Blog na Facebooku!